Pierwsza liga. Bezpośrednie zaplecze Ekstraklasy, którego jedną z ról jest dostarczanie piłkarzy gotowych, by spełnić wymogi najwyższej klasy rozgrywkowej. Z jednej strony, rozumiemy narzekania tych, którzy krzyczą, że kluby z elity patrzą na ten rynek po macoszemu i że przepływ piłkarzy na tej linii powinien być zdecydowanie większy, dodając przy tym, że lepiej dawać szansę swoim niż wynalazkom z zagranicy. OK, pełna zgoda. Jednak z drugiej strony, co się często dzieje, gdy przechodzimy do konkretów? Nie starczy nam palców u wszystkich kończyn, by wyliczyć nazwiska piłkarzy polecanych do Ekstraklasy – tylko z ostatnich lat –  którzy na najwyższym poziomie mocno zawiedli. Tak mocno, że polecającym zostawało tylko puścić buraka ze wstydu. 

Nowe twarze w Ekstraklasie. Poznajcie pierwszoligowy zaciąg.

Abstrahując od skutków, co okienko takiego ruchy są wykonane. W tym również kilku piłkarzy zdążyło już zamienić I ligę na Ekstraklasę. Postanowiliśmy przybliżyć wam trochę ich sylwetki. A nuż któryś z nich wypali…

JAKUB CZERWIŃSKI (POGOŃ SZCZECIN)

W każdej „najlepszej jedenastce sezonu I ligi” ustalanie składu zaczynało się właśnie od niego. Również na naszych łamach jego postawę doceniali zarówno Andrzej Iwan, jak i Marek Chojnacki, a umówmy się – niełatwo znaleźć lepszych fachowców od pierwszoligowego rynku. Zresztą, nie mówimy tylko o zakończonym w czerwcu sezonie, bo podobne wyróżnienia Czerwiński zbierał już wcześniej. Komplementów nasłuchał się co niemiara, teraz pora udowodnić, że nieprzypadkowo ciężko jest znaleźć złą recenzję jego gry. Przeskok na poziom Ekstraklasy był nieunikniony. Tak się złożyło, że obrońca Termaliki swój awans przyklepał szybciej niż reszta drużyny, podpisując kontrakt z Pogonią Szczecin pół roku temu. Nalegał nawet na przeprowadzkę już zimą, ale trener Mandrysz nie odpuścił starań o lidera swojej defensywy.

Czego mogą spodziewać się po nim kibice Portowców? Już sama „aparycja zakapiora” (foto główne) wskazuje, że jest to gość, z którym pojedynki nie będą należały do przyjemnych. Jednak z oceniania ludzi tylko po wyglądzie wyrosiliśmy już w podstawówce, więc żeby nie było żadnych wątpliwości – Czerwińskiego nie zaliczylibyśmy go grona boiskowych brutali. Zdarza mu się pojechać równo z murawą, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Przypomnijcie sobie co Kamil Glik mówił o „ustawianiu” sobie napastników – jedno ostrzejsze wejście i goście czują respekt. Wydaje nam się, że Czerwiński zna tę zasadę.

Do pełnego panowania na przestrzenią powietrzną brakuje mu kilku centymetrów, ale nadrabia to timingiem i mądrym ustawianiem się. Również pod bramką rywali będzie stanowił zagrożenie, w ostatnich dwóch sezonach ustrzelił łącznie sześć goli. Również z tego powodu, ciekawi jesteśmy pary Czerwiński-Fojut.

Aha, do grupy dobrego wyprowadzania piłki im. Marcina Kamińskiego nie jest zapisany, ale od biedy może grywać na prawej stronie obrony.

GRZEGORZ PIESIO (GÓRNIK ŁĘCZNA)

Tak samo jak Czerwiński, przeprowadzkę do Ekstraklasy przyklepał sobie już zimą. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że wybrał klub, który wiosną był cienki jak Najman w MMA, więc zbierał baty od każdego. Na szczęście dla byłego zawodnika Dolcanu, po spadku Bełchatowa udało się to wszystko odkręcić i angaż w Ekstraklasie stał się faktem. Trafia do Łęcznej, do klubu, w którym miał już okazje grać jako 20-latek. Był wtedy wypożyczony z do trzeciej ligi z drużyny Młodej Ekstraklasy Lecha Poznań. Nie udało mu się przebić w stolicy Wielkopolski, Smuda dawał mu pograć jedynie w Pucharze Ekstraklasy. Próbował więc dostać się do najwyższej klasy rozgrywkowej w inny sposób.

Droga prowadziła przez Olsztyn, Pruszków i Ząbki, a trwała aż siedem sezonów.

Mogła rok krócej, bo najlepszym sezonem w karierze był dla niego ten 2013/14. Ustrzelił wtedy 13 bramek, więcej zdobyli tylko Michał Mak (15) i jego kolega z drużyny, Dariusz Zjawiński (21). Napastnik powędrował do Cracovii, a ofensywny pomocnik, pomimo zainteresowania kilku klubów, jeszcze rok spędził w Ząbkach. Może i lepiej, że tak się stało, bo Piesio potwierdził, że na przeprowadzkę do średniaka na wyższym poziomie jest już gotowy. Siedem goli i pięć asyst w zeszłym sezonie, powinien wnieść trochę ożywienia do ofensywy Górnika. Zalety? Może grać na kilku pozycjach, więc w Łęcznej powinno się skończyć łatanie dziur w przednich formacjach Pawłem Sasinem. Znaki szczególne? Jak na piłkarza mającego za zadanie głównie strzelać i asystować, dość często łapie kartki, również czerwone.

W pamięci utkwiła nam ta z tego sezonu. Piesio egzekwował rzut karny, bramkarz odbija piłkę, a „Pigwa” (geneza pseudonimu nieznana) chyba nie do końca mógł się pogodzić z takim obrotem sprawy (od 0:45)…

CEZARY DEMIANIUK (PIAST GLIWICE)

Gdybyście zapytali nas, którzy pierwszoligowcy zasłużyli swoją grą na Ekstraklasę, z całą pewnością nie wymienilibyśmy go w pierwszej kolejności. W drugiej… kto wie, może. Najchętniej wrzucilibyśmy go do niższej kategorii wagowej: „dał pretekst, by się nim zainteresować”.

22 lata. Pierwszy sezon na zapleczu Ekstraklasy. Napastnik, który strzelił osiem bramek dla słabej Pogoni Siedlce. Zdecydowanie najlepszy zawodnik tego zespołu. Może coś z niego być, jest duża szansa, że pogra dużo więcej od dwa lata młodszego Daniela Ciechańskiego, który drogę z Siedlec do Gliwic przebył pół roku wcześniej.

Co ten Demianiuk potrafi? Po pierwsze: to typ walczaka, w ten sposób stara się równoważyć braki w wyszkoleniu, które też niewątpliwie posiada. Po drugie: potrafi zagrać tyłem do bramki i się zastawić. Po trzecie: nazwalibyśmy go jeźdźcem bez głowy, a wiadomo jak to jest w takich przypadkach – raz wyjdzie akcja na poziomie Ekstraklasy, siedem razy strata.

DENIS POPOVIĆ (WISŁA KRAKÓW)

Na testach w Wiśle był już 1,5 roku, ale nie dostał wtedy angażu. Również dlatego, że drużynę po zagranicznych wojażach wzmocnił Semir Stilić. Popović spróbował jeszcze z Górnikiem Zabrze, ale tam też nie zdecydowali się na jego usługi. Trafił do GKS-u Tychy i z czasem pokazał, że nadaje się do klubu Ekstraklasy. Dziś poniekąd ma zapełnić lukę powstałą po odejściu Bośniaka.

Piszemy „poniekąd”, bo ci, którzy mają nadzieję, że będzie to podmianka w skali jeden do jednego, błądzą. Oczywiście nowy nabytek jest słabszym piłkarzem, to nie ulega wątpliwości. Popović to też trochę inny typ niż Semir „wolny elektron” Stilić. Mniej efektowny, tak to ujmijmy, co oczywiście nie musi być od razu wadą. Dobra wiadomość jest taka, że to trochę bardziej dynamiczny gość od Bośniaka, no i stałe fragmenty też są jego mocną stroną. W zeszłym sezonie – siedem goli i jedenaście asyst w barwach Olimpii Grudziądz. OK, to tylko pierwsza liga, ale nie można lekceważyć tych liczb.

Podsumowując – potencjał na pewno jest, ale również nieprzypadkowo Popović do pierwszego poważnego klubu trafia w wieku 26 lat.

RAFAŁ LESZCZYŃSKI (PIAST GLIWICE)

Zawodnik, który wyróżnia się na tle tej grupy – reszta o wpisie „1A” w rubryce „reprezentacja” mogłaby jedynie pomarzyć. Leszczyński ma także statuetkę dla pierwszoligowca roku 2013 na półce – nagrodę przyznawaną przez pewien upadły tygodnik – choć naszym zdaniem na to nie zasługiwał (nie był nawet najlepszym bramkarzem pierwszej ligi w tym okresie). Nie zmienia to jednak faktu, że wtedy każdy kibic, który interesują się polską piłką nie tylko od święta dowiedział się, że istnieje taki bramkarz.

Problem jednak w tym, że taka osoba nie do końca wiedziała, jak ten chłopak spisuje się na boisku. Styczniowy mecz z Norwegią nie dał odpowiedzi na to pytanie. Zaszczyty, wyróżnienia… Teoretycznie w tym momencie Leszczyński powinien szybko wystrzelić w górę, trafić do Ekstraklasy, potwierdzić przynależność do szerokiej krajowej czołówki. Teoretycznie…

W praktyce dwa i pół miesiąca po debiucie w reprezentacji Leszczyński stracił miejsce między słupkami Dolcanu Ząbki na rzecz Macieja Humerskiego. Jak to w ogóle brzmi! Podobno trochę zaszumiało mu w główce. Nie, nie chodzi nawet o wystrzał hydrantu z wodą sodową. Po prostu za dużo wokół chłopaka zaczęło dziać w krótkim odstępie czasu i pojawiły się problemy z koncentracją.

W poprzednim sezonie miał na spokojnie wrócić do bronienia i wysokiej dyspozycji. Pierwsza część planu się udała (choć sezon w bramce zaczął Mateusz Kryczka), druga w zasadzie nie do końca. Zastanawiamy się, czy był w TOP5 bramkarzy w całej lidze i szczerze mówiąc – chyba zabrakłoby dla niego miejsca.

MECZ 9. KOLEJKA I LIGA SEZON 2014/15 --- POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: DOLCAN ZABKI - BYTOVIA BYTOW 0:0

KRZYSZTOF JANUS (ZAGŁĘBIE LUBIN)

Skoro przewinął się temat reprezentacji, to od tego zacznijmy. Być może pamiętacie jeszcze o istnieniu takiego dziwnego tworu jak kadra U-23, prowadzona przez Stefana Majewskiego? W założeniach miała być ona bezpośrednim zapleczem pierwszej reprezentacji, a okazała się być potrzebna jak nie przymierzając bielizna paniom lekkich obyczajów. Trafiały do niej przeróżne osobliwości – rzadziej osobistości – między innymi właśnie Krzysztof Janus, wówczas piłkarz GKS-u Bełchatów.

Janus nie jest zupełnie nową twarzą w Ekstraklasie. Rozegrał w niej 48 spotkań w barwach dwóch klubów (prócz GKS-u, Cracovia), strzelił nawet gola. Wtedy był to jednak jeden z tych piłkarzy, który opowiadając komuś o swoim zawodzie, musiał odpalać 90minut.pl, bo słuchacze nie bardzo chcieli uwierzyć…

Cztery sezony na wygnaniu (trzy w pierwszej lidze, jeden w drugiej) sprawiły, że okrzepł. Strzela bramki (ostatnio 13 w całym sezonie, rok wcześniej 10), asystuje. Był liderem zespołu, który niemal do końca bił się o awans do Ekstraklasy. Nie ma przypadku w tym, że sięgnęło po niego Zagłębie Lubin. Jesteśmy niemal pewni, że zatrze nie najlepsze wrażenie, które pozostawił po sobie w przeszłości. Oczywiście jeśli nie zaginie w „lubińskim trójkącie bermudzkim”. O ile taki jeszcze istnieje…

Fot. FotoPyK