Jego umiejętności można podsumować w dwóch słowach i będzie to zarówno najbardziej lapidarne, jak i najbardziej kompletne. Czysty talent. Styl jak z gier wideo. Idealne w swoich proporcjach połączenie europejskiej efektywności z latynoskim efekciarstwem, którym fascynował się od dziecka. W momencie, w którym po raz pierwszy usłyszał, że jest wyjątkowy, wystarczyło pewnym krokiem przemierzać ustaloną, ogrodzoną i strzeżoną ścieżką. Wystarczyło po prostu niczego nie spieprzyć. I nie spieprzył. Eden Hazard, lat 24. Mąż, ojciec dwójki dzieci, najlepszy piłkarz tego sezonu Premier League. 

Zero ryzyka, żaden hazard. Piłkarski Eden był mu pisany.

Już po podpisaniu kontraktu z Chelsea, w centrum treningowym odwiedzili go belgijscy dziennikarze. Potraktowali to jak uroczystość. Ubrani odświętnie, w garnitury, niczym na najważniejszy dzień w roku. On przyjął ich w klubowym dresie, na kompletnym, typowym dla siebie luzie. Padło pierwsze, dość zaskakujące, doskonale oddające jego prostolinijność pytanie.

– Eden, na początek spróbujmy zamienić się miejscami. Wyobraź sobie, że jesteś dziennikarzem. O co na początek zapytałbyś samego siebie?

Uśmiechnął się szczerze.

– Jak się masz? Jak twoja forma? To chyba najlepsze z możliwych pytań – odpowiedział.

A na początku miewał się różnie. Musiał przystosować się do nowej kultury, nowego języka. To, co potrafił na boisku to jedno, a to jak rozumiał się z trenerem czy szatnią, jest zupełnie inną kwestią. Poza tym był zmuszony zmienić podejście do treningów. Stać się bardziej świadomym własnej wartości, co wiązało się z przymusowym podkręceniem tempa. Wziąć kilof i ciężko harować, przekuwając nieprawdopodobny talent w krystalicznie czyste umiejętności. Przez choćby jeden moment nie zatracił jednak radości z tego, co robi i tę radość widać niemal w każdym jego kontakcie z piłką. Nie ma natury rzemieślnika. Niejednokrotnie trenerzy – czy to w klubie, czy w reprezentacji – zarzucali mu nadmierne gwiazdorzenie i nie przykładanie się do zajęć. W Lille to wystarczyło, ale Londyn okazał się poziomem nieporównywalnie wyższym.

– Dziś wiem, że chcę być najlepszym na świecie. Jeszcze niedawno niczym się nie martwiłem. Piłka była dla mnie wyłącznie grą. Chciałem się nią bawić i niespecjalnie przejmowałem się opinią innych. W Chelsea stałem się bardziej świadomy swoich zalet. Wiedziałem, że jestem dobry, albo bardzo dobry, ale nigdy nie uważałem za jednego z najlepszych. Wracanie się na własną połowę i odzyskiwanie piłki? To nie moja bajka. Wszystko, co przyniesie korzyść drużynie będę jednak robił z uśmiechem. Moment, kiedy piłka przestanie mnie bawić, będzie znakiem, że czas kończyć karierę. Niezależnie kiedy przyjdzie. Bo po co robić coś, co nie sprawia przyjemności?

***

– Przeklęty smarkacz – zaklął pod nosem Pascal Delmoitiez, jeden z członków zarządu malutkiego belgijskiego Royal Stade Brainois. Każdy, kto kiedykolwiek grał w piłkę, doskonale wie, że płyta główna jest świętością. Że byle gnojek nie może się po niej wałęsać, co w oczach zarządcy nosi znamiona jawnej profanacji. Z daleka dostrzega chłopaczka, który ustawia piłkę i kopie ją w kierunku bramki. Im bliżej podchodzi, tym bardziej nie może uwierzyć w to, czemu się przygląda.

Dzieciak na oko nie ma nawet pięciu lat, a za każdym razem posyła piłkę w górny róg bramki. Potem idzie po nią, ustawia raz jeszcze i robi to ponownie. Jak automat. Delmoitiez przeciera szkiełka okularów, ale nie – nie myli się. Chłopak nie ma butów, ani nawet skarpetek. A piłka nie jest z gumy czy kauczuku. Normalna futbolówka. Sytuacja co najmniej dziwna. Bosy pięciolatek ładuje piłki w okienko, jedna za drugą. Jakby była to dla niego najbardziej naturalna rzecz na świecie. Kiedy jednak zorientował się, że ktoś go obserwuje, łapie piłkę pod pachę i w tempie błyskawicy biegnie w pobliskie krzaki. Przeskakuje przez płot i ucieka do domu. Do magicznego, piłkarskiego domu państwa Hazardów. Nieoficjalnie – jednej z najprężniej działających futbolowych fabryk w Belgii.


Płot, którego nielegalne przeskakiwanie okazało się pierwszym krokiem do wielkiej kariery

– Nie mogłem tego zrozumieć. Coś podobnego widziałem pierwszy i ostatni raz. Do jego rodziców powinienem iść ze skargą, a zapukałem tam po to, żeby zaprosić ich syna do treningów z naszą drużyną. Już wtedy, jako mały dzieciak ze śpikiem pod nosem, bił od niego ten niebywały talent. Słuchał naszych wskazówek, ale nie były mu one właściwie do niczego potrzebne. Wystarczyło podać piłkę, a on z nią gnał. Wszystko przychodziło mu łatwo, lekko i naturalnie – wspominał Delmoitiez.

***

W ich domu ściany oddychają piłką, a na podłodze, zamiast dywanów, spokojnie mogłaby zostać posiana trawa. Wszędzie, gdziekolwiek się nie spojrzy, wiszą zdjęcia dzieciaków w krótkich spodenkach i kolorowych koszulkach. W ogrodzie stoi mała bramka. Wszędzie porozrzucane są piłki. Szyby w garażu przetrwały nawałnicę tylko dlatego, że od lat są podwójne. Ale inaczej być po prostu nie mogło. Eden, jak i trójka jego braci, piłkę wyssało z mlekiem matki, a najstarszy z rodzeństwa zdobywał gole zanim jeszcze przyszedł na świat. I nie jest to aż tak śmiała przenośnia, jak mogłoby się wydawać.

Zawód ojca? Piłkarz. Zawód matki? Piłkarka. On grał w trzeciej lidze, ona w wyższej klasie rozgrywkowej kobiet. Karierę zakończyła dopiero w trzecim miesiącu ciąży z Edenem, a grała jako napastnik. Stąd żarty, że syn strzelał gole razem z nią.


Trójka braci – Thorgan, Eden i Kylian. Czwarty jeszcze nie dotarł.

Wszyscy młodsi bracia – Thorgan, Kylian i Ethan, też grają w piłkę. Pierwszy miał nawet trafić do Lille, ale zarówno rodzice, jak i trenerzy, nie byli co do tego przekonani. Państwo Hazard obawiali się niepotrzebnych porównań, w momencie, kiedy synowie znaleźliby się w tym samym miejscu. Sztab szkoleniowy uważał z kolei, że Thorgan ma niewystarczająco dużo talentu. Ostatecznie spotkali się w Chelsea, ale tylko teoretycznie. W tym sezonie Thorgan na tyle dobrze poradził sobie w Borussii Moenchengladbach, że Niemcy zdecydowali się na transfer definitywny. 20-letni Kylian co prawda gra w piłkę, ale raczej nie czeka go wielka kariera.

Najnormalniejszy, najmniej zakręcony na punkcie kawałka skóry, jest najmłodszy Ethan. Niby trenuje w juniorach, ale jego idolem nie jest żaden z braci, tylko piosenkarz Christophe Mae. Do niedawna kompletnie nie mógł zrozumieć szkolnych kumpli, którzy bez przerwy za nim biegali, błagając o autograf Edena.

***

Jego kariera od początku była zaplanowała z architektoniczną precyzją. Rozwinięto przed nim czerwony dywan. Nieprzychylnych mu ludzi lokalizowano i torpedowano ze skutecznością U-Boota. Kiedy miał dziewięć lat zainteresowali się nim przedstawiciele Tubize. Klubu nieco większego, z lepszym zapleczem, z miasta oddalonego zaledwie o dziesięć kilometrów. Rodzice byli zgodni – było to wprost idealne miejsce na postawienie kolejnego kroku.

– Był wątły i malutki, ale miał w sobie coś wyjątkowego. Przede wszystkim nieziemskie przyśpieszenie na pierwszych metrach. Pamiętam, że mecz jeszcze się nie skończył, a ja już skakałem przy linii bocznej i wypytywałem wszystkich o jego rodziców – wspomina Fathi Ennabli, kolejny odkrywca talentu Hazarda.


Mały Eden podczas treningu w swoim pierwszym klubie

Błyskawicznie zaaranżowano spotkanie. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem, ale wtedy ojciec Hazarda – Thierry – kategorycznie odmówił. Jego zdaniem wysyłanie 10-latka między obcych, było kompletnym szaleństwem. Uznał, że jego syn jest jeszcze niedojrzały psychicznie i emocjonalnie. Nalegał, żeby jeszcze trochę został z rodziną, w miejscu, gdzie – jak pamiętamy – klubowe boisko miał za płotem. – Możecie się śmiać, ale to były najdłuższe dwa lata mojego życia – mówił Ennabli.

Treningi z udziałem Edena były dość… problematyczne. Kiedy inne dzieci nie potrafiły podbić piłki dziesięć razy, on bez problemu robił pięćset powtórzeń. Jego pierwszy trener, z bólem serca, przyznał, że w rzeczywistości niczego go nie nauczył. Nic dziwnego, że wokół małego Edena zdążyła rozpętać się wielka burza. Najpierw dzwoniły wszystkie okoliczne kluby, a potem do walki włączyły się belgijskie mocarstwa – Anderlecht i Standard Liege. Przedstawiciele każdego z nich dzwonili i składali wizyty przynajmniej raz w tygodniu, ale rodzice byli nieugięci. Za daleko od domu. Koniec, kropka. Państwo Hazard byli skromni, ale mocno stąpali po ziemi. A że oboje grali w piłkę, to wiedzieli z czym to się je i czym to wszystko pachnie. Byli świadomi wyjątkowości Edena. Nie chcieli, żeby przepadł. Tubize cierpliwie czekało i cierpliwość się opłaciła. Była to pierwsza, ale nie ostatnia z na pierwszy rzut oka nielogicznych, brawurowych decyzji rodziców Hazarda. Decyzji, które pośrednio doprowadziły go na sam szczyt.

***

Mecz juniorów. Sędzia dyktuje rzut wolny w okolicach pola karnego. Do piłki naturalnie podchodzi Hazard, wtedy 12-letni podrostek. Ustawia ją, robi kilka kroków w tył. Bierze szybki rozpęd i lutuje w samo okienko, co dla chłopaków w jego wieku było sytuacją rzadką jak zaćmienie słońca. Koledzy z boiska biegną z zasłużonymi gratulacjami, ojciec Thierry zbiera piątki od innych tatusiów, ale sędzia gwiżdże. Bramka nie zostaje uznana. Eden się pośpieszył. Nie zaczekał na gwizdek.

– Synu, chciałbym zobaczyć jak robisz to jeszcze raz – rozległ się przytłumiony głos z trybun.

Wszyscy spojrzeli na niego jak na głupka, ale nie Eden, który potraktował surrealistyczne wyzwanie jak najbardziej poważnie. Ustawił piłkę i zalutował raz jeszcze. Dokładnie w to samo miejsce. – Nie mogliśmy w to uwierzyć. Myślę, że chciał mnie tym wkurzyć – z uśmiechem, już po latach, wspominał tamtą sytuację jego ojciec.

***

Błyskawicznie pojawiły się porównania do uważanego za najlepszego belgijskiego piłkarza w historii – Enzo Scifo. Nie tylko z powodu tego samego miejsca urodzenia. Czasy rywalizacji z mistrzem wspominał ojciec Hazarda. Są równolatkami i grali przeciwko sobie w derbach. Jeden w La Louviere, drugi w Tubize. – Terroryzował nas, a ja byłem obrońcą. Pamiętam, że kiedy dowiedzieliśmy się, że nie zagra, urządziliśmy w szatni imprezę. Teraz Eden jest moim małym rewanżem. 

Kiedy miał dziewięć lat, jego drużyna grała sparing z ekipą dziewczyn. Dodajmy – znacznie starszych. Miały po 15-16 lat. Eden był kompletnie sfrustrowany, bo przegrali 0:4. Ale to wtedy z trybun po raz pierwszy przyglądali mu się panowie z Lille. Po latach wspominał, że nie wie jakim cudem w ogóle mogli zwrócić na niego uwagę. Rodzicom Hazarda zaimponowali tym, że jako jedyni uznali go za zbyt młodego do wyprowadzki z rodzinnego domu. Wszyscy pozostali chcieli go już. Natychmiast.


Rodzice Edena Hazarda przed swoim domem w Braine-le-Comte, gdzie mieszkają do dziś

W momencie gdy osiągnął wiek umożliwiający mu grę na pełnowymiarowym boisku, zaczął się kolejny boom. Talent rozbłysł światłem jeszcze jaśniejszym, wręcz oślepiającym. Dzwonili z całej Europy, ale to przedstawiciele Lille pojawiali się niemal na każdym meczu. Ta opcja najbardziej spodobała się rodzicom, którzy po raz kolejny odrzucili oferty wielkich, po to, żeby mieć syna możliwie jak najbliżej. Lille od ich rodzinnego miasta jest oddalone bowiem o pół godziny jazdy pociągiem, mniej niż sto kilometrów. Zaoferowali miejsce w akademii i mieszkanie w internacie, gdzie jedynymi zadaniami są nauka i treningi.

To ten moment – powiedzieli rodzice, kiedy skończył 15 lat. Tubize swojego małego mistrza żegnało z wielkim bólem. Wiedzieli, że drugi tak utalentowany piłkarz może nie pojawić się tam już nigdy więcej. Nie zarobili na nim ani centa. Dopiero w momencie przenosin do Anglii, Chelsea musiała wypłacić ekwiwalent – około 150 tys. funtów. Do dziś wspominają go tam jednak z rozrzewnieniem. Są dumni.

Na lokalnym stadionie znajduje się wychodzący na murawę wielki salon. Coś w stylu trybuny dla VIP-ów. Z telewizorem, stolikami i wszystkimi udogodnieniami. Raz zdarzyło się tak, że ligowy mecz Tubize był rozgrywany równolegle ze spotkaniem Chelsea. Kiedy kibice w salonie usłyszeli dochodzące z telewizora nazwisko “Hazard”, olali spotkanie na które przyszli i stłoczyli się przy telewizorze.

W Tubize ma nawet swoją statuę. Trzeba podkreślić – wyjątkowo brzydką. Lata temu przedstawiała Michela Platiniego, ale czas zrobił swoje i z francuskiego mistrza został tylko obdarty kawał drewna. Ostatnio ktoś wpadł na pomysł, żeby go odrestaurować i przerobić na Hazarda, ale nie sądzimy, żeby był z niego zadowolony. Zabrakło go nawet na uroczystości odsłonięcia.

***

Liga francuska od zawsze była dla niego inspiracją. Do pewnego momentu nie przegapił żadnego odcinka programu TeleFoot – czegoś jak nasza Liga Plus Extra. Po jego zakończeniu brał piłkę i szedł na boisko. Starał się powtarzać zagrania i triki, które przed momentem zobaczył w telewizji. Był świetnym obserwatorem, wpatrzonym przede wszystkim w Zinedine’a Zidane’a. W trakcie trwania Euro 2000 z wypiekami na twarzy, ubrany w tanią replikę koszulki reprezentacji Francji, oglądał go na otwartym treningu. Po latach Francuz powie, że dla niego Hazard jest najlepszym piłkarzem świata.

Po przeprowadzce do Francji zaczęło się nowe, inne życie. W domu bywał możliwie jak najcześciej, nawet dwa razy w tygodniu, ale musiał przyzwyczaić się do nowego, rygorystycznego reżimu, dalekiego od spokojnego życia w beztroskim, rodzinnym gniazdku. Wstawał o siódmej rano, o ósmej zaczynały się zajęcia w szkole. Kończył o 16 i jechał na trening. W internacie był o 20. Bywało, że uczył się po całych nocach, bo w ciągu dnia nie było na to ani czasu, ani energii.

W 2007 roku, po mistrzostwach Europy do lat 17, o cudownym dziecku belgijskiej piłki wiedziały już wszystkie największe kluby Europy. Na młodym piłkarzu i jego rodzinie siadły dziesiątki agentów. Telefonami nękali w dzień i w nocy, co w pewnym momencie przestało być natarczywe, a zaczęło zwyczajnie uniemożliwiać normalne funkcjonowanie. Oferowali mieszkania, samochody i walizki pełne pieniędzy. Dopiero wtedy rodzice, za namową zarządu Lille, przekazały interesy syna jednej z paryskich firm. W końcu mieli święty spokój.


Hazard z czasów gry dla Lille

Do tego momentu prowadzili go za rączkę, ale nigdy też nie nakładali żadnej presji. – Dla swoich dzieci chciałbym być dokładnie taki, jacy dla mnie byli moi rodzice. Nigdy nie nakazywali mi grać w piłkę. Raczej podchodzili i pytali: Eden, czy to jest na pewno to, co chciałbyć robić? Jeśli chcesz, zajmij się czymś innym. Zawsze będziemy cię wspierać. Zero presji. Chcemy, żebyś był szczęśliwy.

Nie interweniowali nawet wtedy, kiedy wyraźnie nie chciało mu się trenować. Narzucaniem dyscypliny obarczyli jego samego. Chcesz być wielki? Ciężko na to pracuj. Nie będziesz pracował i przepadniesz? I tak będziesz możesz liczyć na nasze wsparcie. Kiedy kupił pierwszy, wypasiony, sportowy samochód, poprosili go, by nie przyjeżdżał nim w rodzinne strony. Bo po co obnosić się z bogactwem, na siłę wyróżniać i niepotrzebnie przyciągać uwagę?

Jeszcze zanim zadebiutował w zawodowej piłce, na wywiad z jego rodzicami trzeba było umawiać się przez PR-owców. Dalsza, zawodowa część jego kariery, jest naznaczona ciągłym wzrostem. Z roku na rok staje się coraz lepszy. Lille, w porozumieniu z rodzicami, odrzucało dziesiątki propozycji i zapytań, które pojawiały się w każdym oknie transferowym. Wiele zawdzięcza trenerowi Rudiemu Garcii. To on, chyba jako pierwszy, bezgranicznie mu zaufał. A Hazard odpłacał się golami, asystami i statuetkami dla najlepszego zawodnika ligi. Miewał też słabsze chwile. Raz posprzeczał się z selekcjonerem Belgów, Markiem Wilmotsem, kiedy ten w jednym z meczów szybko zdjął go z boiska. W klubie też miał opinię dość trudnego, ale mimo wszystko ułożonego chłopaka. Chłopaka z charakterem, który przy bezcennym wsparciu rodziców doprowadził go do najlepszego klubu w Anglii, gdzie został wybrany najlepszym piłkarzem ligi.

Z takim tytułem wreszcie mógł pozwolić sobie na odważną deklarację.

– Teraz wiem, że mogę rywalizować z Lionelem Messim czy Cristiano Ronaldo. Wystarczy włożyć trochę więcej wysiłku. Nie gwarantuję, że kiedykolwiek osiągnę ich poziom, ale przyjmuję wyzwanie.

PIOTR BORKOWSKI


Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments