Jakiś czas temu przyjęliśmy za pewnik, że Juventus to ten najsłabszy z grona tegorocznych półfinalistów i wydawało się, że nic nie może nam zachwiać tą myślą. Ani to, że turyńczycy tyle co obronili mistrzostwo, ani to że jednak jakimś sposobem do tego półfinału dotarli i nikt im go nie dał w prezencie. Nawet to, że to oni przyjmowali dziś Real na własnym boisku. Często bywamy w piłce więźniami różnych schematów myślowych, pewnych utartych sloganów i całe szczęście, że czasem ta piłka sama nas karci – stawia na baczność, jak teraz. Juventus wygrywa z Realem 2:1 i przed rewanżem nic już nie wydaje się tak oczywiste, jak wcześniej. 

Przycisnęli Real aż miło. Juventus wysyła sygnał: nie lekceważcie nas

Początek i od razu pierwsze zdziwienie.

Real – dziwnie uśpiony, za to piłkarze Juve jakby tuż przed gwizdkiem sieknęli sobie podwójne espresso. Ósma minuta, jedna z pierwszych niewyraźnych okazji i Morata mówi „dzień dobry”. Ten sam Morata, za którego Włosi jeszcze niedawno przelewali 20 milionów euro na konta Realu. Sumę, która teraz, z perspektywy czasu, wydaje się jak wydanie paru złotych na myjnię – drobiazgiem.

Włosi od razu wzięli Real na karuzelę, ale żeby na chwilę przywrócić futbolowi nieco logiki – nie pokręcili nią długo. W końcówce pierwszej połowy to oni byli kręceni. To nawet ciekawe zjawisko, że najskuteczniejszy piłkarz w historii rozgrywek – Ronaldo z 76 golami wyprzedza Messiego – przez kilka sekund drepcze sobie w polu karnym, między jednym stoperem a drugim, ale żaden nie jest nim zainteresowany.

Ale dziś to były tylko momenty… Nieliczne momenty Realu.

Po stronie gospodarzy rozczarowujący występ zanotował w zasadzie tylko Pirlo, który nie zdziałał literalnie niczego, jakby założył czapkę niewidkę. Trudno podnosić rękę na taką legendę, ale jednak półfinał Ligi Mistrzów i mecz Realem to nie czas i nie miejsce, w którym zasada „lepiej mądrze stać niż głupio biegać” mogłaby działać. Tym bardziej, że nie miał tym razem okazji na soczyste uderzenie z wolnego, które mogłoby zmienić obraz jego występu. Był mniej więcej tak nijaki jak… Bale’a po stronie Realu.

Szczerze, do drugiej połowy znów przystępowaliśmy z myślą, że teraz szala pewnie będzie się już delikatnie przechylać na stronę Realu. Jeśli nie teraz, to już na pewno w rewanżu, po względnie korzystnym remisie w Turynie. A jednak Juventus znowu zaskoczył. I znów nie poparł tego wielką ofensywą, wyraźną przewagą – po prostu zgrabnie wykorzystał okazję. Świetną robotę wykonał Tevez, trochę gorszą Carvajal – rywal wydawał się mocno wyrzucony w boczny sektor boiska, ale jednak sfaulował go i po chwili mieliśmy 2:1 za sprawą Teveza.

To też bezsprzecznie jego sezon w tej edycji europejskich pucharów – 7 goli w 11 spotkaniach. Dokładnie tyle, ile zdobył w całej dotychczasowej karierze.

Duże brawa dla Juventusu, bo bez zarzutu zagrało dziś wielu jego piłkarzy. Marchisio, Morata… Chiellini, który w ostatnich minutach wyglądał już jakby wracał z Wietnamu, i to piechotą.

W Madrycie może zdarzyć się wszystko. Nie będziemy pukać do głowy tym, którzy faworyta wciąż będą widzieć w graczach Realu, ale Juventus dziś niezwykle pozytywnie zaskoczył.

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments