Reklama

Król Kazu Miura, czyli prawdziwy Tsubasa

redakcja

Autor:redakcja

03 marca 2015, 20:50 • 11 min czytania 0 komentarzy

Jeśli należycie do mojego pokolenia, to stawiam dolary przeciw orzechom, że wśród naturalnych wpływów kształtujących waszą piłkarską świadomość, takich jak mecze własne, lokalnej drużyny, reprezentacji Polski, Ligi Mistrzów, znalazł się i jeden egzotyczny element – zupełnie fikcyjne zmagania japońskich juniorów. Na waszym boisku rozmawiało się o ostatnim pojedynku Juve, Realu czy Man Utd, walce Widzewa z Legią o ligową dominację, ale i o zmaganiach Nankatsu. Dominowały koszulki Raula, Zidane’a i Kluiverta, ale nierzadko paradę robiło się jak Wakabayashi, a strzelało jak Kojiro.

Król Kazu Miura, czyli prawdziwy Tsubasa

Tsubasa, jego strzały lecące w kierunku bramki przez pół odcinka, poczwórne przewrotki łapane przez odbijającego się od słupka golkipera. Któż tego nie pamięta? Fantazja ponosiła twórców, a my chłonęliśmy te przerysowane, ale i pełne dramaturgii przygody. Czy kariera gościa, którego uważa się za pierwowzór i inspirację dla Tsubasy, jest choćby w zauważalnym stopniu równie zajmująca?

Raczej nie nadawałaby się na wielosezonowy tasiemiec, ale i tak jest wyjątkowa. Choćby dlatego, że Kazuyoshi Miura ma 48 lat i ciągle zawodowo kopie. Niedawno przedłużył kontrakt z grającą w J-League 2 Yokohamą FC.

Image and video hosting by TinyPic

***

Reklama

Shizuoka to piłkarskie zagłębie Japonii. Gdy w 1993 powstała J-League, aż 15% zawodników w lidze pochodziło z tego regionu. Stąd wywodzi się fikcyjny Tsubasa, ale i Kazuyoshi Miura, to tutaj futbol od zawsze cieszył się największą popularnością.

Kazu chciał być profesjonalnym piłkarzem, a miał wybitny jak na Japonię talent. Problem w tym, że w pewnym momencie zderzył się ze ścianą: w kraju nie było zawodowej ligi, więc siłą rzeczy nie było też zawodowych klubów, gdzie mógłby zebrać wysokiej klasy szlify. Najlepsi w kraju po godzinach i tak zasuwali w piekarni albo na poczcie. Powiedzieć, że Azja była wówczas piłkarskim zaściankiem, że dopiero raczkowała, to nic nie powiedzieć. Futbolowa pustynia – znacznie lepsze określenie.

Miura był jednak zdeterminowany, gotowy zrobić wszystko, byle postawić na swoim i spełnić marzenia. Trudno sobie wyobrazić jak przekonał do tego rodziców, ale udało mu się zrobić krok nieprawdopodobnie odważny – w wieku piętnastu lat wyjechał do Brazylii. Wszystko co miał, to 700 dolarów w kieszeni i miejsce w szkółce Atletico Juventusu Sao Paulo, o które wystarał się jego ojciec.

Ojciec, który jak przekonują niektórzy biografowie, mocno związany był… z Yakuzą. Ile w tym prawdy? Trudno powiedzieć. Ale gdy czyta się wywiady z Kazu, widać fascynację, która zachęca do spekulacji – ulubiony film „Ojciec Chrzestny”, zainteresowania „historia mafii”, nawet psa Kazu nazwał… Vito Corleone.

***

Nie znał języka, nie miał znajomości, bazował tylko i wyłącznie na talencie. Talencie, w który mało kto wierzył. Traktowano go jako totalną egzotykę, trochę tak, jak my traktowaliśmy niedawne doniesienia o graczu z Nepalu na testach w Jagiellonii. Przecież niemożliwe, żeby ktoś tam umiał kopać piłkę, prawda? Tak samo w Brazylii podchodzono do Miury.

Reklama

Szkolił się kilka lat we wspomnianym Juventusie, aż w 1986 roku zgłosił się po niego… Santos. Tak jest, wysoka półka i to bardzo szybko – ciekawe, prawda? Spokojnie, aż tak się nie wyróżniał. Santos akurat jechał do Japonii na towarzyski Kirin Cup, posiadanie Japończyka w drużynie im się opłacało. Dzięki temu budzili większe zainteresowanie, a więc mogli zarobić więcej forsy – tyle potencjalnych profitów, a wystarczyło zabrać japońskiego dzieciaka, który błąkał się po boiskach Sao Paulo. Niedługo po Kirin Cup młokosa odpalono, przestał być przydatny.

Image and video hosting by TinyPic

Trafiał do drobnych, regionalnych zespolików, o których nigdy nie słyszeliście i już nigdy nie usłyszycie – na przykład Sociedade Esportiva Matsubara czy też Clube de Regatas Brasil, przypuszczam, że wiele wam te nazwy nie mówią. Przełom miał miejsce w drużynie XV de Jau – nazwa może nie kładzie na łopatki, ale akurat pod koniec lat osiemdziesiątych był to w miarę sensowny klub.

Tutaj pierwszy raz go doceniono. Wyrobił sobie dostatecznie dużą markę, by zaczepić się na dłużej, a z trybun wreszcie niosło się „Kazu, Kazu”, a nie szyderka. Gdy strzelił zwycięską bramkę z Corinthians, czyli już naprawdę nie byle komu, na innych stadionach też zaczęto traktować go poważnie. Grał coraz lepiej, zaczęła pisać o nim prasa, zainteresowanie wyrażały poważne marki. Trafił do Coritiby, z nią zdobył Campeonato Paranense, będąc jednym z czołowych zawodników.

Wtedy ponownie do jego drzwi zastukał Santos. Tym razem już ściśle ze względu na piłkarskie umiejętności, ale Kazu szansy nie wykorzystał. Potraktowano go fair, otrzymał jedenaście okazji w lidze, ale na tym przygoda się skończyła.

Mimo wszystko jednak brazylijski etap jego kariery można uznać za sukces. Wróżono mu, że będzie turystą, że wróci do domu z podkulonym ogonem. Tymczasem wracał do Japonii w glorii gwiazdy.

***

Dlaczego wrócił na futbolową prowincję, skoro wciąż miał oferty z niezłych brazylijskich ekip? Powód jest oczywisty – pieniądze. W Japonii właśnie zaczynała się dobrze płatna piłkarska rewolucja. Lineker, Littbarski, Schillaci, Zico – każdy z nich dał się skusić na egzotyczną ligę, bo kasy było w bród. Ale największą gwiazdą był Miura.

Image and video hosting by TinyPic

Ceremonia otwarcia J-League

Cztery mistrzostwa Japonii z rzędu, licząc dwa sezony przed powstaniem J-League, a także dwa już po inauguracji. Tytuły MVP rozgrywek, nagroda dla najlepszego piłkarza Azji. Japońska piłka przechodziła swój boom, jej popularność eksplodowała, ludzie odkrywali piękno futbolu, a twarzą tych wszystkich procesów był niezmiennie Król Kazu. Uwielbiano jego nieszablonowy styl, błyskotliwość. Brazylijską sambę, którą potrafi zatańczyć chłopak stąd. Miura miał nawet swój charakterystyczny taniec po bramce, który stał się na tyle znany, że trafiał nawet do gier komputerowych.

Trudno powiedzieć, czy to planował, ale jak najbardziej: takimi detalami jak własna, łatwo rozpoznawalna cieszynka buduje się własną markę

W latach dziewięćdziesiątych sporą popularnością cieszyły się też mecze towarzyskie, w których mierzyły się ze sobą na przykład Ameryka Południowa z Europą, Francja z resztą świata. Miura zwykle był zapraszany na takie starcia jako reprezentant Azji, na przykład gdy Brazylia w 1996 rzuciła wyzwanie wszystkim innym nacjom globu. Po jednej stronie ci, którzy potem bili się o złoto w finale Coupe de Monde, po drugiej Campos, Matthaeus, Couto, Hierro, Abedi Pele, Desailly, M.Laudrup, Redondo, Bałakow, Ginola, Klinsmann i oczywiście Miura, zmieniany w przerwie przez Weaha. Niezłe towarzystwo, prawda? Obracając się wśród piłkarzy przez duże P jeszcze bardziej rósł w oczach Japończyków. Dzięki Miurze pozbywali się piłkarskich kompleksów.

W Japonii przerósł sport, stał się powszechnie znaną osobą publiczną, dziś powiemy – celebrytą. Nawet jeśli ktoś kompletnie nie interesował się piłką, wiedział kim jest Kazu. Mógł go kojarzyć tylko z ekstrawaganckiego stylu ubierania się, ze ślubu z topową gwiazdką pop Shitarą Osako, ale na pewno go kojarzył.

***

Po wygraniu wszystkiego co się dało w Japonii, po spróbowaniu sił w Brazylii, nadszedł czas na poważniejsze wyzwania. Rzucił się na głęboką wodę, czyli Serie A, wówczas bodaj najsilniejszą ligę na świecie. Co ważne – aby trafić do Genoi, musiał zgodzić się na obniżkę płac. Tak jest, J-League naprawdę płaciła wówczas aż miło.

W Europie patrzono jednak na Miurę tak, jak wcześniej w Brazylii. Nawet transfer nie okazał się normalny, był transakcją wiązaną, załatwianą nie przez trenera czy prezesa, a sponsora Genoi, firmę Kenwood. Reklamodawca był zachwycony: japońska TV kupiła prawa do transmitowania wszystkich meczów Grifone, a do Włoch pielgrzymowali dziennikarze i turyści. Zjawiali się nawet na treningach, co do szewskiej pasji doprowadzało trenera Franco Scoglio.

Image and video hosting by TinyPic

Japończyk kompletnie mu nie pasował. Wciśnięto mu na siłę gracza, którego nie potrzebował, którego nie cenił, ale którego mimo wszystko musiał w jakimś sensownym wymiarze czasowym wystawiać, bo sponsor, bo telewizja, bo turyści. Żaden trener nie chciałby iść na tak zgniły kompromis i Scoglio nie zamierzał siedzieć cicho. Narzekał w prasie, to na zaległości fizyczne Miury, to na towarzyszący mu „dwór”, to na problemy językowe. – Mówię do niego dwie minuty, a tłumacz przekazuje z tego jedno zdanie. Jak mamy się dogadać?

Kazu zderzył się z Serie A w dość dosłownym sensie, bo już w pierwszym meczu Baresi rozbił mu nos, przez co Japończyk trafił do szpitala. Grywał później regularnie, ponad dwadzieścia występów wstydu nie przynosi, ale to jednak nie było to. Ze wspomnień pozostał mu jeden gol, w derbach z Sampdorią, kiedy to Scoglio nawet zdecydował się wystawić Miurę od pierwszej minuty.

Nie był to najpiękniejszy gol w historii futbolu, w dodatku Genoa i tak przegrała

Można powiedzieć, że nie dano mu dość czasu. Taki zawodnik potrzebuje go więcej, by się zaadaptować. To była dla niego zupełna nowość pod względem stylu, w dodatku trafił do ligowego słabeusza. Czyżby za szybko mu podziękowano, kto wie, może gdyby ktoś jeszcze wówczas na niego postawił, to osiągnąłby więcej?

Fajna teoria, ale Kazu wrócił do Europy kilka lat później i nie przebił się w Dinamie Zagrzeb, oblał testy w Bournemouth a także szkockim Hibernian. Gdyby naprawdę był piłkarzem wybitnym, aż tak tuż po trzydziestce by się nie posypał.

Image and video hosting by TinyPic

Tsubasa na starym kontynencie poradził sobie lepiej. Grał w Barcy, czyli serialowej FC Catalunya

***

Od początku powtarzał, że ma jedno piłkarskie marzenie: mundial. Zabrać na niego Japonię i na nim zagrać. Dlatego to tutaj kryje się najbardziej gorzka karta jego kariery, bo dwukrotnie był o włos od osobistego triumfu nad triumfy.

Przed awansem do MŚ w USA powstrzymała go „Agonia w Doha„. Tym tytułem Japończycy nazywają swoją piłkarską klęskę wszechczasów, kiedy brakło im sekund do awansu. Kazu był liderem „Niebieskich Samurajów”, to jego gol przesądził między innymi o prestiżowym zwycięstwie nad Koreą Południową. W ostatniej kolejce Japonia mierzyła się z Irakiem (czasy reprezentacji w mackach Udaja Husajna), ale Miura nie uratował zespołu. Otworzył wynik, ciągnął grę, jednak w ostatniej akcji meczu „Lwy Mezopotamii” strzeliły po kornerze i na mistrzostwa pojechała Korea, a tylko dzięki lepszemu bilansowi bramek. Horror.

Image and video hosting by TinyPic

Cztery lata później bitwa o Francję, tym razem dla odmiany sukces po dramatycznym scenariuszu. Miura na początku eliminacji strzelał jak z karabinu, po kilka goli na mecz. Ale tak obijał słabeuszy jak Bangladesz i Makau, gdy przyszło grać z silniejszymi, zacinał się. Po remisie z ZEA, kibice wygwizdali drużynę, a samochód Kazu obrzucono jajkami.

Japonia zakwalifikowała się mimo to do barażu z Iranem, który przechyliła na swoją korzyść dzięki trafieniu w dogrywce. Miura wyszedł wtedy w pierwszym składzie, po gwizdku cieszył się ze wszystkimi na płycie boiska, jego marzenie wreszcie miało się spełnić.

Ale selekcjoner Takeshi Okada zrobił Janasa i Kazu na mistrzostwa nie pojechał. Owszem, Miura nie robił furory w każdym meczu, ale i tak zrobił dla tej drużyny nieporównywalnie więcej, niż wielu z tych, których Okada do Francji zabrał. Oczywiście, że zasługi nikt na turniej tej rangi nie jedzie, ale Miura był w stanie być w najgorszym wypadku zostać przydatnym dżokerem. A że by się przydał, niech najlepiej zaświadczą wyniki – Japonia na Coupe de Monde 98′ przegrała nawet z Jamajką.

Cały kraj dyskutował wówczas o decyzji Okady, ludzie byli oburzeni, trzymali stronę zawodnika. Tak czy inaczej znowu dzięki Kazu futbol stał się tematem publicznym numer jeden. Po latach mówi się, że szatnia była skonfliktowana. Panował podział na młode pokolenie i weteranów, Okada opowiedział się za pierwszymi pod przywództwem Nakaty, nie umiejąc najwyraźniej pogodzić obu grup.

Nas też w swoim czasie Miura pokłuł. 1996 rok, wycieczka do Hong Kongu, gol na 0:4 jego. W składzie Polaków między innymi Woźniak, Węgrzyn, Łapiński, Jaskulski, Skrzypek, Czerwiec, Czereszewski, Wyciszkiewicz, Citko, Kaliciak, Wojtala, Gęsior, Lenart, Śrutwa

***

Jakie wyzwania można sobie stawiać, gdy klubowo odbiłeś się od Bournemouth, nie masz też już szans na grę w reprezentacji? Takie pytanie musiał sobie zadać na przełomie tysiąclecia Miura, ale znalazł odpowiedź: robić kasę na tym, co się lubi.

Nie jest łatwo zawiesić buty na kołku, gdy nieustannie podsuwają ci pod nos intratne propozycje, gdy kibice cię kochają, a futbol cały czas sprawia ci frajdę. Nie da się ukryć – gdyby nie jego dawne zasługi pewnie już by skończył grać. Jest jednak pomnikową figurą, „Maradoną Japonii”, którego media w Kraju Kwitnącej Wiśni śledzą nawet wówczas, gdy idzie po gazetę. Wykorzystało to chociażby Sydney FC w 2005, mając w perspektywie grę w Klubowych Mistrzostwach Świata rozgrywanych w Japonii, przygarnęło Miurę na krótki kontrakt.

Od lat Kazu terminuje w składzie Yokohamy. Jeszcze dwa lata temu faktycznie biegał po murawie i coś tam sporadycznie strzelał, ale zeszły sezon? Cztery minuty przez cały rok. Widać, że tutaj już chodzi o coś zupełnie innego, niż walory czysto piłkarskie. Marketingowe zyski z posiadania Kazusą jednak bardzo wymierne, niektórzy mówią nawet, że Yokohama FC bez Miury miałaby problemy z płynnością finansową, z nim jednak budżet zawsze się dopnie.

Trudno z dystansu ogarnąć skalę uwielbienia Japończyków dla Miury, a to ona jest tu kluczem. Gdy J-League organizowało akcję sprzedaży butów piłkarzy na cele charytatywne, jego korki poszły za 80.000 dolarów. Druga najcenniejsza sprzedaż opiewała na 3000. Po tragedii w Fukushimie grał mecz w Kawasaki (300km od miejsca wybuchu), organizatorzy dali mu megafon, by powiedział parę słów do kibiców. Nikomu nie przeszkadzało, że przyjechał z inną drużyną, więcej – jego mowę powtarzano wielokrotnie w radiu i tv.

Image and video hosting by TinyPic

Kazu to w Japonii ciągle marketingowy gigant. Lepiej jego sprzymierzyć z Neymarem niż jakiegokolwiek aktywnego piłkarza

***

Miura ma w swojej biografii zbyt wiele cech charakteryzujących Japonię, by kiedykolwiek odejść w zapomnienie. Z jednej strony – spokojny, nikomu nie wadzący facet, pracowity. Z drugiej – potrafiący to pogodzić z nutą ekstrawagancji i unikalnym stylem. Długowieczny, etyczny, ale i mający w tle swej historii cień słynnej Yakuzy. Gdzie jak gdzie, ale w Japonii potrafią też docenić dawne zasługi.

Czy był bezpośrednią inspiracją dla Tsubasy? Nie, w trakcie powstawania pierwszych komiksów sam był nastolatkiem. Ale pamiętajcie, że ten serial to prawdziwy tasiemiec, więc niektóre sezony tworzono już po tym, gdy Król Kazu wypłynął. A dziwnym trafem w fikcyjnej karierze Tsubasa trafia do Brazylii, by grać w Santosie… Najuczciwiej będzie jednak nazwać ich obu partnerami, byli bowiem pierwszymi ambasadorami japońskiej piłki. Nikt więcej nie zrobił dla promocji futbolu w Japonii, jak i promocji futbolu spod znaku Japończyków. I w niczym nie przeszkadza fakt, że jeden z nich był postacią nieistniejącą, a drugi był tylko i aż królem własnego podwórka.

Leszek Milewski

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...