Jakiś czas temu napisaliśmy tekst, którego jednym z bohaterów był Bas Dost. Temat? Gwiazdki Eredivisie, które w Holandii strzelały na potęgę, a potem w lepszych ligach kopały się po czole. Minęło kilka tygodni i… jesteśmy w szoku. Facet który wcześniej był paralitykiem nagle zaczął trafiać z regularnością karabinu maszynowego. Siedem jego ostatnich strzałów dało Wolfsburgowi siedem bramek. W tym roku ma ich już jedenaście – i to z nie byle kim. Pakował już piłkę do siatki Bayernowi, Bayerowi czy Sportingowi… Bas Dost z nieudacznika stał się maszyną nie do zatrzymania.

Bas Dost – maszyna, która nie przestaje strzelać

Opinie na temat Wolfsburga do niedawna były zgodne – w tej drużynie nie było komu strzelać bramek. Bas Dost stał się dla kibiców Wilków synonimem wpadki transferowej, od dłuższego czasu Holender prezentował się po prostu beznadziejnie. Snuł się po boisku bez celu, marnował świetne sytuacje…no, chyba że akurat leczył kolejną kontuzje. Zresztą tak naprawdę w jego przypadku nie robiło to żadnej różnicy – tak, czy siak był bezużyteczny dla swojej drużyny.

Było to o tyle dziwne, że Dost przed tym jak trafił do Niemiec sprawiał wrażenie wybornego napastnika. W swoim drugim sezonie w Heerenveen ustrzelił aż 35 bramek, które okrasił ośmioma asystami – a to tylko biorąc pod uwagę rozgrywki ligowe. Najbardziej dał się wówczas we znaki obrońcom Excelsioru, którym w jednym spotkaniu zapakował aż pięć bramek. Na ich miejscu bylibyśmy blisko załamania. Innymi słowy facet był absolutnym niszczycielem, który roznosił każdą defensywę z którą przyszło mu się zmierzyć. A to wszystko mając zaledwie 22 lata na karku.

Nic dziwnego, że od razu po zakończeniu rozgrywek zgłosiły się po niego kluby z lepszych lig – kto nie chciałby ściągnąć do siebie takiego snajpera? Swoje propozycje Holendrowi złożyły między innymi West Bromwich Albion i Aston Villa, mówiło się także o zainteresowaniu Dostem ze strony Fiorentiny, Genoi, czy Evertonu. Ostatecznie snajper postawił na Niemcy, spakował walizki i przeniósł się do Wolfsburga, a w przeciwnym kierunku powędrowało siedem milionów euro.

Image and video hosting by TinyPic

I nagle przepadł, jak kamień w wodę. Praktycznie z miejsca skończyła się zabawa w strzelca wyborowego, zaczęło się za to męczenie buły. W porządku, startu w VfL z pewnością nie ułatwiało mu to, że przychodził w miejsce Mario Mandżukicia, do tego z łatką wielkiego talentu. Oczekiwania wobec Dosta były bardzo duże i być może przygniotła go związana z nimi presja. Od początku sezonu był podstawowym napastnikiem Wilków, jednak nie odwdzięczył się trenerowi za powierzone mu zaufanie – strzelał rzadko, aż w końcu Dieter Hecking uznał, że z tej mąki chleba nie będzie. Holender zaczął zaliczać coraz krótsze epizody na boisku i strzelał jeszcze rzadziej niż wcześniej.

Tragedia? A skąd, ta dopiero miała się wydarzyć. W kolejnym sezonie Dost zaliczył dwie długie kontuzje, między którymi rozegrał w lidze niecałe 600 minut. Wydawało się, że Holender przegrał z urazami i już nic z niego nie będzie, a VfL powinno jak najszybciej załatwić sobie wzmocnienie ataku. W obecnych rozgrywkach po raz pierwszy pojawił się na boisku dopiero pod koniec meczu rozgrywanego w ósmej kolejce, po czym nie podniósł się z ławki przez cztery kolejne mecze, by w końcu wejść… na ostatnią minutę meczu przeciwko Borussii Moenchenglabach. Wydawało się, że jest już wrakiem napastnika, który powinien jak najszybciej zmienić otoczenie na mniej ambitne. A Wolfsburg?

Image and video hosting by TinyPic

Jeszcze przed inauguracją rundy wiosennej zgodnie twierdziliśmy z Radosławem Gilewiczem (tutaj), że VfL koniecznie potrzebuje napastnika. Komentator Bundesligi mówił tak: – Aż szkoda patrzeć na to, że piłkarz takiej klasy, jak De Bruyne, nie ma przed sobą nikogo na swoim poziomie. (…) Schuerrle musi grać na skrzydle, a nawet jak w ataku wyjdzie Dost to nie jest to piłkarz, który zagwarantuje piętnaście goli. Kibice VfL już od dawna wywieszają transparent „Dżeko, wróć. Czekamy na ciebie”.

Od tamtej pory minęły nieco ponad trzy tygodnie i mamy wrażenie, że podczas przerwy zimowej ktoś Dosta podmienił. Pojawiają się nawet żarty, że w jej trakcie Dost – niczym Spiderman – został ugryziony przez radioaktywnego piłkarza i ze zwykłego człowieka zamienił się w napastnika. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że Holender, dla którego określenie „nieporadny” do niedawna byłoby sporym komplementem, nagle stał się czołowym snajperem Europy?

Wolfsburg zdążył rozegrać w tej rundzie pięć spotkań w lidze i jedno w Europie, a Dost już w pierwszym meczu zapakował dwie bramki Bayernowi Monachium, potem rozstrzelał Bayer Leverkusen, a łącznie zdążył już trafić do siatki jedenaście razy. Średnia w tym roku? Chwyćcie za kalkulatory, a potem… przetrzyjcie oczy ze zdumienia. 517 minut na boisku, 11 bramek, piłka ładowana do siatki co 47 minut.  Nic dziwnego, że dzisiaj kibice Wolfsburga mówią na niego „Nowy Dżeko”. Facet w 2015 roku strzela jak opętany. Najbardziej niesamowite jest jednak to, że Dost ma naprawdę  spory udział przy zdobywanych bramkach. To nie jest tak, że dzięki korzystnemu układowi gwiazd Holender ma farta, piłka regularnie zaczęła lądować pod jego koślawymi nogami, a on z metra kilka razy ledwo-ledwo wcisnął ją do siatki.

Jego gole budziły zdziwienie. Kiedy otworzył wynik inauguracji z Bayernem, większość ironicznie się uśmiechnęła. Kiedy załadował Bayernowi po raz drugi – pierwszy dublet przeciw Bawarczykom od 102 kolejek – szydera nie miała końca. „Strzał życia i mecz życia, najlepsze w karierze już za nim”. A on nie dość, że skuteczność utrzymał na najwyższym poziomie, to Bayerowi strzelił dwa razy więcej. Dublet to również mecze ze Sportingiem i Herthą, tylko raz załadował z Hoffenheim. Pewnie był wtedy trochę zawiedziony.

Bas to wyjątkowy napastnik. Zawsze znajduje się dokładnie w tym miejscu, z którego padają bramki. A on je strzela. – mówi Dieter Hecking, trener Wolfsburga. Dodaje też, że formą Dosta nie jest zaskoczony, bo ten łapał ją już w grudniu, trafiając z Koeln. Nie wierzcie jednak w te bajeczki: Hecking postawą Dosta jest tak samo zdziwiony, jak każdy z was. Jesienią tak w niego wierzył, że trzy razy wystawił go w jedenastce, umieszczając w klubowej hierarchii za Ivicą Oliciem i Nicklasem Bendtnerem. Tak, nawet za Lordem Bendtnerem, który w tym sezonie ligowym trafił do siatki zaledwie raz.

Powiedzmy sobie szczerze – w grudniu nikt nie dałby za Dosta funta kłaków, a Wolfsburg miałby spore problemy z tym, by go komuś wcisnąć. A teraz? Holender jest dzisiaj największą rewelacją Bundesligi i kto wie, być może nawet w końcu zostanie powołany do reprezentacji, której selekcjonerzy regularnie pomijali go nawet gdy szalał na boiskach Eredivisie.

I wiecie co? Właśnie za to uwielbiamy piłkę nożną.

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments