Bałuty to ponoć depresyjne miejsce. Szare bloki. Ciemne bramy. Jeszcze ciemniejsze charaktery. Mimo to ciężko znaleźć bałuciorza, który będzie narzekał na swój blok, kamienicę czy podwórko. Chciałbyś się urodzić gdzie indziej? Nigdy! Tylko w Łodzi, tylko na Bałutach. Kiedyś jeden z tamtejszych raperów przekonywał: „moje ukochane miasto jest trochę jak rodzic-alkoholik, czasami nienawidzisz go bardzo i masz dość, ale przy obcych bronisz”. Zgadzam się z tym. Zgadzam się też ze słowami Igora Sypniewskiego, że Bałuty zostają w ludziach, wraz z wpojonymi na podwórku zasadami, z dumą z pochodzenia.

Duma, depresja, alkohol. Odwiedziliśmy Igora Sypniewskiego

„Jestem z Bałut”. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś to powiedział z przyciszonym głosem lub opuszczoną głową.

Depresja, alkohol, duma, Bałuty. Wszystko układa się w całość. Wszystko układa się w postać Igora Sypniewskiego. Gdy czytałem „Zasypanego”, cały czas czekałem na szczęśliwe zakończenie, na epilog w postaci: „i wróciłem na moje ukochane Bałuty, gdzie żyłem długo, radośnie i w zdrowiu”. Książka, autobiografia „Sypka”, w której otworzył się do końca, bez jakichkolwiek tajemnic, urywa się jednak w miejscu, gdy walczy nie z rywalami, nawet nie z alkoholem, ale ze zdrowiem. Akcja podpisywania jego dzieła przy al. Unii 2, na ukochanym stadionie, nie doszła do skutku właśnie przez problemy ze zdrowiem. Igor nie pije od trzech lat, ale pokutuje za wcześniejsze trzydzieści. To widać i słychać. Widać w zatroskanych oczach jego matki, słychać w nadziei w jego głosie, gdy mówi: „wróci zdrowie, wszystko się ułoży”.

Blok jak każdy inny w tej okolicy. Blok jak mój. Otwiera Igor. Do rozmowy włącza się również jego matka, Ilona. Była przy nim we wszystkich momentach jego kariery. Na każdym zakręcie jego życia. Stefan Sypniewski, ojciec Igora, wywiad, który ukazał się w autobiografii jego syna kończy słowami: „Przyjaciele byli wówczas, gdy Igor miał pieniądze. Na koniec zostali mu już tylko Stefan Sypniewski i Ilona Sypniewska”. I faktycznie, ciężko sobie wyobrazić, gdzie mógłby dziś być Igor bez ich pomocy. Bez ich wsparcia, ale i bez ich nadzoru.

Nie będzie panu przeszkadzać, jak zapalę papierosa? – ostatni nałóg, z którym Igor nie walczy. Zresztą po co, skoro jako jedyny nie wyrządził mu większych szkód. Nie to co alkohol. Nie to co hazard. Z automatami uporał się już dawno, alkoholu nie tyka od trzech lat. Dla mnie, dla wielu innych – to już rozwód. Ale kto kiedykolwiek miał styczność z nałogiem, wie, że nawet najdłuższa rozłąką to tylko separacja. Zawsze można wrócić. Wystarczy chwila, moment słabości. – Czy ciężko walczyć z alkoholem? Jasne, że ciężko. Już od czasów gry w Grecji. Upał, żar z nieba, a w kioskach zimniutkie piwo. Kto mógłby się oprzeć? – dopytuje znad szklanki z logiem jednego z browarów. W środku znajduje się jednak tylko sok.

*

To właśnie to najbardziej nurtowało wszystkich kibiców. To nurtowało również mnie. Czy książka nie uwolni starych demonów? Czy zamiast terapii, jaką jest wyrzucenie z siebie najmroczniejszych wspomnień, nie będzie powrotu ze zdwojoną siłą obu chorób – alkoholizmu i depresji? – Muszę wrócić do zdrowia. Jak tylko będzie zdrowie, wszystko się ułoży – Igor powtarza te zdania jak mantrę, ale wie, co mówi. Drogie leki to spore obciążenie budżetu rodziny. Ich działanie wykańcza psychicznie. Do tego dochodzi brak pracy – nie przez brak propozycji, właśnie przez zdrowie. Renta? Niesamowite, ale o jej przyznanie „Sypek” walczy dopiero teraz. W książce przyznaje: lekki udar, nieodwracalne, lewostronne zmiany w mózgowiu. – Nie jest za dobrze. Wciąż miewam drgawki, w dodatku lekarze nie wiedzą, czy to na pewno tylko konsekwencje udaru. Dzisiaj miałem badania krwi, w poniedziałek neurolog… Na razie nie ma jednoznacznej diagnozy, cały czas przyjmuję leki poudarowe i czekam, aż się poprawi… No nie ma co kłamać, jest mi ciężko.

10395814_888697671150241_5636805930033142485_n
Fot. Jareczek

Czy książka przyniosła poprawę? Na pewno przyniosła pomoc.

Odezwał się do mnie Marek Pięta, szef Polskiego Związku Piłkarzy. On, wraz ze swoim kolegą, chciał mi pomóc w wywalczeniu renty chorobowej. Musieliśmy zebrać wszystkie świadectwa pracy. Z polskimi klubami nie było problemu, Szwedzi też przysłali wszystkie dokumenty od ręki, zostali oczywiście Grecy. Marek zaangażował do pomocy Marka Chojnackiego, który zawiózł mnie do greckiej ambasady w Warszawie, żebym podpisał wszystkie pełnomocnictwa – opowiada Igor. Od razu wtrąca się również jego mama. – Igor po przejściu choroby udarowej otrzymał grupę niepełnosprawności, do 2016 roku jest częściowo niezdolny do pracy. Być może po zebraniu wszystkich dokumentów uda się uzyskać rentę, chociaż na ten okres, gdy faktycznie nie może normalnie pracować. Tutaj naprawdę potężną pomoc zaoferował nam Marek Pięta, bez niego byłoby ciężko o kontakt z Grekami – relacjonuje pani Ilona. – Południowcy. Grecja. Oni mają w swoim słowniku tylko dwa słowa: „później” oraz „jutro”. Tych nauczyłem się już na początku pobytu w tym kraju – uzupełnia „Sypek”. Poza PZP do Igora zgłosiła się również psycholog, oczywiście z Bałut, która po przeczytaniu „Zasypanego” skontaktowała się z rodzicami Igora i zaproponowała terapię. – Powiedziała, że gdy będę gotowy, mam się do niej zgłosić. Zastanawiam się nad tym. Dlaczego? Bo znowu musiałbym sobie to wszystko przypominać, znów to wszystko przeżywać.

Bo Igor bardziej, niż alkoholu, boi się nawrotu depresji. – Nie czytałem recenzji, opinii, niczego na temat książki. Ograniczyłem się do podpisywania. Jeśli ktoś chciał mi pomóc, kontaktował się z ojcem. Sama książka? Czytałem tylko rozdziały, w trakcie powstawania. Tak. To było trudne.

Igor zresztą już raz odmówił napisania książki. Żelek Żyżyński i Paweł Hochstim też musieli poczekać na decyzję. Przekonywali wtedy: Igor, napiszmy wreszcie o twojej depresji, powiedzmy o tym, że to nie tylko alkohol, że miałeś naprawdę poważne problemy ze zdrowiem – rozwija pani Sypniewska. – To zresztą przecież nie dotyczy tylko Igora. Wielu ludzi myśli, że piłkarzy czy ogółem sportowców depresja nie ma prawa dotknąć. Zaczyna się mówić o zawodniku dopiero, gdy chorobę „leczy” alkoholem. Rozmawiałam z wieloma lekarzami, którzy przekonywali: ta bezsilność, która nie pozwala wstać z łóżka, to fatalne samopoczucie – to są przyczyny sięgania po alkohol. Doraźny lek, który pozwala na chwilę zapomnieć, na chwilę się odciąć. Ale to nie rozwiązuje niczego, jedynie potęguje depresję.

Ostatecznie ludzie widzą tylko alkoholika. Człowieka, którego zepsuły pieniądze, który dostając się do świata najdroższych alkoholi i równie drogich kasyn dobrowolnie wpadł w szpony nałogu. Przyczyny są gdzieś w tle, ten pierwotny problem, czyli długie godziny spędzone w bezruchu, długie godziny, gdy nie można wstać z łóżka, pozostają w tle. Na pierwszym planie jest alkoholizm, czasem hazard, może nawet narkomania. Depresja? Co to jest depresja? – I w ten sposób choroba się pogłębia. Żelek powtarzał – Igor, ludzie cię widzą wyłącznie jako alkoholika, napisz im prawdę! – opowiada Ilona Sypniewska. – Byłam przy nim, gdy nie mógł wstać z łóżka, wcale nie przez alkohol. Ale zdiagnozować, że to depresja, zdiagnozować, że to złe samopoczucie to nie wina używek, jest bardzo trudno. Lekarze, którzy wreszcie doszli do przyczyny problemów Igora mówili, że to niemal niemożliwe, jak udawało mu się grać w piłkę, trenować i występować w meczach, mimo tak głębokiej choroby. Wydaje mi się, że trzymała go ta myśl, że ma na utrzymaniu byłą żonę, z którą ma córkę oraz przyjaciółkę, z którą ma syna. Cztery osoby, na które musiał zarobić. Jedyny powód, dzięki któremu nadludzkim wysiłkiem wygrywał z depresją.

Oraz alkoholem. Ale tylko przez rok. Gdy pozostawał pod opieką najlepszego terapeuty w jego życiu…

*

W tej najcięższej depresji, najbardziej pomogli mi Bogdan Maślanka i Jonas Thern. Tego drugiego nadal uważam za drugiego ojca, chociaż nawet nie mówiliśmy w tym samym języku. Szwecja… To, jak się przed nimi otworzyłem, to, w jaki sposób z nimi rozmawiałem. Chyba nigdy nie mówiłem tak swobodnie o wszystkich moich problemach – wspomina Sypniewski. Im dłużej go słucham, tym wyraźniej widzę, że Thern nie zrobił na nim wrażenia jako trener, jako wspaniały fachowiec, genialny motywator czy legenda tamtejszej piłki. Tak piorunujące wrażenie, tak mocny ślad zostawił nie Jonas – trener Halmstads, ale Jonas – pierwszy… terapeuta Igora Sypniewskiego. Choć sam „Sypek” nie do końca potrafi to nazwać, choć może sam nie do końca rozumie tę zależność, z jego słów układa się jasny obraz. Jonas Thern, brązowy medalista Mistrzostw Świata, jako pierwszy i – kto wie, może jedyny – przekonał Sypniewskiego, że warto się leczyć. Z alkoholizmu, ale i depresji. Depresji, bo to choroba jak każda inna. Albo raczej: choroba jak żadna inna.

10557742_856974960981025_7187586034296679978_o

Przygotował mnie fizycznie, zostawałem z nim po treningach, ale to chyba też trochę po to, żeby zająć mi czas. Wziął mnie pod skrzydła, interesował się nie tylko moją grą, ale i moim życiem – przyznaje Igor. Jonas-terapeuta oraz warunki leczenia: ciężka praca na boisku, wielogodzinne rozmowy, organizowanie wypadów na ryby czy na łódki. Zero alkoholu. Jak najmniej dni, gdy poza treningiem zostaje wyłącznie siedzenie w ciemnym pokoju z zasłoniętymi oknami. – Bardzo wiele wtedy zrozumiałem i bardzo dużo się nauczyłem. Nie tylko jeśli chodzi o zależność mojej gry od alkoholu. Poznałem zupełnie inny sposób myślenia, to jak oni się prowadzą, jak oni żyją. Na początku byłem naprawdę w szoku, nawet przyjęciem w szatni, gdzie przecież zdawali sobie sprawę, że jestem alkoholikiem. A to, że w Malmoe znowu dopadła mnie depresja, to naprawę nie moja wina… – …ale ucięcia kontaktu z Jonasem – chciałoby się dopowiedzieć do urwanego zdania Igora. Zabrakło terapeuty i „lekarza pierwszego kontaktu”, więc wróciły lęki i obawy z wcześniejszych lat. A razem z nimi alkohol, doraźny przyjaciel, który pozwalał zapomnieć o depresji.

Szkoda, że tak mało osób wiedziało o mojej chorobie. Siedząc już tutaj, w domu, z rodzicami, zastanawiałem się czasami – co byłoby, gdybym spotkał Jonasa wcześniej? Gdyby to on ze mną działał, gdy miałem 17 lat, wyszedłbym z tego. On naprawę działał jak psycholog.

*

Leczyłem się w AA. Brałem Anticol. Udawało mi się nie pić. Ale to była tylko walka z alkoholem, a nie z depresją. Bywało, że siadałem cały dzień na łóżku i nic nie robiłem. W Wiśle, gdzie ta choroba odezwała się po raz pierwszy, nie pomagał mi żaden specjalista. Rozmawiałem dużo z Andrzejem Zającem, ale nic więcej – wspomina Igor, odpalając kolejnego papierosa. Zając nie był Jonasem. Pewnie nawet nie przypuszczał, że wyjście z alkoholizmu wcale nie zakończy problemów zapowiadanego jako gwiazda ligi Sypniewskiego. Właściwą diagnozę miał postawić dopiero Thern, zdecydowanie zbyt późno. I co najgorsze – proponując leczenie zaledwie przez rok. – Trener Lirka i mój ojciec wiedzieli, że sobie popijam, próbowali z tym walczyć, ale się nie dało. W Grecji pomagali mi Józek i Krzysiek, też pewnie podejrzewali, że mam problem z alkoholem, ale nie dawałem sobie wytłumaczyć. W Wiśle był Andrzej Zając. Jeszcze wcześniej Leszek Pisz. Ale udało się dopiero Jonasowi…

Udało się – a przynajmniej tak wygląda to w tym momencie – także rodzicom. Albo raczej – organizmowi Sypniewskiego. Jego udar, kłopoty ze zdrowiem, wszystkie konsekwencje wielu miesięcy porażek z alkoholem i depresją, teraz ułatwiają leczenie. – Byłem w Atenach i przed kamerami przeprosiłem kibiców Panathinaikosu, że nie przyznałem im się do alkoholizmu. Teraz siedząc w domu opisałem całą swoją historię z Żelkiem i Pawłem. Nie chodzę na wspólnoty AA, nie korzystam z pomocy terapeutów, pomagają mi tylko ojciec i matka. Wiem jednak, co zrobiłem źle. Wiem, że byłem chory.

*

Teraz, gdy rozmawiałem z Markiem Piętą o tej rencie, zaproponował, że gdy tylko wrócę do zdrowia, mógłbym pracować z młodzieżą – „Sypek” od razu się ożywia. Widać, że praca z dzieciakami, której przecież liznął na wielu etapach swojego życia, nawet w okresach coraz dotkliwszych porażek w walce z chorobą, to coś, z czego jest naprawdę dumny. – Próbowałem już wcześniej prowadzić zajęcia z trenerem Janem Lirką, ale wtedy przeszkodziły mi problemy ze zdrowiem. Przychodzili też do mnie młodzi, tutaj na osiedlu. Przez pewien czas ich trenowałem, spotykaliśmy się na boisku i pokazywałem im, jak mogliby się rozwijać. Przynieśli mi potem piłkę ze swoimi autografami, w ramach podziękowania za ten okres. Jonas też chwalił moje podejście do dzieciaków, ja je uwielbiałem, one uwielbiały mnie. Chyba kwestia cierpliwości. Nigdy nie krzyczę, nigdy się nie denerwuję. Marzę o pracy z młodzieżą. Najpierw jednak muszę być zdrowy…

10628196_845612638783924_694380964775003114_n

Chciałbyś przestrzec tę młodzież swoją książką?

Czy chciałbym przestrzec młodych? Oczywiście, ale… Mnie też przestrzegano. Jakoś nie słuchałem – twierdzi Igor. – Ale przecież już są efekty – wtrąca się pani Ilona. – Kiedyś w Polsce temat depresji w ogóle nie istniał, a teraz? Nie tylko książka Igora, ale i zwierzenia Justyny Kowalczyk, czy przypadek niemieckiego bramkarza, który popełnił samobójstwo. To wszystko zmienia spojrzenie na problem, który dotyka naprawdę wielu sportowców. Przecież ten płacz i uciekanie z ringu Andrzeja Gołoty, wiele przypadków depresji wśród kierowców w sportach motorowych, Otylia Jędrzejczak. Sportowcy muszą o tym mówić, choćby po to, by w klubach zdawali sobie sprawę, jak wielki to problem. Niech chociaż dziesięć młodych osób powie: „Igorowi się nie udało, ale ja będę silniejszy, ja nie pozwolę tak zmarnować mojego talentu”. Niech chociaż jeden sportowiec zda sobie sprawę, że rozwija się u niego depresja. Dla mnie to będzie największy sukces tej książki – mówi mama Igora.

No już, mama, bo widzę, że lekarzem jesteś – przerywa ze śmiechem sam „Sypek”. Śmiech. Rzadko pojawiał się w tej rozmowie, rzadko pojawiał się w jego książce. Chyba też rzadko pojawiał się w życiu Igora.

Optymistyczne, że najweselej zrobiło się na końcu. Gdy Igor i pani Ilona zaczęli wspominać Grecję, Kretę, Szwecję oraz dzieciństwo na Bałutach. Jak dostał pasem, jeden jedyny raz w życiu, za kradzież butelek po mleku. Jak Mykland przyniósł na trening Panathinaikosu piłkę Olympiakosu, jak wpadł do szatni w dwóch różnych skarpetkach. Jak w Szwecji niektórzy piłkarze przyjeżdżali do klubu na rolkach. No i wreszcie o naszej dzielnicy, o naszym osiedlu, które wcale nie jest depresyjne.

Wiesz co, Koziny też są fajne, ale to nie to co Bałuty. Nie? Zupełnie nie to. U nas jest niepowtarzalnie. Słychać, że jesteś z tego dumny, tak jak ja.

Bałuciorze często upadają. Zawsze wstają. Wierzę, że z „Sypkiem” nie będzie inaczej.

JAKUB OLKIEWICZ

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments