Do Legii dołączył jako uzupełnienie składu. Niby najlepszy piłkarz i strzelec Widzewa Łódź, ale w stolicy jedynie alternatywa na wypadek odejścia Bartosza Bereszyńskiego. Łukasz Broź. Nie lubimy nadużywać tego określenia, jednak w jego przypadku chyba się nie pomylimy: jeden z najbardziej niedocenianych zawodników Ekstraklasy. Niedoszły student gdańskiej AWF, który do Widzewa trafił dzięki… kontuzji. No nic, nie przedłużamy…

Łukasz Broź: – Mam kurs przyspieszony, nadrabiam czas

Łukasz, mówili zanim przyszedłeś do Legii, że ty taki spokojny. Ale na wejściu od razu wziąłeś numer 28.

Akurat się zwolnił. Chętnie go wziąłem, bo dobrze mi się z nim grało w Widzewie. To po co mi było coś kombinować?

Mówią, że jak się ma 28 na plecach, to zdecydowanie więcej czasu spędza się na mieście niż na treningu. Potwierdzasz?

Potwierdzam. Słyszałem kilka fajnych opowieści o „Ljubo” na mieście (śmiech)…

Tak cię męczę o ten numer, bo on nagle trafił od największego gwiazdora do piłkarza, o którym jego klubowi koledzy mówią: niedoceniany i odpowiedzialny.

Było trochę śmiechu przy podpisywaniu kontraktu z Legią. Śmiałem się, że ja to „28”, żona i córeczki, a nie „28” i zabawa. To wcale nie była kwestia dobrego pierwszego wrażenia, tylko naprawdę taki jestem, normalny.

Twierdzisz, że jesteś normalny. A niedoceniany?

A co dokładnie rozumiesz przez to słowo?

Przychodzi do mistrza Polski 28-latek z Widzewa, najpewniej na ławkę, bo w formie był Bereszyński. Raczej uzupełnienie kadry niż realne wzmocnienie – tak to wtedy wyglądało.

Słuchaj, ty mi nie mów, że 28, bo 27, ja z grudnia jestem (śmiech). Dobra, teraz na poważnie – ja się wiele nie zastanawiałem, w jaki sposób mój transfer będzie odbierany, chociaż przez myśl mi przeszło, że „O, znowu jakieś uzupełnienie…”. W ogóle, to nas wszystkich, pozyskanych latem zeszłego roku, w początkowym okresie traktowano w kategoriach wypełnienia braków. Tyle że ja miałem za sobą porządny sezon, osiem goli i na pewno nie musiałem się niczego wstydzić. Przyjazd do Warszawy traktowałem jako szansę, żeby wskoczyć poziom wyżej.

Fajnie to brzmi, że szansa. Jednak z boku wyglądało to nieco inaczej: wybrałeś walkę o skład w najbogatszym polskim klubie – zdawało się, że bez większych szans na sukces – zamiast kilkumiesięcznych zaległości w miejscu, gdzie byłeś najlepszy. Twój wybór łatwo mi zrozumieć, ale brzmi to bardziej jak wygoda, a nie szansa rozwoju.

Przy najbardziej pozytywnym przebiegu zdarzeń czekała mnie zarówno szansa rozwoju, jak i większa wygoda, związana z kwestiami finansowymi. Nie będę ukrywał, że po siedmiu latach w Łodzi, ten aspekt zupełnie się nie liczył.

Natomiast – koniec końców – dwa lub trzy razy wygrywałeś rywalizację z Bereszyńskim. Sportowo pewnie również, lecz przede wszystkim dzięki jego kłopotom zdrowotnym.

W sumie wyszło na to, że w zeszłym sezonie zagraliśmy prawie tyle samo, przy czym generalnie jak ja byłem zdrowy, to on wypadał zdrowotnie, a jak on już się ogarnął, to wtedy mnie się coś przytrafiało. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie zawiodłem i że naprawdę miło mi się tutaj gra.

Mówisz, że miło ci się gra, ale nie wierzę, że nie czułeś się chociaż odrobinę poszkodowany w rywalizacji z Bartkiem. Wiadomo, jakimi priorytetami kieruje się Legia: młodszego łatwiej popchnąć za dobre pieniądze. Nikt wprost tego nie powie, lecz to żadna tajemnica, że klubowi bardziej na rękę jego występy niż twoje.

Trudno się Legii dziwić, prawda? Z drugiej strony uważam, że to, co do tej pory pokazałem w Legii, sprawia, że jak ktoś zobaczy Brozia w pierwszym składzie, to nie złapie się za głowę. Chcę być jednym z tych, dzięki którym okaże się, że warto do Warszawy sprowadzać także zawodników nieco starszych, ale takich, którzy wchodząc do mocnego zespołu, są w stanie zrobić następny krok. Po prostu stają się lepsi.

Żeby było śmieszniej, zakładam, że ani prezes Leśnodorski, ani nikt z – nazwijmy ich: „góry” – nie zakładał, że Brozia też będzie okazja sprzedać. Pod koniec lata mówiło się o Turcji, wcześniej o Francji. Możliwe, że temat powróci zimą.

Musisz wiedzieć, że ja – mówiąc szczerze – nie kombinowałem zgodnie z takim tokiem myślenia, czy na mnie będzie można coś zarobić. Uczciwa praca, duże zaangażowanie na treningach, każdy kolejny mecz. Gdybym sobie pofolgował i na moment odpuścił, byłoby źle. A ja cały czas, od paru ładnych lat – w zasadzie od dekady – notuję postęp. Nigdy nie założyłem, jakby to ująć: „zbyt dużych butów”.

Jest w Legii takie niepisane prawo, że gdy przychodzi piłkarz z Ekstraklasy – taki przed trzydziestką – potrzebuje pół roku na ogarnięcie się. Tomkowie Brzyski i Jodłowiec, ty, w dalszej perspektywie Igor Lewczuk i Arek Piech.

Trzeba się przestawić, nic więcej. Widzę to po sobie: kiedy przyszedłem, wszystkiemu się przyglądałem i mówiłem niewiele. Mogli pomyśleć, że jakiś dziwny jestem. Tymczasem minął rok i…

I niektórzy skarżą się, że już się nie zamykasz (śmiech)…

No, widzisz. Ja tak mam, że zmieniając środowisko, najpierw przyjmuję rolę obserwatora. Wielu tych trochę starszych zawodników, przychodząc do Legii, robi ten sam myk. Zauważ, że trafiliśmy z klubów o zupełnie innej specyfice, gdzie pracowało zdecydowanie mniej ludzi, gdzie poza nazwą ligi, każda rzecz diametralnie się różniła. Każda, zapewniam cię.

Mówi to człowiek, który na Łazienkowską przeniósł się po siedmiu latach walki o kasę w Widzewie.

Dokładnie tak. Mieliśmy tam fajną drużynę, ale i mnóstwo pecha. Musieliśmy przecież – mimo wywalczonego awansu do Ekstraklasy – stracić kolejny sezon w pierwszej lidze. Prezes Cacek nikogo nie chciał puścić, żeby jak najszybciej wrócić wyżej.

Nie chciał puścić i nie chciał płacić – można powiedzieć.

Powinienem w tej chwili wyciągnąć sprzęt audio i kliknąć „play”. A tam – przygotowana przeze mnie, oficjalna wypowiedź na ten temat. Teraz to już się śmieję, ale stosunkowo niedawno ciągle musiałem powtarzać to samo.

Ciężko pominąć, uwierz.

Ja wiem, jasne. Tylko co ja mogę mądrego odpowiedzieć? Że nie płacili, co wszyscy wiedzą? Bywało niefajnie, miałem tego dość, przez kilka kolejnych okienek transferowych chciałem odejść, lecz sentyment do miejsca i niektórych ludzi pozostał. Nie narzekałem, że nie udało się odejść, tylko zasuwałem, mimo że sportowo czułem się „na coś więcej”.

Przez te kilka ostatnich lat, z karną degradacją w tle, rzeczywiście wierzyłeś w to, że stać się na ligową czołówkę, czy po prostu teraz nie wypada ci powiedzieć inaczej?

Jeśli spojrzeć na nazwiska, nie mieliśmy w Łodzi źle. Wielu nas wierzyło, że w przyszłości dostanie szansę gry w czołowym polskim klubie czy wyjedzie za granicę. Tyle że jak wiatr wiał nam w oczy, a czas bardzo szybko uciekał, oczywiście pojawiały się różne myśli. Wiedziałem, że piłkarsko stać mnie, jednak nie wiedziałem, czy szansy, aby się o tym przekonać – zwyczajnie – doczekam.

Zazdrościsz chłopakom młodszym od ciebie o parę lat, że są w tym samym miejscu, a ty w ich wieku do poważnej piłki wędrowałeś naokoło?

Sam nie wiem. Jak patrzę na Krystiana Bielika, który ma 16 lat i gra w Ekstraklasie, to czasami łapię się na tym, że dostał rewelacyjną pozycję wyjściową do dalszej kariery. To ważne – nie, że już tę karierę robi, a na razie tylko stoi w pierwszym rzędzie.

W Polsce często postrzegamy piłkarza tak, że im wcześniej zadebiutował w lidze, tym lepiej świadczy to o skali jego talentu.

Nie generalizujmy, spójrz na mój przykład. Niby jako 19-latek grałem w okręgówce – to piąty poziom -na środku pomocy, a w ciągu jednego roku – poprzez drugą ligę – znalazłem się w Ekstraklasie, na lewej obronie. Też przeskok, co? Ale miękko wylądowałem, wskoczyłem od razu do grania. Z Widzewa do Legii – znów przeskok. Brakowało mi czasu, żeby siedzieć na ławce. To, co młodsi mają do ugrania w parę lat, ja – z racji wieku – muszę zmieścić.

Czyli kurs przyspieszony, żeby zdążyć załapać się na wyjazd. Michała Żyrę Legia przygotowała do transferu, a ciebie?

Nie znam odpowiedzi. Pewne są dwa fakty: po pierwsze – kontrakt obowiązuje mnie do czerwca, a po drugie – dotychczas nie prowadziłem rozmów na temat jego przedłużenia. Wiele wyjaśni się w grudniu. Mam świadomość, że przede mną ostatni dzwonek albo jeden z ostatnich, aby wyjechać, aczkolwiek niczego nie chcę przesądzać. Tutaj niczego mi nie brakuje, mam ważną umowę, robimy fajne wyniki, rozwijam się, kusi Liga Mistrzów za rok, no i rodzina dobrze się czuje. Zostając w Warszawie – nawet ze świadomością, że jeśli wyjadę za granicę, to jedynie na wakacje – krzywda mi się nie stanie.

Masz o tyle szczęście, że zdaniem specjalistów od przygotowania fizycznego, posiadasz organizm jest młodszy niż te 29 – rocznikowo, uprzedzając twoją reakcję – lat.

Świetnie się czuję, świetnie… Jeżeli ominą mnie poważniejsze kontuzje, chciałbym w dobrej dyspozycji dociągnąć do wieku „Sagana”. Czuję się coraz lepszy, a nie odwrotnie. Póki co układa się tak dobrze, że nie widzę powodu, dlaczego nagle sytuacja miałaby się jakoś diametralnie zmienić.

To zaraz ja powiem swoją opinię, a ty spróbuj się do niej odnieść. Dobrze?

Słucham.

Problemem Brozia jest to, że charakteryzuje go przyzwoitość. Jesteś, jako prawy obrońca, przyzwoity wręcz do bólu, nie zawalasz goli. Natomiast brakuje ci czegoś spektakularnego, co skierowałoby uwagę mediów oraz kibiców.

Zgadzam się, na pewno nie zaszkodziłyby mi asysty i gole. W meczu z Lechem Tomek Brzyski pokazał, że można jednocześnie strzelić gola i zaliczyć asystę, jeśli piłka fajnie zejdzie (śmiech)… Jest to jakiś pomysł, żeby nadrobić liczby, dwa w jednym. W sumie w Gliwicach byłem blisko gola, chcąc dośrodkować…

Rzadko który zawodnik lepiej sobie radzi w meczach o większym ciężarze gatunkowym. W lidze mega różnicy najczęściej nie robisz, ale z Celtikiem i Trabzonsporem pokazałeś, że można na ciebie liczyć. To chyba twoje najlepsze występy w Legii.

Nie zastanawiałem się nad tym, ale sądzę, że to siedzi w głowie. Kwestia odpowiedniego nastawienia, koncentracji. Decydują ułamki sekund – spóźnisz się, to może paść bramka. No a pamiętajmy też, że przeginając w drugą stronę, na własne życzenie stawiasz się w roli tego słabszego, co siedzi w głowie i nie pomaga. W Ekstraklasie z kolei można zostawić dystans do przeciwnika, bo zdążysz go dogonić albo łatwiej o asekurację.

Przepis na bardzo dobre występy w najważniejszych momentach?

Nie mam żadnego przepisu, przy czym jednak zawsze staram się być przygotowany. Na odprawie dostajemy wytyczne odnośnie do rywali, wiemy potem dobrze, kim jest ten gość naprzeciwko, na którego będziesz grał. W Trabzonie dostałem szybkiego piłkarza, nawet bardzo szybkiego, a w każdym razie – szybszego ode mnie. Dlatego miałem świadomość, że stojąc metr za daleko, jak on mi odjedzie – parę razy oglądałem jak odjeżdża innym – a ja się obrócę, to zobaczę co najwyżej jego numer na koszulce… Pierwsza udana interwencja człowieka napędza – wiadomo: psychologia – więc kiedy wygarnąłem mu piłkę wślizgiem w pierwszej akcji, wiedziałem, że musi być dobrze. Zazwyczaj unikam fauli, nie stosuję „pieczątki” w pierwszych minutach, żeby pokazać, że ze mną nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie. Wychodzę z założenia, że dla skrzydłowego najbardziej frustrujący moment jest wtedy, gdy obrońca zabiera mu piłkę. Czysto. I nie na aut, tylko od razu konterka. No, ja po prostu lubię mierzyć się z faworytami.

A wiesz, że w sobotę nasza reprezentacja z pewnością nie będzie faworytem?

(śmiech)

Ponad 530 minut bez straty gola w Europie, a w obronie – poza Dossą – trzech Polaków, lecz w kadrze nie ma żadnego.

Co ważne, przeciwnicy stworzyli sobie okazje dopiero w ostatnim spotkaniu w Turcji, ponieważ w każdym wcześniejszym meczu panowaliśmy nad sytuacją, a w obronie graliśmy mądrze. Rozmawiamy o tym między sobą, że ta passa na poważnym poziomie wygląda coraz bardziej imponująco, chociaż – żeby było uczciwie – pracuje na nią nie tylko czterech obrońców, gadamy, że przecież w Polsce nie ma dobrych obrońców, tak mówią.

Zasługujesz na powołanie do reprezentacji Polski i rolę dublera Łukasza Piszczka?

Nigdy nie dostałem prawdziwej szansy w kadrze.

Paradoksalnie nigdy nie zasługiwałeś na nią bardziej niż teraz.

Śmiałeś się, że zaraz gramy z Niemcami, to coś mi się przypomniało. Jeszcze za trenera Smudy, przed meczem ze Śląskiem, wiedziałem, że będę powołany. I jak na złość: kontuzja. A szansa na występ była spora, brakowało wtedy Piszczka. Teraz z kolei przemawia za nami ta passa bez straty bramki, pokazujemy, że to nie przypadek.

Gryzie cię brak powołania?

Widzę, że trochę gryzie.

Trener decyduje, on później za swoje decyzje ponosi odpowiedzialność. Wcale nie stosuję w tej chwili jakiejś zasłony ani nie unikam odpowiedzi, tylko tak naprawdę jest.

To zapytam wprost: czy Łukasz Broź powołałby Łukasza Brozia?

Chętnie, ale to nie ma znaczenia. Gram w Legii, jestem mistrzem Polski, porządnie spisujemy się w europejskich pucharach. Wierzę, że robiąc swoje, szansę otrzymam. Tylko że nie chodzi o samo gadanie, a o to, aby potem nie pęknąć, pod presją. Wierzę, że dałbym radę.

Jesteś odporny psychicznie?

Sądzę, że jestem.

Właśnie mam przed oczami końcówkę waszego boju w Trabzonie. Ułańskie szarże Turków, siedli na was mocno. Nagle dośrodkowanie, z pięciu od nich w polu karnym, a ty odgrywasz klatką do Kuciaka, zupełnie jakbyś odrzucał dzieciom piłeczkę na basenie.

Nie ma po co panikować, a wówczas liczyło się dla nas urwanie każdej sekundy i pokazanie im, że jesteśmy pewni siebie. Nie zastanawiam się, czy to dla rywala deprymujące, skoro wiem, że tam, gdzie zgram klatką, to Dusan złapie. Przyzwyczajenie. Nie mam z tym problemu, czy to klatką, czy głową. Do tej pory, odpukać, nigdy się na takim zachowaniu nie przejechałem, żaden napastnik prezentu nie dostał.

Zgrania klatką, unikanie fauli. Pracujesz na swój styl.

Widzisz, z tym unikaniem fauli to akurat ciekawa sprawa. Wydaje mi się, że potrafię czysto odebrać piłkę za sprawą niezłej koordynacji. W Giżycku…

O, i w taki o to sposób zamykamy dyskusję na tematy aktualne i przenosimy się do Giżycka.

(śmiech) W Giżycku, gdy ćwiczyliśmy na Sali gimnastycznej, często przychodziłem wcześniej na zajęcia sekcji zapaśniczej. Zresztą piłkarska często miała rozgrzewkę razem z zapaśnikami. Ten sport jest ogólnorozwojowy, z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że pewne nawyki pomagają.

Wspomniałeś już o drodze do Ekstraklasy, teraz jest czas, by opowiedzieć o niej więcej. Lato 2005, masz 19 lat i właśnie skończyłeś w Giżycku sezon w lidze okręgowej. Co dalej?

Skończyłem przy okazji szkołę średnią, w związku z czym zacząłem kombinować, czym by się zająć. Wybór padł na Gdańsk, konkretnie na gdański AWF. Pojechałem tam złożyć papiery i zdać egzaminy, a potem do domu. Wolne, wracam sobie z plaży znad jeziora. Dzwoni mój trener. Okazało się, że mogę pojechać na testy do Kmity Zabierzów.

Wyróżniałeś się w okręgówce?

Coś tam się strzeliło, nie powiem, że nie. Ale z drugiej strony do żadnych kadr się nie łapałem, do tej wojewódzkiej też, w tamtych czasach to było bardziej skomplikowane. Trener znał kogoś w Kmicie, wiedział, że wstydy nie narobię. Pojechałem.

Tak od razu?

Koledzy odprowadzili mnie na pociąg do Krakowa. Tam miał ktoś na mnie czekać, żeby mnie zgarnąć do Zabierzowa. Aha, bo bym zapomniał…

Dostałeś się na studia! – dzwoni do mnie tata.
– Jadę na dwa-trzy dni, najwyżej wrócę, niczym przecież nie ryzykuję – odpowiedziałem mu.

I tak właśnie jechałem: żeby się sprawdzić, natomiast gdyby mi podziękowali, świat by się nie zawalił. Poszedłbym na studia, znalazł klub, o – wtedy chyba Lechia nie grała w Ekstraklasie… Chciałem w dalszym ciągu grać w piłkę, bo lubiłem. Nic więcej.

Przyjechałeś do Zabierzowa.

Fajny klubik, fajne boisko, druga liga. Spodobało mi się. Testowanych zakwaterowano w hoteliku z pięć-siedem kilometrów od miasteczka, niczego nam nie brakowało, serio. Później tych, co zostali – jak paru, czterech-pięciu nas się zebrało – przenieśli do takiego domku niedaleko stadionu. W sparingach zacząłem w środku pomocy, zagrałem tak ze dwa razy. Następnie lewa pomoc, ławka i lewa obrona, na której już w Kmicie zostałem. Wcześniej na tej pozycji wyszedł mój kumpel, coś mu nie poszło i trener wskazał mnie – ot, cała historia. Nie byłem przygotowywany pod kątem nowej roli.

Mniej więcej w podobnym czasie, gdy ty byłeś w Kmicie, w Młodej Ekstraklasie Wisły Kraków grał twój trzy lata młodszy brat, Mateusz.

Wyjechał przede mną, swego czasu sporo się o nim w Krakowie pisało. Czytałem kiedyś, że „młody Szymkowiak”. Nie zazdrościłem mu, tylko z perspektywy Giżycka, później Zabierzowa – kibicowałem. Los bywa przewrotny. Mateusz ma 26 lat, wciąż wiele przed nim.

Powiedz mi, skąd ten Widzew tuż po Kmicie?

Kompletny przypadek, zupełnie! Naciągnąłem „dwójkę”, przez co ze dwa tygodnie pauzowałem, byle nie pogłębić urazu. Wyjechaliśmy na letni obóz do Zakopanego, aż w końcu trener mówi, że już chyba zagram w sparingu, że już wystarczy odpoczynku, jeśli nic mnie nie boli. Chłopaki ciężko trenowali, a ja wyszedłem na Widzew na świeżości. Wygraliśmy 3:2, a ja wypadłem na tyle dobrze, że już w szatni coś tam słyszałem o zainteresowaniu łodzian i pochwałach od Michała Probierza. Wróciliśmy do Zabierzowa, minęły dwa dni i dzwoni telefon.

Czy chcesz grać w Widzewie? – pyta mnie Zbigniew Boniek.
– Pewnie, że tak – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, automatycznie.

Takich telefonów nie dostaje się codziennie. Byłem bardzo szczęśliwy, ale nie przypuszczałem, że spędzę w Widzewie aż siedem lat.

Z chłopaka wchodzącego do zespołu do najważniejszego zawodnika, kapitana i wykonawcy rzutów karnych. W swoim ostatnim sezonie strzeliłeś osiem goli, z czego sześć właśnie po uderzeniach z jedenastu metrów.

I byłem najlepszym strzelcem drużyny, królem strzelców Widzewa (śmiech). Z tymi karnymi to też był przypadek, ja wcześniej jakoś szczególnie ich nie trenowałem, przy czym lubiłem sobie strzelić, po prostu. W Widzewie jednak po odejściu Marcina Robaka, który był etatowym wykonawcą, trzeba go było zastąpić. Mówię: biorę to. Podszedłem, trafiłem i przyjęło się. Spudłowałem raz – z Polonią, w 13. minucie. Całe szczęście, że ostatecznie wygraliśmy 1:0, bo bym chorował. Będziesz się śmiał…

No?

Wszystko wtedy zrobiłem dobrze. Wszystko – dobry nabieg, balans, położyłem Sebka Przyrowskiego, tylko… źle wcelowałem w piłkę.

Niby szczegół, a jaki istotny (śmiech).

On już leciał w drugi róg, ja chciałem w przeciwny, a strzał poszedł w niego. No, dobrze, że były te trzy punkty.

To kiedy w Legii podejdziesz do karnego?

Pierwszeństwo ma Ivica, a następni? Ja, Orlando Sa, Helio Pinto – w zależności od tego, kto akurat będzie na boisku.

W Ekstraklasie każdy chętnie by postrzelał. Wyobraź sobie, że jest rzut karny w Lidze Europy, wynik na styku, a Vrdoljak nie chce strzelać. Podejmujesz się?

Łatwo mówić, jak sobie wygodnie siedzimy i presji nie ma, natomiast myślę, że gdyby była taka potrzeba, nie zawahałbym się. Czas w końcu coś strzelić. W tym miejscu zaznaczam: z akcji również będę próbował, przydałoby się…

Rozmawiał PIOTR JÓŹWIAK



Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments