Nasza pierwsza myśl była taka: 21 letnich transferów, kto żyw i ma dwie zdrowe nogi, ten idzie do Lechii. Do tego aspiracje, wielkie zapowiedzi walki o mistrza, a jak przychodzi co do czego to całe towarzystwo po kątach rozstawiają Baranowski, Mójta, Szymański i Prokić. Myśl druga, już w samej końcówce: 21 letnich transferów, kto żyw i ma dwie zdrowe nogi, ten idzie do Lechii, a na koniec i tak pojawia się Grzelczak. W 92. minucie strzela tak, że klękajcie narody.

Grzelczak kopnął pięknie, ale na miejscu Machado szukalibyśmy walizki

GDANSK 12.07.2014 MECZ TOWARZYSKI: LECHIA GDANSK - PANATHINAIKOS ATENY 4:0 --- FRIENDLY FOOTBALL MATCH: LECHIA GDANSK - PANATHINAIKOS ATHENS 4:0 QUIM MACHADO FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: [email protected] call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Można być lekko skonsternowanym i zagubionym, kiedy jedna bramka zdobyta rzutem na taśmę diametralnie zmienia wynik i humory w obu ekipach. Ale koniec końców nie może to aż tak bardzo odmieniać ogólnych wrażeń. A te mamy dziś mocno mieszane. Piłkarsko – długimi fragmentami ten mecz był taką tragedią, że sami komentatorzy – zahartowani przecież w tym boju – nie wiedzieli co mówić.

24. minuta: „Coś się dzieje, jeszcze nie mamy klarownych okazji, ale piłkarze szybciej biegają”.
42. minuta: „Stuprocentowa skuteczność obu zespołów. Jedna sytuacja i gol”.

W końcu doszło do tego, że o głos poprosił robiący reporterkę Mariusz Wróblewski i zaczął opowiadać o wynikach siatkarzy.

Drużyną, która tak na pierwszy rzut oka zdawała się być tą mogącą wywalczyć zwycięstwo, początkowo była Lechia. Miała ochotę przejąć inicjatywę na obcym terenie, stosunkowo często widzieliśmy przy piłce jej ofensywnych piłkarzy, ale jednocześnie już około 30. minuty było jasne, że z tego ogólnego wrażenia kompletnie nic nie wynika. Na ławce zostali Wiśniewski, Pawłowski, Borysiuk, ale o tych, którzy weszli w ich miejsce trudno powiedzieć cokolwiek dobrego. Łukasik kolejny raz zaliczył taki mecz, że gdyby spocony i czerwony jak burak nie pojawił się w przerwie w Canalu, to moglibyśmy nie uwierzyć, że biegał po boisku. Absolutną pomyłką był tym razem Malbasić, a w przypadku Colaka i Friesenbichlera musieliśmy się chwilę pogłowić czy obu im przyznać równie fatalne oceny, czy jednak ten pierwszy był minimalnie bardziej przydatny. No słabo, naprawdę słabiutko to wszystko wyglądało i jeśli cokolwiek w tym meczu miałoby bronić trenera Machado, to my się takiego argumentu nie dopatrzyliśmy. Kiedy na 20. minut przed końcem realizator pokazał go spoglądającego na tarczę zegarka, mieliśmy wrażenie, że facet z wielkim zapałem odlicza ile minut zostało mu do oficjalnego zwolnienia.

Bełchatów też nie mógł się dzisiaj przesadnie podobać, choć był o włos od wywalczenia trzech punktów. Po pierwsze – bo do 92. minuty prowadził. Po drugie – bo w międzyczasie miał jeszcze dwie dogodne okazje, które mogły / powinny to spotkanie na jego korzyść rozstrzygnąć. Mamy tu na myśli zwłaszcza sytuację Prokicia, co do którego nie możemy wyrobić sobie jednoznacznej opinii. Już nie pierwszy raz jego pojawienie się na boisku dało coś pozytywnego drużynie, ale jak kiedyś Steblecki w Cracovii – strzał czy ostatnie podanie za każdym razem było w jego wykonaniu fatalne.

Gdyby nie Grzelczak i jego wspaniała bramka w samej końcówce (byle jakich to on już od dawna nie strzela), napisalibyśmy, że Bełchatów nie stracił gola w czwartym kolejnym meczu u siebie. Że klecąc skład z anonimów – Mójty, Baranowskiego, Szymańskiego, Wrońskiego, wspartych takimi ludźmi jak Ślusarski czy Maki, potrafi jako beniaminek osiągać całkiem konkretne wyniki. A tak – należy trochę zmienić akcenty i przypomnieć sobie, że nie wygrywa czwartego z rzędu spotkania.