Dawno na naszych łamach nie było wywiadu z Mariuszem Rumakiem. No i przez ten czas mocno mu się obrywało. Mimo to, bez wahania zgodził się udzielić wywiadu i odpowiedzieć na kilka nieprzyjemnych pytań. To się ceni.

Mariusz Rumak w długim wywiadzie dla Weszło. Polecamy!

WARSZAWA 02.06.2014 GALA EKSTRAKLASA SA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE GALA IN WARSAW MARIUSZ RUMAK FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl

Trochę nas pan zaskoczył, zgadzając się na wywiad.
Dlaczego? To nie wy pisaliście, że nie obejmę Zawiszy?

Nie, na Twitterze pisaliśmy, że PZPN będzie robił problemy, ale potem też podaliśmy, że jednak się zgodził.
Możliwe. Mam tę przypadłość, że na ogół czytam tylko to, co sam mówię. Nie wiem, czy to dobrze, ale zwykle inne teksty pochłaniają mnie tak bardzo, że tylko się niepotrzebnie wkurzam.

Na pewno pan jednak wie, że wielokrotnie od nas obrywał i nie byliśmy dla pana najsympatyczniejsi.
Generalnie nie jesteście sympatyczni, taką macie filozofię.

Po panu to spływa?
Często mnie to denerwuje, więc wolę unikać takich sytuacji. Ale jeśli pisaliście, że odpadliśmy z europejskich pucharów, to mieliście rację. Przecież nie będę tego negował.

Pisaliśmy, że pański wyjazdowy bilans w pucharach to bilans hańby. Jedno zwycięstwo w Finlandii.
Zaraz, niech to policzę… Remisowaliśmy w Kazachstanie i Azerbejdżanie, przegraliśmy w Estonii i na Islandii… Macie rację, ale nie chodzi o sam fakt odnotowania tych porażek, lecz o dobieranie odpowiednich słów. Np. „kompromitacja”.

Bardzo popularne słowo na naszych łamach. Lubimy je.
Skompromitowałbym się, gdybym – za przeproszeniem – zrobił z siebie małpę. Co innego jest napisać: „po kompromitującej grze”, ale rozumiem wasz punkt widzenia i wiem, że ludzie chcą to czytać.

Nie ma pan przekonania, że słowo kompromitacja idealnie pasowało do kilku pucharowych występów Lecha pod pana wodzą i pan – jako dziennikarz – użyłby podobnych słów?
Możliwe. Ciężko mi się do tego odnieść, ale mam tę przewagę, że przestałem to wszystko czytać.

Czasem na pewno pan czyta.
Czasami tak. Podobało mi się np. u was kilka ciekawych wywiadów stricte o pracy. Ciekaw jestem natomiast, jak prasa niemiecka pisała o porażce Schalke z trzecioligowym Dynamem Drezno i jakich słów używała.

Na pewno bardzo ostrych.
Możliwe. „Kicker” pewnie pisał inaczej, „Bild” inaczej.

Musi pan sobie zdawać sprawę, że ma łatkę aroganta.
„Łatka” to dobre słowo.

Nie robił pan zbyt wiele, by ją odkleić i zastanawiamy się, czy to świadome kreowanie wizerunku – bo niektórzy trenerzy chcą być tak postrzegani – czy wymknęło się to w pewnym momencie spod kontroli.
Ci, którzy mnie znają, najlepiej mogliby powiedzieć, jaki jestem, ale nikt ich o to nie pyta. Ktoś rzuci hasło, że Rumak jest arogantem, a potem zaczyna ono funkcjonować tak, jak w tym powiedzeniu, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Pamiętam, jak na początku – podczas jednego z pierwszych wywiadów – dziennikarz zapytał o to, jak niby po objęciu Lecha skrytykowałem trenera Bakero. Pytam: gdzie? Gdzie, bo uważam Bakero za fachowca, wiele rzeczy się od niego nauczyłem i na sto procent tak nie powiedziałem. Ale jeśli Weszło by to podłapało, potem kolejni, kolejni i kolejni, to zaczęłoby się tworzenie kolejnych łatek. Arogancja? Gdzie jest różnica między nią a pewnością siebie?

Pytanie do pana.
Nie wiem.

Balansował pan na granicy?
Nie wiem. Mówię to, co myślę, ale nigdy nie powiem dziennikarzowi: „pan się nie zna, bo nigdy nie grał w piłkę”.

Zwłaszcza, że sam pan nie grał.
Warto prześledzić, ilu trenerów – którzy nie grali w piłkę – zmieniło futbol. Geniusze. Sacchi wprowadził strefę, Mourinho periodyzację taktyczną, Rinus Michels futbol totalny… Mamy też oczywiście wielkich trenerów-wielkich piłkarzy, jak Capello czy Ancelotti, ale każdy ma swoją drogę. Arogancją byłoby, gdybym stwierdził, że ktoś się nie zna, bo nie grał w piłkę. Wtedy traktowałbym kogoś z góry. Jeśli znajdziecie osobę, do której tak podszedłem, to szacunek.

Sytuacji z Polsatem nie będziemy wyciągać, bo wtedy akurat stanęliśmy w pana obronie.
A to był akurat jeden z moich największych błędów. Brakowało mi doświadczenia, sprytnie mnie podeszli i dlatego zareagowałem tak, jak nie powinienem.

Łatka aroganta – takie mamy wrażenie – zaczęła jednak panu na pewnym etapie ciążyć i zastanawiamy się, czy nie pomyślał pan, by zacząć pokazywać inne oblicze – częściej się uśmiechać, inaczej przemawiać… A może pan nie potrafi?
Gdybym inaczej przemawiał, to byłbym sztuczny. Mówię, co myślę. Gdy jest źle, to nigdy nie powiem: „a, zobaczymy w poniedziałek”. Stawiam na szczerość. W trakcie meczu też nie kontroluję tego, czy się uśmiecham, jak wygląda mój krawat lub czy trzymam ręce w kieszeni. Chcę zauważyć, jak najwięcej na boisku i tyle. Jasne, różne są metody komunikacji i sam uczyłem się, jak przemawiać, siedzieć, gestykulować… Wszystko jednak idzie z serducha, a jeżeli ktoś poczuł się w moim towarzystwie urażony…

Może nie chodzi o personalia, tylko o budowanie ogólnego wizerunku.
Od tego są media.

Czasem media są pośrednikiem, ale to pan decyduje, jak się zachować, widząc przed sobą kamerę.
Wolę telewizyjne wywiady, bo wtedy wszyscy cię widzą, dostrzegają każdy gest i nie trzeba tego autoryzować. Jak ostatnio powiedziałem, że mógłbym poprowadzić trzecioligowca, nie okazało się, że mogę, tylko CHCĘ. Nie noszę głowy wysoko, bo prowadziłem Lecha, a w trzeciej lidze też może człowieka spotkać fajna przygoda. RedBull Lipsk też grał niżej, a teraz występuje w 2. Bundeslidze. Wywiady – nawet po autoryzacji – mogą zostać odczytane inaczej, niż mi na tym zależy.

W tym ostatnim wywiadzie powiedział pan kilka nierozsądnych rzeczy. Choćby zarzucając Lechowi przez pół rozmowy cięcie kosztów i ograniczenia finansowe, które – naszym zdaniem – wynikały z tego, że nie awansowaliście do pucharów, czego poniekąd pan był sprawcą, a nie ofiarą.
Byłem na stażu w jednym klubie, który regularnie gra w Lidze Mistrzów i w którego budżecie nie uwzględnia się wyników. Jeśli zrobili dobry wynik w Europie, nie powiększali budżetu transferowego o dziesięć procent, choć zyski były wyższe o trzydzieści procent. Podoba mi się to.

Ale odpowiada pan w pewien sposób za generowanie wyników finansowych. Cele nie zostały spełnione, więc luka musiała powstać.
W porządku, ale ja nie mówiłem o cięciu kosztów, tylko o realiach pracy.

Mówił pan, że Legia jest bogatsza i…
Tak. I dlatego trudno jest z nią rywalizować.

Pytanie, czy Legia nie jest bogatsza, bo regularnie gra w pucharach, więc różnica między wami musiała się powiększać.
Trzeba byłoby sprawdzić, ile Legia zainwestowała w klub, od kiedy prowadził ją trener Skorża i z nią wygraliśmy. Porównujmy, ile zrobili oni, a ile Lech. Sam nie mam pojęcia. Nie wiem.

Jeśli Legia regularnie grała w fazie grupowej Ligi Europy, a Lech po raz ostatni za czasów Bakero, to te 60 milionów musiało się przesunąć.
Logiczne.

Logiczne, ale pan próbuje tej logice zaprzeczyć. Kreował się pan na osobę pokrzywdzoną realiami sportowymi, a za wynik przecież się płaci.
Nie. Nawet jeśli zostało tak to odebrane – nie próbowałem się wybielić. Wyniku nie zabrakło dlatego, że Lech nie inwestował. Mieliśmy lepszy zespół od Stjarnanu i Żalgirisu. Przecież nie odpadliśmy, dlatego że nie było systemu Amisco.

Zabolał pana wynik Stjarnanu z Interem Mediolan?
Jeżeli ktoś widział mecz wyjazdowy, to wie, że powinniśmy tam wygrać 5:0, a nie strzeliliśmy ani jednej. To wypadkowa wielu czynników.

Puchary są plamą na pana trenerskiej karcie.
Nie ma trenera bez plamy.

Ale niewielu jest trenerów z tak poplamioną kartą. Rzadko ktoś tak często gra w pucharach i tak szybko z nich odpada. Skorża miał – nie lubi pan tego słowa – kompromitację z Levadią, ale potem, z Legią, wychodził z grupy. Nie gryzie pana, że odpadliście z tak słabymi rywalami?
Nie wiem, czy „gryzie” to dobre słowo. Złość sportowa. Wiem, że mieliśmy ich na wyciągnięcie ręki i – choć nie budzę się w nocy z dreszczami, bo buduję już nowy projekt – oglądałem te mecze wiele razy, zadając sobie pytanie, czy można było zrobić coś innego. Tylko czy wtedy by się udało?

Która z tych porażek była najbardziej bolesna?
Każdą odbierałem inaczej. Żalgiris był szokiem. Przygotowania zostały zakłócone kontuzjami, wprowadzałem piłkarzy za szybko i nagle coś stanęło. Na Stjarnan byliśmy przygotowani najlepiej. I nie jest to żadne wytłumaczenie, ale ten zespół do meczu z Interem nie przegrał od kilku miesięcy. Czasem tak się zdarza, że coś, co nigdy nie wchodziło, zaczyna wchodzić. To się dzieje samo. Ale tak jest też w drugą stronę – w pewnym momencie nasze wyjazdy same się wygrywały. Pamiętacie, jak Nakoulma na Górniku zabrał piłkę  niewyznaczony i nie trafił z karnego? Kopnął pięć metrów od słupka! Sytuacje, których nie da się opisać. Trafiliśmy na piłkarzy z Islandii, którzy oddali cztery strzały w dwumeczu, my z czterdzieści, ale to oni trafiali do siatki. A raczej to my sobie sami strzeliliśmy.

Zdaje pan sobie sprawę, że tłumaczenie na zasadzie „coś się wywróciło” może działać tylko raz?
Ale to nie jest tłumaczenie. Dlatego w futbolu pojawiają się zmiany i dziś Lecha prowadzi ktoś inny. Nie udało się, odchodzisz.

Odrzuca pan możliwość, że byliście permanentnie nieprzygotowani do pucharów?
Gdybyśmy byli przygotowani, to byśmy awansowali, tylko… czym jest przygotowanie? Wszystko się na to składa. Ze Stjarnan powinniśmy wygrać 5:0, ale odpadliśmy, czyli – choć byliśmy przygotowani fizycznie – coś się nie udało. W 1974 na Wembley to Anglia atakowała, ale bramkarz bronił tak fenomenalnie, że nagle odrodziła się polska piłka. Szczęście, pewność siebie…

Nie sądzi pan, że los odebrał panu to, co dał na początku? Zaliczył pan wejście smoka do ligi, wygrywaliście mecz po meczu i pewnie sam pan był zdziwiony, jak łatwo idzie.
Suma szczęścia równa się zeru. Byliśmy dwukrotnie wicemistrzem, czyli powtarzalność była, ale potem pojawiły się mecze, gdzie szczęścia zabrakło. Dlatego dziś nie myślę o pucharach, tylko o tym, jak zdobywać punkty z Zawiszą.

Nie zgubiła was pycha w początkowych fazach pucharów? Was, czyli piłkarzy, trenerów i działaczy.
Myślę, że nie. Ciężko zlekceważyć AIK.

Ale Żalgiris łatwo.
Być może, ale po tamtym meczu trzeba byłoby źle odbierać rzeczywistość, by zlekceważyć Stjarnan. Przecież oni wcześniej ograli Motherwell, strzelając więcej goli niż Lechowi, a szkocka piłka to nie trzeci świat. Nie jest też potęgą, bo Celtic – z czego się cieszę – został zdominowany przez Legię, ale to wciąż jakaś piłkarska kultura.

Szukał pan jakichś argumentów, by te sytuacje się nie powtarzały? Nawet nie zdołaliście dojść do etapu, na którym bylibyście skazani na porażkę.
W pierwszym roku przeciwnik z Azerbejdżanu – choć nikt tego kraju nie docenia – był naprawdę bardzo silny. AIK to porównywalny poziom… Wiecie, co zauważyłem? Zawsze przegrywaliśmy na sztucznej trawie. Nie jest to wymówka, ale uwierzcie – człowiek się mocno zastanawia, jak przygotować zespół do gry na takiej nawierzchni. Nie tłumaczę w ten sposób porażek, ale ten czynnik przychodzi mi na myśl jako pierwszy. Po prostu mieliśmy z tym problem. Nie chcę jednak, by ludzie odbierali to na zasadzie „Rumak się tłumaczy, bo grał na sztucznej trawie”. To tylko jeden z wielu czynników obok lekceważenia, przygotowania, pewności siebie, doświadczenia…

O Lechu mówi się, że najbardziej dominuje, gdy przeciwnik nie odważy mu się postawić. A kiedy rywal zaczyna wierzyć, że da się z wami grać normalną piłkę, zaczynaliście głupieć.
Dobrze, że to mówicie – spróbujemy tak zagrać, jako Zawisza. Powiem szczerze: nie słyszałem tej opinii, ale może rzeczywiście tak jest? Faktycznie czasem dobrze nam się grało, gdy przeciwnik czekał, a gdy na nas ruszał, dochodziło do próby sił i może odbierali nam trochę pewności siebie?

A może zagraniczne drużyny nie wiedziały, że trzeba się was bać?
Nie sądzę, bo i Żalgiris, i Stjarnan czekały na nas. Przeprowadzili po trzy akcje i im wpadało.

Żalgiris aż tak słaby nie był. Miał sporo sytuacji.
Opierali się na kontratakach, które im wychodziły. To oczywiste, że mieli więcej sytuacji, niż Stjarnan.

Czytał pan książkę „Menedżerowie”?
Czytałem.

Można w niej przeczytać o trenerach, którzy świadomie tworzą syndrom oblężonej twierdzy, wmawiając kibicom swojego klubu, że świat jest przeciwko nim. Sami w to nie wierzą, ale budują taki wizerunek. Tak nie było z panem?
Nie. To znaczy, nie miałem takiego zamysłu. Nie zależało mi na oblężonej twierdzy, którą wszyscy zaatakują, ale może tak to z boku wyglądało.

A te wszystkie opowieści o terminarzu i narzekania, że Legia gra wcześniej?
To był przypadek. Usiadłem sobie wieczorem i pomyślałem, że od trzech miesięcy nie byłem na spacerze z dziećmi, bo zawsze gramy w poniedziałek. Jak w takim razie myślą piłkarze, którzy mają wolne tylko w środę?  Też mogą być zmęczeni, bo nie mają czasu, żeby odpocząć ani by spędzić czas z żoną lub teściami. Cały czas walczyłem też na odprawach z tym, że ciągle musieliśmy gonić. Ktoś mnie źle zrozumiał, ale powiedzcie – dlaczego tak jest? Jak to zmienić? Co powiedzieć, by Ekstraklasa zwróciła na to uwagę? Rzuciłem więc mimochodem taką uwagę. Tyle.

Stworzył pan legijny spisek.
Ale zmieniłem to, co chciałem zmienić. Nagle terminarz się zmienił i było:

Trenerze, super, dostaliśmy sobotę!
– Dobra, to macie taki prezent ode mnie.

Mówiąc serio – nigdy nie twierdziłem, że to spisek albo ktoś chce działać na naszą niekorzyść. Może po prostu czegoś nie zdążyli skontrolować.

Ale przekaz był taki, że wszystko było robione pod Legię.
Nie.

Teraz pan czaruje, ale – nie oszukujmy się – lubił pan toczyć z Legią wojenkę medialną.
Panowie, to jest teatr.

A pan lubi być na scenie, w jego centrum.
Nie o to chodzi. Potem znowu będą opowiadać, że mam duże ego.

Po drugiej stronie znalazł się prezes Leśnodorski, który dobrze się odnajduje w takich przepychankach i chciał się z panem pojedynkować.
Prezes Leśnodorski sprawnie się czuje w takich deklaracjach. Kiedyś powiedział, że Rumak słabo zarabia. Bzdura. Słyszysz takie zarzuty i sam zadajesz sobie pytanie – po co on to mówi? Co chciał osiągnąć? Podważyć autorytet trenera? Żeby piłkarze dyskutowali, ile zarabia trener? Po prostu prowadził pewną grę. Od pewnej starszej osoby usłyszałem, o co chodziło prezesowi. „Robią tak, bo się was obawiają”. Potem znowu było cicho przez dłużej, aż trener Berg zaczął się wypowiadać o przełożeniu meczu. Dlaczego? Obawiał się. Normalne.

Też się wygłupił.
Ale pokazał, że widzi konkurenta. Takie sytuacje zdarzają się na całym świecie.

Poznań to środowisko bardzo podatne na tego typu deklaracje. Kibice czekają tam na lidera, który powie, że Warszawa jest zła i trzeba na nią ruszyć. Takimi zabiegami łatwo zdobyć uwielbienie.
Uwielbienie trzeba zdobywać na boisku.

Widzimy jednak, że kibice Lecha nie są zbyt pozytywnie nastawieni do Skorży.
Skorża debiutuje w Poznaniu z Zawiszą, więc wtedy się przekonamy.

To dodatkowa motywacja dla pana?
Nowe wyzwanie. Kiedy objąłem Lecha, cieszyłem się, że pierwszy mecz zagramy na Wiśle. Prowadził ją Michał Probierz, mieli fajnych piłkarzy i poczułem, że dobrze byłoby tam przy tylu ludziach zdobyć trzy punkty. Wtedy wszystko inaczej się odbiera. Możesz rozegrać niezły mecz przy małej publiczności, a słabszy jakościowo na Legii i ludzie bardziej docenią ten drugi.

Lubi pan pierwszoplanowe role w tym teatrze, prawda?
Taka została mi powierzona. Zarządzanie ludźmi.

Poprzedni trener Barcelony, Gerardo Martino sprawiał wrażenie gościa, który woli role drugoplanowe.
Pytanie, czy nadawał się do Barcelony, skoro wolał drugoplanowe. A jaką rolę pełnił Guardiola? Pierwszoplanową. Wszyscy ci, którzy odnoszą sukcesy w wielkich klubach, są liderami. Mają na ławce gwiazdy. Może taki del Bosque nie krzyczy na piłkarzy, ale i tak jest silną i niesamowicie szanowaną postacią.

Nie jest tak, że po przejęciu Lecha – jako postać nieszanowana, bo po prostu nieznana przez piłkarzy – musiał pan przesadnie napiąć mięśnie i eksponować swoją charyzmę?
Szacunek zdobywa się pracą, a ja miałem ten przywilej, że wcześniej pracowałem z tymi piłkarzami przez osiem miesięcy, jako asystent Bakero. Znali mnie. Wiedzieli, jak się komunikuję i na jakie stawiam ćwiczenia. Gdyby przyjechał ktoś nowy, spoza Poznania, na pewno byłoby mu trudniej. Dla mnie natomiast ciężko byłoby o łatwiejsze wejście, niż do zespołu, który tak dobrze znałem.

Przejście z roli asystenta do pierwszego trenera nie zawsze jest łatwe. Czasem rolą drugiego jest bycie kolegą piłkarzy i bycie tym „dobrym”. Pan taki był?
Nie, bo trener Bakero nie był tym „złym”. Stawiał na coaching bazujący na komunikacji. Wielu sytuacji nie trzeba było łagodzić, bo takie po prostu się nie zdarzały.

Pracując jako asystent, czuł pan, że ta rola nie do końca pana satysfakcjonuje?
Do współpracy zaprosił mnie klub, a Bakero od razu powiedziałem, że kiedyś chcę zostać pierwszym trenerem. Życzyłem mu dziesięciu lat pracy w Lechu, ale w pewnym momencie mógłbym po prostu odejść. Chciałem, żeby wiedział, jakie mam marzenie. Odpowiedział: „OK, szanuję to”. Nie wiem, czy to dobrze, że tak szybko dostałem tę szansę, ale gdy zdobywaliśmy mistrzostwo Polski juniorów mówiłem to samo: chciałbym pracować jako pierwszy trener w ekstraklasie. Miałem to ukrywać? Miałem mówić, „zobaczymy, czy się uda”. Nie. Chciałem pracować i jasno to zadeklarowałem. Czułem też, że muszę być przygotowany na swoją szansę, bo co jeśli dostałbym tylko jedną?

Pytanie, czy to, co najlepsze, nie jest już za panem. W polskich warunkach rzadko się wraca do tego samego klubu.
Wszystko przede mną. Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby się odbić.

Ciężko też będzie o krok do przodu, bo w tym naszym duopolu jednoznacznie opowiedział się pan po stronie Zachodu, podkreślając notabene, że Legia wysyła piłkarzy na Wschód, a Lech na Zachód.
Takie były fakty, ale teraz się zmieniło, bo w jedną stronę pojechali Wolski czy Furman, a w drugą Teodorczyk. Nie będę jednak z wami polemizował – Legia jest nad Lechem, ale to nie oznacza, że nikt nie zbuduje wielkiego klubu. Jakiś czas temu wysoko była Wisła, teraz buduje się Lechia, najwięcej mistrzostw w historii ma Ruch Chorzów, a kiedyś marzeniem każdego trenera była praca w Górniku. Cele się zmieniają, a ja mam dopiero 37 lat.

Czyli ten zawód nie stracił w pana oczach sensu, skoro to, co najlepsze, może już być za panem?
Zdecydowanie nie. W wielu klubach właściciele zwolniliby mnie po czterech miesiącach, a w Poznaniu mieli do mnie zaufanie. Wielkie doświadczenie z wychodzenia z – nie lubię tego słowa – kryzysu. Na Zachodzie wielkie kluby nie zwalniają trenera po czterech miesiącach. Lech też tak postępował i wielokrotnie dawał mi szansę podnoszenia zespołu z trudnej sytuacji. Lech to praca dla 450 tysięcy zadeklarowanych kibiców, współpraca z reprezentantami czy budowa akademii. Nie boję się tego powiedzieć – jednym z moich największych sukcesów było wprowadzanie piłkarzy i ich rozwój. To samo powiedziałem prezesowi Osuchowi – chcę przede wszystkim rozwijać zawodników. Wynik jest wypadkową pracy, a ilu zawodników w Lechu się przy mnie rozwinęło?

Z drugiej strony z Drewniakiem trochę pan przeszarżował.
Nie ma trenera, który się nie myli. Teodorczyk 20 goli, Hamalainen – 9, a Lovrencsics i Douglas zrobili najlepszy wynik w karierze. Dalej? Linetty – 60 meczów w ekstraklasie i debiut w reprezentacji, Kownacki – w krótkim okresie kilka goli w wieku 17 lat. Oczywiście, zaraz mi wytkniecie Kamińskiego…

Właśnie, a propos Kamińskiego. Jeden z byłych reprezentantów Polski powiedział nam, że sylwetka tego zawodnika nie jest jego winą, a odpowiedzialność ponosi za to trener, który prowadził go od lat.
Ale dobrze powiedzieliście – były reprezentant Polski, a nie trener. Kiedyś byłem bardzo dobry z muzyki, ale nie potrafię jej uczyć. Doceniam czyjeś doświadczenie, ale jeśli porozmawiamy z wieloma byłymi piłkarzami na temat typów somatycznych ludzi, to nie wiem, czy potrafiliby je wskazać. Nie twierdzę, że sylwetka Kamińskiego nie jest winą trenera, ale ten człowiek – uwierzcie – wykonał katorżniczą pracę na siłowni.

Po wypłynięciu zdjęć?
Przez całe trzy lata. Dwa-trzy razy w tygodniu ćwiczył indywidualnie pod okiem trenera.

A wygląda jak człowiek, który nie uprawia sportu.
Są tacy ludzie. Można go napompować, ale jaki miałoby to sens?

Edward Kowalczuk, trener przygotowania fizycznego Hannoveru, powiedział nam, że nie ma zawodnika, który nie wzmocniłby swojej masy mięśniowej.
A Per Mertesacker?

Dwa metry wzrostu. I ma jednak lepszą sylwetkę.
A Kamiński 1,90 metra. Nie chcę polemizować z trenerem Kowalczukiem, bo jest lepszym fachowcem od przygotowania fizycznego, ale po prostu są tacy ludzie, jak Kamiński, którym trudniej jest zbudować sylwetkę.

Wszyscy są rozczarowani jego rozwojem piłkarskim, nie tylko fizycznym.
Tak, ale po pierwszym okresie naszej pracy pojechał na Mistrzostwa Europy. Trzymam za niego kciuki, bo prowadziłem go od lat i nawet sam go przesunąłem do obrony z ataku. Może pod okiem nowego trenera rozwinie się lepiej?

Nie oszukujmy się – to zdjęcie nie było najlepszą wizytówką pracy w Lechu. Możdżeń też wyglądał tam jak siedem nieszczęść.
Ale jakbyście zrobili zdjęcie z wakacji Arboledy czy Henriqueza, to nie postawilibyście znaku równości, a ta dwójka wykonuje na siłowni mniej pracy niż młodzi. I co mam powiedzieć? Przecież to nie jest zero-jedynkowe. Tłumaczenie się, tłumaczenie, tłumaczenie… Wiem, że piłkarz musi jakoś wyglądać, ale każdy bazuje na czymś inny. Jurgen Klopp powiedział, że jako piłkarz widział więcej, niż mógł zrobić. Poziom talentu i potencjału jest ograniczony. Masz pomysł, wykonasz miliony powtórzeń, a i tak nie będzie ci wychodziło. Polecam wam fantastyczną książkę „The goldmine effect”, w której można przeczytać, że nie ma talentu. Liczy się tylko praca. Mentalność. Autor udowadnia, że biegacze kenijscy nie bazują na innej budowie włókien mięśniowych, ale na charakterze. Tenisistki z Rosji też nie mają najlepszych warunków do treningu, bo na wyższym poziomie stoi choćby Anglia. Można wymieniać i wymieniać. Golfistki z Korei, piłkarze z Brazylii… Wszystko jest kwestią środowiska, charakteru i sposobu funkcjonowania, a nie genów.

To czego zabrakło Kamińskiemu?
Ale przecież on nie zszedł z piedestału, żeby kreować go na gościa, który już poniósł porażkę. To jest młody zawodnik na progu swojej kariery.

Wydaliście jednak zgodę na transfer do Palermo za niższą kwotę, niż oczekiwaliście wcześniej. Zadowalało was 800 tysięcy euro.
Ściągnęliśmy Maćka Wilusza, a bardzo liczyłem też na Paulusa Arajuuriego.

Uznając przy okazji, że Kamiński nie ma potencjału, by sprzedać go za 3-4 miliony euro.
Trener musi podejmować różne decyzje. W Borussii też kiedyś uznali, że Marco Reus nie będzie piłkarzem, a potem wydali na niego olbrzymie pieniądze. Takich sytuacji jest mnóstwo. Nie ma ludzi nieomylnych.

Pana wyrzutem sumienia jest Bereszyński?
Nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Bereszyński na 15 spotkań, zagrał u mnie w 13.

Ale zanim trafił do Legii, planowaliście wysłać go na wypożyczenie.
Nie. Miał iść na wypożyczenie, gdy przechodził z Warty – chcieliśmy, by przeszedł taką ścieżkę, jak np. Kuba Kosecki – ale w grudniu takiego tematu nie było. Bartek wybrał inaczej, odszedł.

Doceniamy piłkarzy, których pomógł się pan rozwinąć, ale Bereszyński, Drygas czy Golla mogą być wyrzutami sumienia.
Każdy przypadek jest inny. Weźmy taką sytuację – masz w drużynie pięciu środkowych pomocników, podchodzi do ciebie młody piłkarz i mówi: „trenerze, czuję, że mogę nie grać”. Zaczynamy rozmowę. Największą nieuczciwością byłoby, gdybym go przekonywał „chodź, będziesz walczył”, a potem wystawił na listę transferową. Skoro Zawisza go chciał, to miałbym mieć wyrzuty sumienia, że pozwoliłem mu odejść i się rozwijać? Nie wiem też, czy Linetty tak by się rozwinął, gdyby został u nas „Muraś”.

Skoro odszedł Drygas, a Drewniak dostawał więcej szans, niż na to zasługuje, to możemy stwierdzić, że któraś z tych decyzji była błędna.
To zupełnie inni piłkarze.

Drygas jest bardziej kreatywny.
Murawski, Trałka, Drewniak, Linetty, wracał Dima Injac. Mało? Naprawdę nie chciałem oszukiwać Drygasa. Przychodzi do mnie Ojamaa i pyta: – Gdzie będę grał?

Na boku.
– Nie, chcę grać na dziesiątce.
– Nie, widzę cię na boku.

Pojechał do Legii i podpisał kontrakt. Nie oszukuję piłkarzy i szanuję tych, którzy mówią, co im nie odpowiada. Nie chcę rozmów w stylu „zobaczymy, co się wydarzy”, a potem kogoś odsuwam. Mateusz Możdżeń poszedł do Lechii i też gra na prawej obronie. Trener Urban widział Bereszyńskiego na prawej obronie, a ja w ataku, gdzie – grając z Podbeskidziem – strzelił pięknego gola szczupakiem. Pracowaliśmy indywidualnie, jak grać tyłem, jak bokiem i jak szukać przestrzeni, ale ktoś inny dostrzegł u niego inne cechy. Ktoś mi teraz będzie zarzucał: „ach, ty nie zauważyłeś Bereszyńskiego”. Przepraszam, nie mam patentu. Nie wszystko musi mi wyjść, ale cieszę się, że Bartek się rozwinął. Niech będzie najlepszym prawym obrońcą – tego mu życzę.

Największym kryzysem w pańskim zarządzaniu drużyną była afera jarocińska?
Nie kryzysem. Wyzwaniem. Trzeba było podjąć jak najlepszą decyzję dla zespołu.

Musiał pan podjąć idealną decyzję, z którą nie do końca się zgadzał, ale – skoro asystent nie zachował się najlepiej musiał pan ratować hierarchię w klubie?
Pytanie, co znaczy „idealną”. Sam do końca nie wiem, co tam się wydarzyło. Wchodząc do szatni, powiedziałem od razu: najważniejszy jest szacunek. Szacunek do miejsca, ludzi i wszystkiego. Pani, która otwiera drzwi, ma być tak samo traktowana jak prezes. Piłka to testosteron i adrenalina, możemy się ciąć i kłócić, ale pewnych zasad nie można łamać. A jeśli je złamiesz, to trzeba zapłacić cenę. Żałuję, że nie mogliśmy liczyć na Ślusarskiego i Murawskiego później, ale jeśli ktoś mnie pyta, czy – mogąc na nich liczyć – zdobyłbym mistrzostwo Polski, to odpowiadam: nie wiem. A może wypadlibyśmy poza trójkę? Nie wiem. Wiem, że mniej szans dostałby Karol Linetty, bo Rafał to do teraz jeden z najlepszych pomocników ligi. Czasem jednak dla dobra klubu i zasad trzeba podjąć taką decyzję. Zawsze jednak będę o Bartku i Rafale mówił z szacunkiem. Nie jestem też trenerem, który nie akceptuje opinii piłkarzy. Ja decyduję o wszystkim, ale pytam ich: czujecie to? Jest OK? Jeśli ktoś mi powie, że woli uderzyć lub dośrodkować w inny sposób, to chętnie go wysłucham. Czasem wydobycie takich informacji było wręcz problemem.

W Jarocinie mleko się rozlało i musiał pan zareagować.
Musiałem.

Chciałby pan zamieść sprawę pod stół, ale w imię zasad trzeba było zareagować.
Nie zamiatam niczego pod stół. Sztab jest tak samo ważny, jak ja. Może ktoś powiedziałby, że nic się nie stało,  przeczekamy dwa tygodnie, ale ja taki nie jestem.

Grzegorz Szamotulski opisał w swojej książce, jak piłkarze traktowali Stefana Majewskiego.
Takich książek nie czytam.

Zastanawiamy się, czy nie bał się pan, że zmierza w kierunku trenera twardego, którego charakter bywa jednak groteskowy i często parodiowany przez piłkarzy.
Nie było tak, że wszedłem i powiedziałem: „ciebie i ciebie nie ma”. Rozmawialiśmy.

Ślusarski jednak panu ręki nie podał.
Powiedziałem „Bartek, dziękuję”, a on ręki nie wyciągnął, odwrócił się i poszedł. Sam rzuciłem kilka słów za dużo do reportera Polsatu, a Bartek może będzie opowiadał, że Rumak to kawał nie powiem czego, ale ja mam do niego szacunek za pracę, jaką wykonał. Nie żywię do niego żadnej urazy.

Jakie pan ma podejście do imprez i alkoholu? Jest pan bardzo restrykcyjny?
Zawsze mówię piłkarzom, że na wszystko jest czas. Jeśli świętujesz, to masz mieć co świętować i w odpowiednim czasie. Nie trzeba od razu wszystkich wyrzucać. Problem pojawia się, gdy ktoś jest nieprzygotowany do treningu lub meczu. Ferguson nałożył na Rooneya karę, ale wystawił go i był jednym z najlepszych piłkarzy meczu.

Słuchamy już pana dobrą godzinę i mamy wrażenie, że wiele rzeczy pan bagatelizuje.
Nie wiem, czy bagatelizuję. Po prostu tak podchodzę do życia. Po Lechu pomyślałem, że będę chciał odpocząć od presji, ale już po tygodniu czułem, że chciałbym gdzieś popracować, choćby z juniorami. Kumulujesz to w sobie.

Nie było panu przykro, że kibice na początku skandowali pana nazwisko, a na końcu zgotowali nie takie pożegnanie, jakie pan sobie wymarzył?
Ich prawo. Kibice to wiele grup społecznych, sektorów, frakcji… Najgłośniej krzyczą ci, którzy byli po mojej prawej ręce. Bardzo mocny głos, impuls, energia. Kibicami są jednak też ci, którzy siedzą za mną lub w sektorze rodzinnym i do dziś dostaję sporo głosów, że zostałem zwolniony za szybko. Fajnie jest zakończyć, jak Mourinho – odebrać medal, podziękować i odejść z Porto do Chelsea. Wymarzona sytuacja. Tak kończą jednak geniusze.

Zapewne nie jest pan jednak dumny, że musiał się tłumaczyć przed sektorem kibiców.
Raz.

Takie sytuacje nie obniżają prestiżu trenera?
Bardzo dużo mnie to nauczyło. Nie wiem, czy obniżyło mój prestiż. Po prostu chciałem, by dali nam impuls w następnym meczu.

Lepiej było nie iść?
Nie wiem. Oczekiwali, że przyjdę, to poszedłem. Idziesz, słuchasz i wychodzisz.

Niektórzy trenerzy po porażce mają wewnętrzne przekonanie, że są mocniejsi, bo wiele się nauczyli. Pan też sądzi, że jest lepszym trenerem po Żalgirisie czy Stjarnan, niż gdyby to wszystko się nie wydarzyło?
Innym. Jeżdżę na różne staże i najczęściej słyszałem od trenerów, że trudniej jest zarządzać sukcesem niż kryzysem, bo w sukcesie wszyscy się rozluźniają i trzeba być czujnym, a przy porażce potrzebna jest pełna koncentracja. Jak wygrasz czwarty mecz, ciesz się, ale martw też, żeby wygrać piąty. W Zawiszy – jeśli dojdzie do sytuacji kryzysowych – chciałbym mieć takie wyniki, jak z Lechem.

Zawsze się pan ratował, gdy przychodziło do meczu o posadę.
Mówię wam uczciwie: nigdy nie było meczu o posadę.

Albo pan o tym nie wiedział.
Nikt nigdy mi nie dał żadnego ultimatum. Zapewniano mnie, że nie było takiej sytuacji i nie mam powodu, by nie wierzyć.

Przy okazji meczu z Lechią powiedział pan, że rozważał dymisję.
Tak.

Wiedział pan, że odejście to kwestia czasu.
Można stanąć przed kamerami i uroczyście podać się do dymisji. Wielu by powiedziało: „to jest gość”. Rozsądne, bliskie mi osoby też podejrzewały, że to koniec, ale pytały: „co ci to da? Co się zmieni, jeśli podasz się do dymisji?”.

Nie była to gra o odprawę?
Nie myślałem o tym. Zostawiłem zespół, który ograł na wyjeździe Lechię i miał trzy punkty do lidera. Po tym meczu już wcześniej – bez względu na wynik – wyraziłem zgodę na dwa dni wolnego. Sam zamówiłem hotel dla rodziny i nawet nie myślałem o pieniądzach. Nie miałem do tego głowy i – uwierzcie – kasa nie była dla mnie wyznacznikiem.

Nie podjął pan pracy w Zawiszy trochę za szybko? Nie uważa pan, że przydałoby się trochę refleksji?
Bardziej kręciła mnie praca niż odpoczynek. Prowadzę takie swoje notatki, w których zapisuje wnioski z ćwiczeń, treningów, metodykę, obciążenia… Dlaczego piłkarz miał ciężkie nogi? Jak zareagował na takie zajęcia? Tego typu sprawy. Jeżeli teraz okaże się, że trener Skorża zdobędzie mistrzostwo, to znaczy, że nie wykorzystaliśmy potencjału. Życzę mu tego. Nie mówię, że nie wierzę w tytuł – po prostu o wszystkim dopiero się przekonamy, a z Zawiszą chciałbym wejść do ósemki i marzę o takim wyniku, jaki zrobił trener Tarasiewicz.

Do Pucharu Polski też pan raczej nie miał szczęścia.
Dlatego teraz się przekonamy, czy ten puchar był problemem Lecha czy Rumaka. Teraz zagramy z Podbeskidziem, a najchętniej zmierzyłbym się z drużyną typu Wisła, bo starcie np. z Olimpią Grudziądz to mecz-pułapka. Musisz wygrać. Nie ma innego scenariusza. Jeśli przegrasz, to – cokolwiek się stało – nie jesteś w stanie się obronić. Jakie obciążenie ma Legia czy Lech po wejściu do grupy mistrzowskiej? Muszą ją wygrać. A jakie ma Zawisza? Żadne. Wszystko, co osiągną ponad, to tylko ich sukces. Presja w takich klubach jest zupełnie inna.

Do tej pory kojarzył nam się pan z trenerem, który na ogół nie wygrywał z drużynami silniejszymi od Lecha, a często gubił punkty z przeciwnikami słabszymi. W Bydgoszczy sytuacja się odwraca i zastanawiamy się, czy będzie pan w stanie dodać drużynie to 20% od siebie, by wzniosła się nad przeciwnika teoretycznie lepszego.
Nie potrafię wam teraz odpowiedzieć, dlatego mówię – to kolejne wyzwanie i doświadczenie. Młodsi trenerzy pracują w Champions League i jestem przekonany, że dam od siebie te 20%. Ale jak będzie – życie pokaże. Nie będę natomiast polemizował z tym argumentem, bo powiedzieliście prawdę. Tak właśnie było.

Nie wszyscy lubią prawdę.
Operujecie faktami, a ja jestem gotowy, by się z nimi zmierzyć.

Rozmawiali KRZYSZTOF STANOWSKI i TOMASZ ĆWIĄKAŁA



Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 3
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments