Wpadł mi niedawno w ręce piękny album wydany przez BBC, o tytule „Cult Heroes”. Jest to zbiór wszystkich drużyn angielskich i szkockich, a z każdej z nich wybrano jednego „kultowego bohatera” wszech czasów. Oczywiście niektóre wybory są oczywiste – Manchester United i George Best, West Ham to Bobby Moore, Tony Adams z Arsenalu i tak dalej. Zaciekawiła mnie za to inna postać. Znajduje się tam piłkarz, który został bohaterem aż dwóch klubów i to pomimo, że grał w nich w sumie niecałe cztery lata. Jeśli dołożyć do tego jego biografię, napisaną częściowo przez… byłego basistę Oasis Paula McGuigana, a nazwaną wymownie „Największy piłkarz, którego nigdy nie widzieliście” zdecydowanie należy rozwiązać tę zagadkę i odpowiedzieć na jedno nurtujące pytanie – kim do cholery był Robin Friday?

Gwiazda rocka, idol i skandalista. Prawdziwy Charlie Sheen futbolu

Życie Fridaya do dzisiaj otacza pewna aura tajemniczości, chociaż piłkarz nie żyje już od 24 lat. Zmarł na zawał serca w wieku 38 lat, po dwóch dekadach hulaszczego życia godnego Keitha Richardsa z Rolling Stones. Robin karierę zakończył mając ledwie 25 lat, czyli w wieku, kiedy zawodnicy dopiero zbliżają się do szczytu swoich umiejętności. Co czyni go zatem tak wyjątkowym, że pisze się o nim książki, a ludzie kina planują właśnie nakręcenie filmu na podstawie jego biografii? Robin Friday nie był pierwszym lepszym pijącym grajkiem, typowym angielskim piłkarzem lat 70-tych. Dla kibiców Reading był futbolowym bogiem, a fani Cardiff do dziś uznają go za najbardziej kultowego zawodnika, jaki pojawił się w tej drużynie. I to mimo, że rozegrał tam ledwie 21 meczów. Mówi się o nim, że powinien był grać w kadrze Anglii. Oczywiście nigdy w niej nie zagrał. Ba, jego kariera skończyła się właściwie, za nim na dobre się zaczęła.

Robin był typowym dzieckiem klasy robotniczej, uosabiał niejako etos „z fabryki na boisko”. Miał brata bliźniaka, ale Tony był całkowicie inny. Dobrze się uczył, w przeciwieństwie do Robina, który wolał włóczyć się po parku i ganiać za piłką. Jak wspomina ojciec chłopców Alf, przyszły piłkarz był tak uzdolniony ruchowo, że „już w wieku 10 lat potrafił wrzucić sobie na kark pomarańczę, po czym turlikać ją po ciele, by finalnie zatrzymać ją na bucie, jak piłkę”. Ale Friday miał w głowie nie tylko futbol. Grał w tenisa, w krykieta i boksował. Każda z tych dyscyplin dała mu co innego – siłę, koordynację, kondycję oraz refleks. Szybko zgłosiły się po niego liczne kluby, ale w żadnym z nich nie wytrwał na dłużej. Trenerów denerwował jego indywidualizm, który cechował go na murawie, ale i poza nią. Robin kochał rysować, wkręcił się także w muzykę, koncerty i niestety, w narkotyki. Rzucił piłkę.

Image and video hosting by TinyPic

Kradł, imał się dorywczych prac, aż w końcu trafił do poprawczaka. Tam ponownie nabrał kondycji i już niedługo później został gwiazdą drużyny zakładu poprawczego Feltham. Mało tego, wybrano go nawet do zespołu gwiazd… lig więziennych w Anglii. Miał 16 lat gdy trafił do poprawczaka, a spędził w nim sumie 14 długich miesięcy. Po wyjściu poznał dziewczynę, a po jakimś czasie został ojcem. Cała historia byłaby podobna do wielu innych gdyby nie fakt, że jego wybranka była czarnoskóra. Robin, jego przyszła żona Maxime oraz grono wspólnych przyjaciół zostali zepchnięci na margines życia codziennego. Ojciec piłkarza, Alf, nie pojawił się nawet na ślubie syna. Ciężkie to były czasy, nietolerancja rasowa była wtedy czymś powszechnym.

Wracając do Fridaya, jeśli myślicie że małżeństwo i rodzina zmieniły go jakoś, jesteście w błędzie. Nadal pił, brał narkotyki i wdawał się w romanse. Zmieniło się tylko jedno – znów zaczął poważnie myśleć o piłce. Po trzech latach tułania się po amatorskich zespołach, trafił w końcu do Reading. Z początku zaoferowano mu kontrakt amatorski, ale po jego dobrych występach w rezerwach przesunięto go do pierwszej drużyny, która akurat przeżywała kryzys. Robin szybko zaczął grać jak z nut i już po dwóch meczach zaoferowano mu profesjonalna umowę. Co ciekawe, była to ledwie połowa tego, co zarabiał wcześniej, gdy kładł asfalt. Liczyło się jednak co innego – nareszcie stał sie zawodowcem.

Rozkochał w sobie fanów. Grał ostro, bezpardonowo, a przy tym był kapitalny technicznie. Jeden z jego byłych menedżerów wspominał, że czasem musiał nawet przerywać treningi, ponieważ Robin tak ostro walczył o piłkę. Ale fani uwielbiali jego waleczność i boiskową fantazję, to dla niego głównie zaczęto przychodzić na mecze Reading. W swoim pierwszym meczu po podpisaniu kontraktu „Królewscy” wygrali 4:1 z Exeter City, a Friday strzelił dwa gole. Nieźle jak na byłą gwiazdkę więziennej ligi, nieprawdaż? Miał dopiero 21 lat i wydawało się, że świat stoi przed nim otworem. Tak zresztą było – w ciągu niecałych trzech lat w Reading strzelił aż 46 bramek. Po odejściu z klubu zawitał jeszcze do Cardiff, ale zagrał tam ledwie jeden sezon i skończył karierę. Dlaczego zatem nie wyszło?

Image and video hosting by TinyPic

Wianuszek kobiet, narkotyki, gorzała, niesportowy tryb życia, ale i kapitalny talent. Fani wybrali go piłkarzem wszech czasów w klubie z Reading, chociaż spędził tam niecałe trzy lata. Czarował na boisku, rozrabiał poza murawą. Były sędzia mistrzostw świata Clive Thomas przyznał nawet: „Robin był tak dobry, że spokojnie poradziłby sobie w kadrze. W ogóle to strzelił najlepszego gola, jakiego kiedykolwiek widziałem w życiu”. A grać umiał jak mało kto. W debiucie w Cardiff tak niemiłosiernie kręcił samego Bobby’ego Moore’a, że ten nie wiedział co się dzieje. Faceta, o którym Pele powiedział, że „to najlepszy obrońca, przeciwko jakiemu kiedykolwiek grał”.

Ale Robin traktował to wszystko jak zabawę, a przy tym lubił ostre zagrywki. Potrafił chwycić przeciwnika za jądra w stylu Vinniego Jonesa, ale i bywał zabawny. Kiedyś po strzelonym golu podbiegł do policjanta i pocałował go. Tłumaczył później: „Wyglądał na smutnego… Musiałem go pocieszyć”. Jego numery przeszły do historii i są częścią dzisiejszego piłkarskiego folkloru. Przyjść z łabędziem na piwo do pubu? Nie ma problemu. Nie wspominając o mordobiciach. Friday złamał kiedyś szczękę koledze z drużyny, a na boisku znokautował samego Marka Lawrensona, naczelnego brutala Liverpoolu.

Jego życie prywatne to były jednak zgliszcza. Zanim skończył 25 lat, był już dwukrotnie żonaty i miał za sobą niezliczoną ilość romansów. W końcu wyrzucono go z Reading, mimo licznych protestów fanów. Zniszczyły go przede wszystkim narkotyki. Zanim został zawodowcem, granie na haju jakoś przechodziło, ale w profesjonalnej piłce (nawet tej surowej angielskiej z lat 70-tych) nie można tak jechać na dłuższą metę. Po trzech latach w barwach „Królewskich” musiał odejść do Cardiff. Tam wytrzymał tylko jeden sezon, po czym wparował do biura menedżera i oznajmił: „Przechodzę na emeryturę. Mam dość tego, że wszyscy mówią mi co mam robić”.

Image and video hosting by TinyPic

W innym wywiadzie mówił znów: „Na murawie nienawidzę wszystkich przeciwników. Mam w dupie wszystkich. Ludzie myślą, że jestem nienormalny, ale to nieprawda. Jestem zwycięzcą”. Nie przypomina Wam to czegoś? Jakbyśmy słyszeli samego Charliego Sheena i jego słynne „winning”. Po rzucenie futbolu Robin dalej żył jak gwiazda. Pił, brał narkotyki, zaliczył odsiadkę, a nawet złapano go gdy udawał policjanta, próbując… skonfiskować narkotyki od dilerów. Był trzykrotnie żonaty, ale zmarł w roku 1990, w wieku zaledwie 38 lat. Przyczyną śmierci był atak serca spowodowany przedawkowaniem heroiny. W kręgach futbolowych jest dzisiaj postacią kultową, chociaż trzeba była wydać jego biografię i ogłosić zamiar nakręcenia o nim filmu, by przypomnieć światu szalone życie Robina Fridaya. Co ciekawe, zagrać go ma ponoć inny skandalista, mianowicie angielski aktor Russell Brand.

Menedżer Reading Maurice Evans mawiał o Fridayu: „Spokojnie grałby w kadrze. Gdyby się tylko trochę uspokoił…”. To jednak nie leżało w naturze Robina. Nikomu się nie kłaniał, do tego miał słabość do używek i rozrywkowego trybu życia. Gdy kibice „Królewskich” dowiedzieli się, że piłkarz odszedł z Cardiff i ogłosił zakończenie kariery, namawiali Evansa, by ponownie zakontraktował ich ulubieńca. Nie udało się, a do historii przeszły słowa, jakie Robin Friday powiedział w stronę swojego byłego szkoleniowca: „Mam o połowę mniej lat niż Ty, a już dwukrotnie przeżyłem Twoje życie”. Cytat ten stał się kultowy i do dziś kibice chętnie eksponują go na różnego rodzaju koszulkach.

Friday pozostał uosobieniem rock’n’rolla w piłce nożnej aż do samego końca. Jego najsłynniejsze zdjęcie to znak „V”, jaki wykonał podnosząc dwa palce po strzeleniu gola bramkarzowi Luton Town, Miliji Aleksiciowi. Oczywiście Robin nie omieszkał go wcześniej ośmieszyć, zawsze musiał być efektowny. Pozostał legendą do dziś, a kiedy jeszcze żył, uosabiało się z nim wielu buntowników, w tym muzycy. Jeden z angielskich zespołów o nazwie Super Furry Animals użył nawet wspomnianej wyżej fotki jako okładki swojego singla, którego tytuł był wymowny i oczywiście odnosił się do Robina Fridaya: „The man don’t give a fuck!”.

KUBA MACHOWINA

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments