Wynosić na ołtarze jednych i wtrącać do piekła drugich jest teraz w modzie. W czasach, kiedy u największego rywala wieszczą Apokalipsę, domagają się głowy trenera-grabarza idei, a socios proszą tych „z góry” o natychmistowe spisanie Encykliki Odnowienia w wierze i nadziei, aż prosi się o jakiś punkt odniesienia. Real Madryt znalazł go we we włoskim konserwatyście. Carlo Ancelotti po bolesnych manewrach taktycznych i kilku niestrawnych meczach, odnalazł wreszcie magiczną formułę – equilibrio. Równowaga. Między atakiem a obroną, między posiadaniem piłki a kontratakiem, między piłkarzami podstawowymi a rezerwowymi.
Między doświadczeniem a tryskającym talentem, między plotkarskim światem madryckiej prasy a szatnią. Dzisiaj Carlo jest gotowy na kolejne – być może długie i trudne jak diabli – zadanie: Włoch rzuca wyzwanie Bayernowi o panowanie w Europie.

Życie jak w Madrycie. Włoska równowaga

Metamorfoza Realu jest zdumiewająca. 29 meczów z rzędu bez porażki (24 zwycięstwa, 5 remisów). Do wyrównania – rekordowej w historii klubu – serii Leo Beenhakkera z sezonu 1988/89, brakuje jedynie 6 spotkań. Wystarczy nie przegrać rewanżowego El Clasico na Bernabeu w przyszłą niedzielę i awansować do półfinału Ligi Mistrzów. Plan, którego nawet najwięksi niedowiarkowie nie ośmieliliby się podważyć. Ja sam, nie mogę uwierzyć we własne słowa – 7 zdań, które spłodziłem po przegranym 1:2, październikowym meczu z Barcą na Camp Nou:

„Real po 13 oficjalnych meczach jest hybrydą różnych styli, piłkarzy o odmiennych charakterystykach. Atak sobie, pomoc sobie, obrona sobie. Totalna dezorientacja. 170 milionów euro wydanych na nowy projekt, zmianę DNA Realu, na fantasmagorię bycia panem piłki i własnego losu (paradygmat Barcy Guaridoli i Hiszpanii Del Bosque). A jak na złość, gola na Camp Nou strzela po 8-sekundowym kontrataku wychowanek klubu – Jese… Ancelottiemu w PSG udało się coś stworzyć dopiero w drugim sezonie. W Realu będzie miał czas do marca, góra kwietnia. Gorzej już być nie może”.

Przywołany tu cytat, to w tej chwili nic nieznacząca anegdota. Madridistas czują się dzisiaj mocni, zwarci, bardzo pewni siebie. Przypominają ludzi pakujących się do wagonów tutejszego metra. Nie zważają na nic i na nikogo, a już na pewno nie na tych, co wychodzą. Pędzą równo przed siebie. W ich świecie nie ma już miejsca na dywagacje o rotacji w bramce czy zdegradowaniu do roli rezerwowego kapitana drużyny. Przestano liczyć stracone gole po fatalnym kryciu rywali przy rzutach rożnych i w ogóle stałych fragmentach gry. Nikt nie wspomina o ewentualnej zadyszce Xabiego Alonso, kiedy jednym z najlepszych rozgrywających Europy jest Modrić. Kontuzje? Przecież na ławce nogami przebierają Jese, Isco, Illarramendi, Casemiro, Morata, Varane, etc. W ataku zrodził się tercet zdolny strzelać gole z każdej pozycji, odległości, z prawej i lewej stopy. Im szybciej tym lepiej. Bale, Cristiano, Benzema – Bardzo Ciężka Broń masowego rażenia – zakończą ten sezon (ligowy i pucharowy) z grubo ponad 100 golami. Jakby tego było mało, fani Realu po 4 latach trudnej miłości, zaczęli na nowo poznawać Benzemę. Zaczęli wreszcie regularnie oblizywać się po wytwornych zagraniach Francuza.

Real momentami zachwyca, czasem demoluje, innym razem, jak w starciu z tuzami (Atletico, Barceloną, Juventusem), traci kontrolę wydarzeń. Ancelotti zdaje sobie sprawę, że zanim jego zespół zacznie uprawiać futbol prezydencki (widowiskowy), musi być przede wszystkim solidny. Solidny po włosku… Po minimalnie i fartownie wygranych meczach z Elche, Rayo i Levante Carletto zbeształ swoich piłkarzy za brak koncentracji, agresji, krycia i podwajania. Za generalnie „opierdzielanie się” na boisku. Uznał, że doklejanie do piłkarzy ulubionych i przerobionych latami „choinek” taktycznych nie ma sensu. Potrzebował pracy u podstaw, harówki w odbiorze, wsparcia na każdej pozycji, na każdej szerokości i długości murawy. Sęk w tym, że skład jak odziedziczył po Mourinho i jaki mu latem uzupełnionio był wybitnie ofensywny. Włoch musiał główkować, przerabiać, przekwalifikowywać. Stąd narodziny Di Marii w roli partnera Xabiego i Modricia w środku pola. Brawurowy pędziwiatr z prawej flanki przemierza dziś kilometry stref boiskowych dotąd mu nieznanych.

Nie wydusicie ze mnie prognozy na najbliższe miesiące, lata. Nie wiem czy po Bayernie przyjdzie czas na dominację Realu w futbolu klubowym. Fundamenty pod tę budowlę zalane są już od 4 lat. Od rozgrywek 2009/10 Los Blancos strzelili w Primera Division 504 gole (średnio 2,8 bramki na mecz), nie schodząc – w każdym kolejnym sezonie – poniżej granicy 100 goli. W Lidze Mistrzów statystyki są bardzo podobne – 128 goli w 51 meczach (średnia: 2,5 bramki na spotkanie). Real ma narzędzia, szalenie interesujący projekt i wybitnych architektów. Problem tym, że za miedzą powstał w ostatnich latach kataloński pałac płynący miodem i mlekiem, a trochę dalej i później wzniesiono bawarski bunkier przeciwatomowy. Wielu wyznawców spiskowej teorii dziejów twierdzi, że dopóki Guardiola będzie się bawił w poważną trenerkę, dopóty nie pozwoli na sukcesy Realu w Europie. Mocno wykrzywiony punkt widzenia. Inni są zdania, że najwyższy czas odgonić klątwę Bayernu. Do tego będą potrzebne dwa najwybitniejsze mecze pucharowe Realu w ostatniej dekadzie.

Florentino Perez wybrał Ancelottiego na człowieka „oo” – odpowiedzialnego i odpowiedniego. Do realizacji mocarstwowych celów – naturalnie. Wraz z końcem obecnej kadencji i oddaniem do użytku futurystycznego Bernabeu – w 2017 roku, Florentino wycofa się zarówno z biznesu (w ubiegłą niedzielę w programie „Salvados” potwierdził, że szefostwo w holdingu budowlanym ACS odda w ręce Marcelino Fernandeza), jak i futbolu. Zostały mu trzy lata. Długo, a zarazem bardzo krótko. Futbolowy relatywizm. Perez nie może sobie pozwolić, żeby po Barcy i Bayernie jakaś inna potęga (nie daj Boże ta od katarskich zleceniodawców z Paryża) zepchnęła Real w wieczną otchłań list „Forbesa” – znowu najbogatsi, znowu bez trofeów. Nie ma czasu na margines błędu.

Jeżeli Realowi czegoś brakowało w ostatnich latach – na boisku i w gabinetach klubowych – to właśnie równowagi. Ani nie osiągnieto jej z Calderonem na fotelu prezydenckim, ani z filozofem Valdano na stanowisku dyrektora sportowego, ani z Mourinho na ławce trenerskiej. Portugalczykowi udało się wypracować chwilową perfekcję, nadrobić stracone lata niebytu, ale zabrakło stabilizacji. Ancelotti obiecał socios równowagę. Florentino Perezowi dał słowo, że zdetronizuje Bayern. Jeżeli polegnie, to i jego nie ominie medialna podróż z oltarza do piekła.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24