W piłce nożnej w pojedynku tradycji z komercją, ta pierwsza leży na deskach, a sędzia właśnie kończy jej liczenie. Nokaut jest nieunikniony, prędzej czy później. Budowane przez dziesiątki lat wieże z kości słoniowej, wymykające się do tej pory spod dyktatury pieniądza, burzone są na naszych oczach. FC Barcelona splamiła swoje koszulki logiem sponsora, a Real Madryt usunął ze swego herbu krzyż, by podlizać się muzułmańskiej publice w krajach arabskich. Wszelkie ideały kończą się w tym samym miejscu, w którym zaczynają się duże pieniądze. Prawda ta znana jest we wszystkich zakątkach na piłkarskiej mapie świata, niezależnie od tego, czy mówimy o wielkich firmach z dużych metropolii czy prowincjonalnych klubach z małych miasteczek. W baskijskim Bilbao udają jednak, że nie istnieje. Miejscowy Athletic od ponad 100 lat drużynę buduje tylko i wyłącznie w oparciu o graczy z baskijskimi korzeniami i nie zanosi się na to, by ta sytuacja mogła ulec zmianie. Nawet kosztem wyników.

Nonkonformiści z Bilbao na najlepszej drodze do Ligi Mistrzów

Pisanie po raz kolejny o tym ewenemencie nie miałoby większego sensu (historia przemielona na wszystkie możliwe sposoby), gdyby nie to, że ta jednolita pod względem narodowościowym drużyna, osiąga w tym sezonie świetnie wyniki. Aktualnie Athletic zajmuje czwarte miejsce w tabeli Primera Division, a co za tym idzie jest bliski uzyskania możliwości gry w Lidze Mistrzów. Oczywiście Baskowie ze swoją filozofią pasować będą do tego towarzystwa jak miłośnicy jazzu do dyskotekowej mordowni serwującej techno. Niespecjalnie. Champions League to przecież mekka skomercjalizowanej piłki nożnej. Na samą myśl o takim rozwiązaniu każdemu kibicowi, który na piłkę nie patrzy tylko przez pryzmat meczów, bramek i parad bramkarskich, uśmiech musi pojawić się na twarzy. Natomiast zwolennicy ruchu Against Modern Football będą mieli z tej okazji prawdziwe święto. Jak mawiał klasyk: Liga – w tym wypadku: Mistrzów – z baskijskim skansenem będzie o wiele ciekawsza.

Wyobraźcie sobie grupę Champions League, w której Athletic znajduje się obok drużyn, którym taka filozofia jest zupełnie obca. Z jednej strony Baskowie, których możliwości na rynku transferowym są ograniczone do graczy, którzy w paszporcie i w sercu mają lokalną pieczątkę, a naprzeciw nich Manchester City – klub który jeśli chodzi o pozyskiwanie piłkarzy wyznaje zasadę: „Keine Grenzen”, zarówno w sferze finansowej, jak i geograficznej. Groteska. Jeszcze inna opozycja – jedenastu „lokalsów” z Kraju Basków naprzeciw najbardziej kosmopolitycznej wersji Arsenalu bez choćby jednego Anglika w składzie. Do tego dodajmy przykładowe PSG i pojedynek klubu z wieloma wychowankami w składzie – jakim jest Athletic – z Francuzami, którzy „produkty” własnej szkółki traktują co najwyżej jako uzupełnienie składu.

Tak samo jak Athletic Bilbao jest czymś więcej niż klub (określenie pasuje bardziej niż do FCB, nieprawdaż?), tak ewentualna walka Lwów z San Mames w Lidze Mistrzów byłaby czymś znacznie większym niż zwykłe mecze piłki nożnej. To raczej pojedynki tradycyjnego podejścia, które wyklucza wszelkie kompromisy i za którym tęskni wielu kibiców, z wszechogarniającą nowoczesnością, nie uznającą granic terytorialnych, a także hołubiącą komercyjne podejście. Nawet jeśli piłkarze z Bilbao stoją w tej walce na straconej pozycji, to takie mecze muszą być w centrum uwagi kibiców na całym świecie. Athletic pokazuje bowiem, że odrzucenie reguł gry, które obowiązują wszystkich, którzy chcą się liczyć, wcale nie musi oznaczać zepchnięcia na margines.

W czym tkwi tajemnica dobrych wyników Athletiku w ostatnich miesiącach? Krajobraz po dwuletnim pobycie w klubie Marcelo Bielsy nie był widokiem optymistycznym. Po pierwszym dobrym – choć zwieńczonym porażkami z finale Ligi Europy i Pucharu Króla –sezonie, rozgrywki 2012/13 klub z Bilbao zakończył na 12. miejscu w tabeli. Prócz wyników daleka od ideału była również atmosfera wokół klubu. Bielsa wchodził w konflikt z wszystkimi, którzy stawali na jego drodze, począwszy od piłkarzy i zarządu klubu, a skończywszy na firmach budujących nowy stadion. Skrytykował chociażby sprowadzenie do klubu Artiza Aduriza, a więc piłkarza, który w piątek popisał się efektownym hat-trickiem, co uczyniło go najlepszym strzelcem drużyny w bieżących rozgrywkach. Koniecznym było więc zastąpienie El Loco innym szkoleniowcem. Misję powierzono Ernesto Valverde, który ponoć od zawsze był faworytem do trenerskiego stołka w prezydenta klubu – Josu Urrutii. Jak łatwo się domyśleć, Valverde, Bask z pochodzenia, związany w przeszłości z klubem zarówno w charakterze piłkarza, jak i trenera, został w Bilbao przyjęty z otwartymi rękami.

Bieżący sezon Athletic rozpoczął co prawda nieźle, lecz prawdziwego rozpędu piłkarze San Mames nabrali już w trakcie sezonu. Valverde poukładał drużynę po swojemu. Po stronie największych osiągnięć dziennikarze zapisują mu: wykreowanie obrońcy z prawdziwego zdarzenia w osobie 19-letniego Aymerica Laporte czy świetnie zagrywki z wprowadzeniem do gry w roli jokera Ibaia Gomeza (do piątku najlepszego strzelca zespołu – 8 goli po zaledwie 679 minutach spędzonych na murawie). Początek jego pracy zbiegł się grą na nowym obiekcie, który z miejsca stał się nową twierdzą w hiszpańskim futbolu. Na własnym stadionie Athletic przegrał do tej pory tylko raz (niespodziewanie z Espanyolem), urywając punkty Realowi czy pokonując Barcelonę. 33 bramki w 14 meczach u siebie mówią same za siebie. Praca Vaverde jest doceniona do tego stopnia, że dziennikarze wymieniają go w gronie kandydatów do potencjalnego zastępcy Gerardo Martino. I to na pozycji faworyta.

Najbardziej optymistycznie nastawieni kibice drużyny z Kraju Basków porównują swoją drużynę z…Celtikiem Glasgow. Mowa oczywiście o The Bhoys z 1967 roku, kiedy to złożona w pełni z zawodników urodzonych w okolicach Glasgow drużyna, zdobyła Puchar Europy i zachwyciła cały świat. Bardziej wyważeni fani mówią o tym, że pod wodzą Valverde Atlethic ma szansę, by doskoczyć do wielkiej trójki, aktualnie rządzącej ligą. Nie wybiegając tak daleko w przyszłość, kibice przygotowują się na grę w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie. Od najbardziej prestiżowych rozgrywek Lwy z Sam Mames miały przerwę niemalże tak samo długą jak polskie kluby (ostatni występ sezon 1998/99). Zarówno Polacy, jak i Baskowie do tych rozgrywek nie pasują. Z tą jednak różnicą, że my ze względu na swój mizerny poziom, a oni – przez romantyczny nonkonformizm.

MATEUSZ ROKUSZEWSKI



Fot. FotoPyK

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments