W hicie bohaterami bramkarze, nieśmiertelny Gerrard na przełamanie Liverpoolu

redakcja

Autor:redakcja

12 lutego 2014, 23:57 • 4 min czytania

Reklama
W hicie bohaterami bramkarze, nieśmiertelny Gerrard na przełamanie Liverpoolu

Środowy wieczór z Premier League upłynął nam pod znakiem szlagieru, w którym Arsenal podejmował Manchester United. Szlagieru tylko z nazwy. Spotkanie drużyn liżących rany po weekendowych wpadkach, raczej nie będzie głównym tematem jutrzejszych rozmów w biurach, tramwajach czy przerwach na papierosa. Bezbramkowy remis oznacza jedynie, że zamiast jednego zabitego, mamy dwóch rannych. Przy czym obrażenia ekipy Davida Moyesa są zdecydowanie poważniejsze.
O wysokiej stawce spotkania nie trzeba było nikogo przekonywać. Wszak Arsenal walczył o powrót na fotel lidera ligi, a Manchester o pozostanie w grze o Ligę Mistrzów. Początek meczu mógł zwiastować, że oba zespoły będą grały o pełną pulę. Kilka chwil po pierwszym gwizdku na listę strzelców wpisać mógł się Robin Van Persie, etatowy bohater spotkań pomiędzy Kanonierami a Czerwonymi Diabłami, niezależnie od tego czyją koszulkę akurat przywdziewa. Holender jednak trafił w Szczęsnego. W odpowiedzi zobaczyliśmy pudło Oliviera Giroud i jednej rzeczy tego wieczora moglibyśmy być już pewni – że to nie będzie łatwy mecz dla snajperów obu drużyn. Później wszystko wróciło do smutnej normy ostatnich tygodni: bezproduktywny Ozil snuł się po boisku, Wayne Rooney zamiast na grze skupiał się bardziej na dyskusjach z sędzią Markiem Clattenburgiem, a kolejne dośrodkowania zamiast na głowach piłkarzy, lądowały w rękach bramkarzy. Z dobrego filmu akcji zrobił nam się dramat psychologiczny.

Reklama

Z żalem ogląda się mecze, w których – pomimo tego, że po boisku biegają zawodnicy, którym strzelanie bramek zawsze przychodziło z łatwością, z jaką Dexter Morgan owijał plastikową folią swe kolejne ofiary – bohaterami zostają bramkarze. Najpierw Szczęsny w nieprawdopodobny sposób sparował na poprzeczkę strzał Van Persiego, a później De Gea przytomnie zastopował strzał Santiego Cazorli. Sam mecz pokazał to, o czym od dawna trąbią wszystkie angielskie mądre głowy – zarówno Arsenal, jak i Manchester to drużyny pozbawione charyzmatycznych liderów. Chociażby takich jak Roy Keane czy Patrick Vieira. Jeśli dziś ktoś mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę jednej z drużyn, to tylko tacy piłkarze. Skoro ich zabrakło, mamy smutne 0-0. Tak samo jak sytuacja Czerwonych Diabłów w tabeli. Liga Mistrzów bez Manchesteru United? Zacznijcie się z tą myślą oswajać.

Inny kandydat do mistrzowskiego tytułu, Liverpool, w nieprawdopodobnych okolicznościach, mając przeciwko sobie wybitnie nieudolnych własnych obrońców i bramkarza przywiązanego do linii niczym Wojciech Kaczmarek, wygrał na Craven Cottage z Fulham. I to mimo dwukrotnej konieczności gonienia wyniku. Tak sobie od dłuższego czasu myślimy, że naprawdę ciężko być fanem Liverpoolu. Kiedyś przeczytaliśmy, że kibicowanie „The Reds” to stan umysłu. I trudno się z tym nie zgodzić, bo jak jednego weekendu równa się z ziemią walczącą zaciekle o mistrza ekipę Arsenalu, a za chwilę później trzęsie portkami na widok sklejanej naprędce po błyskawicznych bazarowych zakupach drużyny Fulham – dodajmy dla niedoinformowanych, że ostatniej w tabeli – to naprawdę można zwątpić.

Dziś ekipa Brendana Rodgersa miała jednak Stevena Gerrarda, który – jak na kapitana przystało – wziął sprawy w swoje ręce i najpierw bajeczną asystą uratował dramatyczną w wykonaniu LFC pierwszą połowę, a później w samej końcówce spotkania zapewnił zespołowi komplet niezwykle ważnych punktów, trafiając pewnie z jedenastu metrów. Do tego 86% celnych podań i oczywiście tytuł piłkarza meczu – bez dwóch zdań, Steven Gerrard jeszcze się nie kończy. Mało tego, w tym sezonie dopiero się rozkręca.

Reklama

Cóż, pewnie gdyby kabareciarz Toure trzymał się jak najdalej od futbolówki (wytłumaczcie, po cholerę kładł się wybijając próbując wybić piłkę przy komicznym samobóju!?), a Mignolet spróbował odkleić się czasami od bramki chociaż na cztery metry, to zapewne przechodząca w ostatnich miesiącach poważną metamorfozę drużyna z Anfield spoglądałaby dziś na resztę stawki z wygodnego ligowego podium. A tak, póki co, trzeba zadowolić się czwartą lokatą i ściganiem czołówki. Kto wie, może właśnie dzisiejszy wieczór okaże się dla Liverpoolu przełomowy? Wszak słabiutki mecz z Fulham przejdzie jutro do historii, a wynik i bezcenne trzy punkty poszły już w świat…

Grano również na St. James’ Park, gdzie Sroki przyjęły czwórkę od ekipy Tottenhamu. Bilans ostatnich dni w wykonaniu podopiecznych Alana Pardew jest więcej niż tragiczny – 0 strzelonych bramek, za to siedem straconych i myśli o rywalizacji o czołowe lokaty, trzeba odłożyć na przyszły sezon. W ostatnim ze środowych spotkań, Stoke zremisowało ze Swansea. Nie odbyły się dwa inne planowane na dziś spotkania. Na Etihad Stadium przeszkodą był zbyt silny wiatr, a na Goodison Park – uszkodzenie klubowego budynku. W drugim przypadku szczególnie rozczarowany musi być pewien malezyjski fan, który przejechał pół świata, by właśnie dziś po raz pierwszy zobaczyć w akcji swoich idoli z drużyny Evertonu. Jak pech to pech, ale sweet fotka ze stadionu zdążyła już zrobić sporą karierę na Twitterze.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Piłka nożna

Gwiazda potwierdza nadchodzący transfer. „Jestem gotowy na nową przygodę”

Braian Wilma
0
Gwiazda potwierdza nadchodzący transfer. „Jestem gotowy na nową przygodę”
Ekstraklasa

PDW! Cracovia jest otwarta na media, więc banuje dziennikarzy

Jan Broda
2
PDW! Cracovia jest otwarta na media, więc banuje dziennikarzy

Weszło

Reklama