Ze sporym rozbawieniem obserwuję zgadywankę: cóż się takiego stało, że nagle obrywać zaczął Kazimierz Greń? Teorii spiskowych cała masa, sam Greń – pierwszy spiskowiec RP – wymyślił taką, na jaką nie wpadłbym nawet w przypływie największego natchnienia. Podobno za wszystkim stoi Zbigniew Przesmycki, podobno – tak wnioskuję ze słów Grenia – Przesmycki obstawia mecze, a w jakiś sposób ja też jestem w to wmanewrowany. We wszystkim połapał się bonzo z Rzeszowa i teraz jest niszczony, bo powstało realne zagrożenie, że wszystko rozgada i zepsuje nam dochodowy biznes. Niezłe.
Próbują też zgadnąć, co się dzieje niektórzy dziennikarze (chociaż nie, oni nie zgadują, oni po prostu – niczym Jarosław Kuźniar – wstają i wiedzą). Jednak jak to w życiu, najciemniej jest czasami pod latarnią. Na pytanie, co się stało, odpowiedź jest prosta: w sumie nic. A brnąc w to dalej: nic się wielkiego nie stało, ale już tak mam, że bywam małostkowy. Przyznaję bez bicia – to jedna z moich cech. Jak ktoś nadepnie mi na odcisk, to odpowiadam ze zdwojoną siłą, zdarza mi się chować urazę i należę raczej do ludzi pamiętliwych. Mam kolegów, którzy jednego dnia się z kimś kłócą, a następnego witają „na misia”, natomiast ja tak nie potrafię. I chyba nie chcę potrafić. Wolę ten klarowny podział na przyjaciół i wrogów.

Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Greń się zastanawia: takie miałem dobre relacje ze Stanowskim, a teraz co! Odpowiadam: trzeba było mnie nie denerwować. Te nasze dobre relacje to nic więcej jak może jedna rozmowa na żywo (tak naprawdę nie przypominam sobie ani jednej, ale mam słabą pamięć i zakładam, że coś mogło mi umknąć) i może ze dwie rozmowy telefoniczne. Oczywiście, były też smsy, ale od Grenia: w każde święta, z życzeniami. Jest to więc osoba dla mnie obca. Powiedziałbym, że mniej więcej tak samo obca jak Przesmycki, chociaż swoją liczbę rozmów z Przesmyckim oceniam na sześć, może osiem w życiu. Coś koło tego.

– Więc dlaczego? Dlaczego zostałem zaatakowany? – wrzeszczy Greń.

Nie został pan. Na Weszło ukazał się tekst o pańskiej korespondencji z ważnym futsalowym działaczem, panem Wawro. Nie pisałem tego tekstu, szczerze mówiąc – nawet go wnikliwie nie przeczytałem. Futsal w ogóle mnie nie interesuje, nigdy nie byłem na meczu ligi futsalu i raczej się nie wybiorę. Mógł pan na ten tekst odpowiedzieć merytorycznie, mógł pan w ogóle nie odpowiadać, miał pan do wyboru dziesięć różnych wariantów. A wybrał pan ten najgorszy: zaczął pan wypisywać, że to skorumpowany Stanowski do spółki z Przesmyckim przeprowadza atak. I po prostu mnie pan wkurwił.

Futsal nie interesuje mnie na tyle, że nigdy bym się nim nie zajmował, gdyby Greń mnie do tego nie zmobilizował. W ogóle jest masa tematów, w które nie chce mi się zagłębiać, nie chce mi się pisać o jakichś gównianych ligach, kłótniach między działaczami małego klubiku i lokalnych władz, nawet nie chce mi się o tym czytać. Gdybym chciał czytać (i jeszcze pisać!) o wszystkim, to zwariowałbym. Nie wnikałem więc przez lata, co się dzieje w futsalu albo co się dzieje na Podkarpaciu, chociaż przecież dochodziły sygnały, że nie dzieje się dobrze. Ignorowanie tych głosów zapewne było pewnym zaniedbaniem, ale cóż: nie da się wszystkiego robić równocześnie.

Greń swoim szczekaniem najpierw mnie zmobilizował, a później zadbał o to, by motywacja mi nie spadła. Teraz codziennie zgłasza się do mnie kilka osób, które mają sporo do powiedzenia na jego temat. Futsal namawia się do zorganizowanej akcji. Kontaktowali się ze mną i działacze, i trenerzy, nawet dwóch reprezentantów Polski w tej dyscyplinie. Nie usłyszałem ani jednej pozytywnej opinii o Greniu, natomiast kilka razy włos się jeżył na głowie od tych wszystkich opowieści. Niestety, z dziwnych przyczyn Grenia się wszyscy boją. On sam wytworzył wokół siebie aurę człowieka, który „wszystko może”. Ja wiem, że to gówno prawda, że on jest tylko barwnym, pyskatym działaczem trzeciego szczebla, tak jak barwny i trzeciorzędny jest np. Lach (Ten od: „Potok się, kurwa, skompromitował doszczętnie tym wystąpieniem”) albo Niemiec (ten od bałaganu w Małopolsce). Ale dziennikarze potrzebowali nowych bohaterów, więc wykreowali Grenia na kogoś, kto w polskiej piłce pociąga za sznurki i wybiera prezesów PZPN. Intrygi się zawsze dobrze sprzedają.

Prawda o Greniu jest jednak inna: to taki sam członek zarządu PZPN jak Artur Kapelko. Jak Artur Kapelko zarzuci mi, że jestem skorumpowany, to wezmę na buty Artura Kapelkę.

Stara prawda: kto bawi się zapałkami, ten się może poparzyć. Dobrze się stało, że Greń zareagował w ten sposób, bo teraz – bez względu na początkowe motywacje – można faktycznie przyjrzeć się temu, co dzieje się w futsalu czy też na Podkarpaciu, bo i taki tekst z tego co wiem na Weszło się pojawi. Przede wszystkim – wreszcie się dowiem, kim jest Greń. O ile w polskiej piłce znam prawie wszystkich, tak o Greniu nie wiem nic. Zazwyczaj działacze to byli piłkarze, trenerzy, ewentualnie prezesi klubów, czasami sędziowie albo dziennikarze sportowi, o tyle Greń – podobno z zawodu ślusarz – po prostu pojawił się w naszym futbolu pewnego pięknego dnia i zaczął baraszkować. Do dzisiaj nie przeczytałem ani jednego artykułu, z którego bym się dowiedział: kto to jest? Czym się zajmował przez całe swoje życie? Jak trafił do piłki? Jakie ma wykształcenie? Jak rządzi na co dzień w swoim okręgu? Dlaczego nagle kimś niby-ważnym w naszej piłce stała się osoba, o której przez lata w ogóle nie słyszeliśmy? Wreszcie będę mógł coś na ten temat przeczytać. Greń to przecież fenomen: wszedł nagle na salony, zapalił cygaro, położył nogi na stół i zaczął się zachowywać tak, jakby przyjęcie było u niego w domu.

Ciekawa postać. Do tej pory funkcjonował dość spokojnie z prostego powodu: dawał dużo informacji dziennikarzom, był w zasadzie na każde skinienie, nie wchodził im w paradę, kiedy nie było trzeba i zazwyczaj mówił to, co w danej chwili było potrzebne do materiału. Gdybym miał szukać analogii z poprzednich lat, to podobnie funkcjonował „Fryzjer”, który dla bardzo wielu dziennikarzy – w tym dla mnie, chociaż w pierwszej kolejności wymieniłby kilka mocniejszych wówczas nazwisk – był źródłem cennych „newsów”. Jaki trener zostanie zwolniony, jaki przekręt zrobiono w związku, który piłkarz gdzie przejdzie itd.

Panie Greń – pan wszystkich chcesz prześwietlać, więc może czas, żeby ktoś prześwietlił pana. Niech będzie po równo. Pan nie da wiary, że nie kryje się za tym żaden spisek, ale niestety życie jest czasami takie banalne: po prostu wszedł pan na linię ognia, w dodatku najpierw strzelając z pistoletu na kapiszony. Pańskie pohukiwania mogą robić wrażenie na zastraszonych osobach ze środowiska futsalowego czy też na ludziach z pańskiego okręgu, ale dalej już ten pański wątpliwy czar nie działa. Zapewnia pan sobie miejsce w mediach, ciągle zapowiadając, że na kogoś pokaże jakieś „kwity”. Bla, bla, bla. Ale na kogo pan pokazał? Gdybym miał powiedzieć, z jakiej publicznej obietnicy pana pamiętam, to tylko z tej, że popełni pan samobójstwo.

Cóż za spisek wtedy uniemożliwił dotrzymanie słowa?

Zamiast mierzyć wszystkich swoją miarą, zamiast knuć i tworzyć spiski, niech pan nie walczy z dziennikarzami, niech pan nie walczy ze mną, tylko zajmie się robotą: tym, żeby ludzie ze środowiska futsalowego mówili o panu w samych superlatywach i żeby nachwalić się pana nie mogły osoby na Podkarpaciu. Łagodnie mówiąc – dzisiaj tak nie jest. Można uznać, że to ze wszystkimi wokół jest coś nie tak, że wszędzie same szuje, tylko pan jeden jest normalny. Ale wydaje mi się, że to niezwykle odważne założenie.