Czytam właśnie, że Man United za rekordową kwotę kupił właśnie jakiegoś rezerwowego Hiszpana Matę, rezerwowego w kadrze i klubie, za 37 mln funtów. Od razu kilka pytań. Halo! Jak może byle kopacz kosztować w tym samym kręgu ekonomicznym więcej, niż Legia, wraz z Lechem i Wisłą Kraków? Niż transmisje z polskiej ligi na trzy lata? Jak mógł wcześniej ten sam MU płacić za innego lewego pomocnika z Evertonu pod trzydziestkę (tak słabiutki, że nie znam nawet jego nazwiska a googlować mi się nie chce)?
Otóż kluby zachodnie, są to nie walki na boisku, tylko wałki przy kasie. Pralnia, przy której my jesteśmy pralka Frania. Kreatywna księgowość i nieistniejące pieniądze, złodziejstwo na niespotykaną skalę i na bank korupcja (skoro rządy dają się korumpować, no to co tu mówić o zwykłych sportowych śmiertelnikach). Otóż dysproporcja pomiędzy cenami piłkarzy w Anglii, Hiszpanii i Niemczech, a w Polsce i na Słowacji na przykład nie jest uzasadniona poziomem graczy w żadnym stopniu. Jest wykreowana, jest grą wyobrażeń, jak w trzy karty czy pokera. Te miliony przepłacone przy transferach Neymara i Bale’a, potwierdzają istnienie futbolowej ośmiornicy. Piłkarz jest tam jedynie podkładką, coś jak podstawka pod piwo, żeby sto osób wokół mogło się obłowić. Dobrze, jeśli piłkarz potrafi grać, ale i to nie jest konieczne. Ważne by miał dwie nogi, tak samo jak żeby szef hurtowni miał dowód osobisty. Może być bezdomnym z pegeeru.

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Jasne, sam bym chętnie wziął udział w tym biznesie, ale ja bym niestety wszystko wyśpiewał na pierwszym przesłuchaniu, więc odpadam, brak hermetyki. Rozumiem mechanizm, powody, chciwość. Tyle że traci na tym polska piłka. Mając takie same boiska, takie same buty, piłki i koszulki, widownię i telewizory (te dwie ostatnie dziedziny nawet lepsze), ma tysiąc razy mniej kasy w obrocie. Nie dwa razy, to bym zrozumiał, ale tysiąc razy. Tymczasem mercedes w Warszawie jest droższy niż w Niemczech (tam, jak wiadomo, kosztuje tylko pięć minut strachu). No więc, jakby to wam powiedzieć grzecznie, jesteśmy non stop rąbani. I jak nie zaczniemy nagłaśniać tego, jak będziemy się cieszyć z ochłapów i transferu Juana Maty, no to dajmy sobie z piłką nożną spokój.

Rządzi nami mafia. Czasem rzuci dropsa. Smacznego.

Dropsa. Czasem też frytki.

* * *

Oczywiście zdarza się, że i Polak oskubie mafię. Jak teraz Robert Lewandowski dwa najlepsze niemieckie kluby naraz, na grubiutko. No, ale easy come, easy go! Czytam, że zainwestował w… portale internetowe i kupił ich chyba z osiem. No więc, gdyby spytał mnie o radę (ale piłkarze nigdy nie pytają, dlatego sto procent po skończeniu kariery to golasy), powiedziałbym, żeby zamiast kupować portale zakładać własne. To jak w piłce – zamiast kupować piłkarzy lepiej ich wychować i opędzlować (tak zdaje się zacznie działać mała agencja menedżerska Legia). No więc to jak z kasynem. Kasyno nie przegrywa, a jedynie pożycza.

* * *

Dla rozbawienia – coś o wkrętkach, które ubarwiają nasz szary żywot. Mistrzem w tym fachu był moim zdaniem Piotrek Wierzbicki z „PS” (piszę był, bo nie wiem czy wkręca dalej). Otóż miał on w redakcji zwyczaj, że jak ktoś głośno pytał o telefon do jakiegoś piłkarza, no to patrzył w aparat i… podawał numer dowolnego z siedzących obok kolegów. Zwykle padało pytanie – a czemu polski numer? No bo zostawił sobie polską, bo taniej…

No i raz Jacek Kmiecik pyta o telefon do Fabiańskiego. Słyszę, Wierzbik podaje numer młodego Stolara…
– A czemu polski numer?
– No bo zostawił sobie polską, bo taniej…

Aha, aha, Jacek dzwoni. Stolar odbiera. My wszyscy słyszymy i jednego i drugiego…
– Dzień dobry panie Łukaszu, dałby pan wywiad dla „Polska the Times”?
– Nie.
– A czemu?
– Bo jakiś chuj dał mi złą ocenę za mecz w Lidze Mistrzów. I z wami nie rozmawiam.
– Który? Który?
– Wierzbicki.
– O kurwa, ja z nim porozmawiam (i krzyczy do sąsiada – Wierzbik, kurwa, przez ciebie Fabiański nie chce z nami rozmawiać! Jak kurwa można tak było skrytykować człowieka! Ty niepoważny jesteś! Tak się nie pisze!).

Wierzbik robi skruszoną minę, a my wszyscy gryziemy się w policzki żeby nie umrzeć ze śmiechu, połowa newsroomu już się posikała… Kmieć uczy kultury!
– Panie Jacku, niech pan spada.

Jacek wściekły, bluzga Wierzbikowi. No i ktoś mu wreszcie wyjaśnia, że… rozmawiał ze Stolarem i że wszyscy mieliśmy niezłą bekę.

Nigdy się już nie odezwał ani do jednego ani do drugiego.

A dwa dni później, słyszę jak Wierzbik podaje na głos… numer mojego telefonu. Dzwoni z sąsiedniego biurka praktykant Antek Bohdanowicz.

– Pan Ireneusz Jeleń? Auxerre? Czy udzieliłby pan mi wywiadu…

Daruję wam te wszystkie głupoty, które wypowiedziałem, ale nie było trudno naśladować Irka, wystarczyło trochę pofaflunić i poseplenić.

Wierzbik, wielka klasa wkrętki.

Ale kiedyś i ja jego wkręciłem. Przyjechał do mnie na redakcyjną imprę rowerem, a jak to u pismaków – żywy nie wychodził nikt. No więc do domu wracał już pieszo. I dzwoni za dni parę.

– Paweł, ja roweru u ciebie to nie zostawiłem? Bo wiesz, kurwa, on kilka tysięcy kosztowałâ€¦
– Popatrzę, a jaki to rower?
– Dużo przerzutek i na ramie taki napis Trek (jak u Armstronga).
– Aaa, to taki stoi, przyjeżdżaj.

Piotrek przyjechał, roześmiany. Ja otwieram garaż, no i daję mu rower. Dziecinny, mojej córki, ale Trek jak byk!

Wierzbik mało co nie zemdlał, a na pewno był bliski płaczu.

Przetrzymałem go kilka minut, a potem otworzyłem drugi garaż. I oddałem ten właściwy.

Ł»eby nie zszedłâ€¦

* * *

I jeszcze jedna moja udana wkrętka. Waldka Lodzińskiego z czasów naszej pracy i gry w „Piłce Nożnej”. Akurat wracaliśmy z Pilawy z meczu, dobry wynik i megabankiet, śpiewy do rana (w tamtą stronę Waldek przegrał bodaj pensję w pokera). No i wzięło mi się na żarty. Poszedłem do sąsiedniego pokoju i dzwonię na numer wewnętrzny Lodiego, odbiera.
– Halo? Tu komisariat milicji z Wałbrzycha. Czy mógłby pan przyjąć telefonogram, bo nie ma waszego redaktora naczelnego?
– Oczywiście!
– To proszę pisać. W dniu wczorajszym przebywała w Pilawie drużyna FC Publikator. Po meczu doszło do gorszących zajść, śpiewano antypaństwowe i antysocjalistyczne piosenki. Wyróżniał się w tym redaktor, hm, Lodziński Waldemar. Wnioskujemy o natychmiastowe, dyscyplinarne zwolnienie z pracy. Podpisano, komendant Kuciapa.

Rozłączyłem się, wchodzę do pokoju, i widzę jak Waldek ma kolor białej kartki papieru, leje się z niego pot, trzęsie się nerwowo…

Rysio Rogalski (w Piłce do dziś, foto), mówi mi szeptem: – Powiedz mu, że to kit, bo on zaraz zejdzie.

Powiedziałem. Narodził się na nowo. Szkoda, że dziś tylko w Trybunie, ale za chwilę będzie to rządowa gazeta i może się odbije. Ostatni będą pierwszymi, to reguła od pięciu tysięcy lat.
Dlatego nigdy nie pchajcie się na czoło, bo mogą dać ” w tył zwrot!”.

* * *

Zimowe przygotowania, więc przypomniał mi się Kosa. Jak to Legia trenowała w Holandii, ale on akurat miał urodziny. No to tak je zarządził, że dwa dni zespół nie nadawał się kompletnie do niczego. No i Kosę wywalili.

Przypomniałem mu to parę dni temu (faktycznie, sprawdziłem, urodziny 16 lutego), a on wspomina tak:
– Wchodzi do mojego pokoju trener Jabłoński. Ja leżę. On mówi: Kosa, idziemy na trening. A ja mu na to: No to idźcie!

* * *

Z anegdot jeszcze jedna, której nie wiem czemu Szamo nie dał w książce. Trener niemiecki podchodzi do niego w autokarze i daje kilka piw, choć picie nie jest popierane. Ale mówi: Polak jak nie pije, to nie gra!

I sam nawalony ale szczęśliwy wraca na własne miejsce.

Jest jeszcze anegdota o Wielkiej Stopie, ale to tajemnica do grobowej deski. Mianowicie jak Szamo jedzie do kumpla i widzi w oknie wielka stopę. Zagląda, zdziwiony że stopa na szybie, a tu… jeden facet trzyma jego kolegę na rękach i… dynamicznie posuwa!

No więc Grześ szybko się oddalił.

A gdzie tu tajemnica? Nigdy nie podam danych osobowych. Zwłaszcza że to znana postać.

* * *

Ebi Smolarek dał ogłoszenie, że szuka pracy. No więc ja mam dwie posesje do odśnieżania. Szufle są.

W sam raz to robota dla piłkarza, bo na świeżym powietrzu.