Zacznę z grubej dwurury. Mianowicie o gejach. Jakiś niemiecki piłkarz (kompletnie mi nieznany) objawił światu, iż jest gejem. No, niemieccy piłkarze słyną z ekstrawagancji – jeden z nich, też reprezentant, wszedł pod pociąg, choć miał milionowy kontrakt, żonę i dwójkę małych dzieci. Tam również nie powołuje się do kadry tego fajnego Weidenfellera, bo rzekł o selekcjonerze, że pedał. I powołuje kochanka. No, nic wielkiego, tam minister spraw zagranicznych wziął ślub w różowym garniturku z kumplem – Monthy by się zastrzelił. Ale – wszystko dla ludzi. Ludzie ludziom zgotowali ten los.
Zaskoczyło mnie jednak co innego. Mój ulubiony autor komiksów Grześ Mielcarski napisał w „PS”, że aby zrozumieć los gejów – każdy powinien zostać gejem na jeden dzień w roku.

Jak co poniedziałek… PAWEŁ ZARZECZNY

Ja Tobie, Grzegorzu, w ramach Twych twórczych poszukiwań, oddaję swój dzień. Miałbyś dwa, czas na lepsze, dogłębniejsze poznanie tematu. A jakby inni Czytelnicy oddali i swoje jednodniowe bilety, pewnie starczyłoby na całe życie.

O co mi chodzi? Ł»e geje są i będą i nie ma co się nad nimi rozczulać – ich wolny wybór, tak jak mój pisać mądrze albo głupio. Nie ma za co nagradzać ani potępiać, a zwłaszcza nagradzać, bo my wszyscy, ciekawostka taka, nie urodziliśmy się ze związku dwóch panów. Może to modne, udawać otwartość, tolerować odmienność, ale nie ze mną te numery, Mielcar.

Piszę też dlatego, że zarazem Grzegorz pisze, iż nigdy nie grał z gejem w zespole. Hm, grałeś, prywatnie podam ci nazwiska, miałeś nawet trenera geja (jego szczytowy numer: pijemy, wychodzę – pyta gdzie? A na dziewczyny. Gdzie będziesz chodził? Sam ci laskę zrobię!). No więc jak nie widziałeś gejów, to masz coś z oczami.

W piłce jest ich zatrzęsienie, tak to jest jak chłopcy za długo przebywają ze sobą. No i bach!

To chyba dlatego słusznie obśmiana przez Weszło, Polska the Times, łyknęła wkrętkę i opisała homoseksualną grupę kibiców Legii Warszawa. No, ale jakby nikt nie łykał, wkrętki nie miałyby racji bytu.

Oczywiście geje na trybunach są, ponoć gejem jest jeden na pięciu mężczyzn, i tacy też bywają prezesi i zawodnicy. Kiedyś służyłem w Legii i dwa razy w miesiącu pod budkę przy bramie, gdzie miałem bazę oficera dyżurnego, podjeżdżał taki gruby prokurator. Polonezem, w środku zawsze ładna dupa, w bagażniku flaszki i zakąski. I bezceremonialnie właził do środka, łapał za telefon i dzwonił na kompanię sportową, gdzie leżakowało zazwyczaj ze stu niedobawionych żołnierzy.

– Tu Janek. Z dyżurnym chcę. Jest dziś Tomek? A Franek jest? A Marian to też wyszedł???

Po czym zawiedziony odkładał słuchawkę, i powtarzał:

– To kurwa, wiem. Zadzwonię do Pułku Samochodowego.

I jechał na ulicę Podchorążych.

Nie wiem ilu on spedalił sportowców, zanętą na dziewczynę i imprezę, ale na pewno kilku reprezentantów Polski.

Kiedyś pojechaliśmy z Jackiem Kmiecikiem zrobić z nim wywiad. I wchodzimy do mieszkania, przestronne, eleganckie, wszędzie rzeźby. Zazwyczaj nagich chłopców. I on tak patrzy na mnie, patrzy, i mówi:

– Wiesz, podobasz mi się!

Mało się nie wyrzygałem. Ze śmiechu.

W naszej ekstraklasie grają dziś geje, wiem to często od… ich ojców, zmartwionych, że synowie robią ze swoim życiem (i ich, rodziców) eksperymenty. I usprawiedliwiają to nowymi obyczajami. Tyle że oni chcieliby obyczajów starych. Ł»e nie mieszka się z kolegą. Zwłaszcza że to taki kolega, co do dupy przylega.

Przyjaźń jak najbardziej, miłość nie. To tyle co mam do powiedzenia o mężczyznach.

*

Właściwie wypada skomentować zmiany własnościowe w Legii. Ha, gdyby to była kura znosząca złote jajka, nigdy by ITI tego towaru nie sprzedało. Na co liczą ci nowi? Na pewno na sławę, ta jest zagwarantowana. I na fundusze inwestycyjne – tych na rynku pełno, zwłaszcza by kupować coś poniżej wartości, a tak jest z polskimi klubami, okazja. Plus, że stoi za nimi polski kapitał. Minus, że sami nie mając kasy będą traktowani jak „słupy”, jak Legia w Lidze Europy. Ale każdy kiedyś zaczynał karierę od pucybuta.

*

Bogusław C., właściciel Wisełki, oskarżony o przywłaszczenie niemal setki milionów z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

I pół tamtejszego urzędu skarbowego niespokojnie chodzi po pokojach…

Otóż zaświadczam, że faktycznie rehabilitował! Na przykład mnie z choroby biodra, we wspaniałej przychodni w Myślenicach zbudowanej dla pracowników – inwalidów (dokładnie to wyleczył mnie doktor Zając, lekarz pierwszej drużyny, potem zabrał się za Adama Nawałkę). Oczywiście, jak wszędzie inwalidów było za mało. Na przykład w Grodzisku przezes Groclinu dowoził ich autobusami z sąsiednich województw, podobnie w Mławie szef fundacji olimpijskiej (ostatni nasz medal w grach zespołowych!) Zbig Niemczycki. Państwo nasze, które nas oszukuje na każdym kroku (ostatnio z OFE) obiecało przedsiębiorcom, iż za pomoc niepełnosprawnym otrzymają ulgi podatkowe. I oni w to – idioci! – uwierzyli! I dali pracę ludziom, którzy dziś siedzą w domach i patrzą w sufit szukając haka.

Uwierzyli, zarobili, no a dziś będą za to włóczeni po sądach.

Ale na pociechę dla Bogusia (tak kumpelsko, bo się poznaliśmy), prezydent Bayernu Hoeness też ma sprawę o podatki i wyrok na horyzoncie. Taki już urok tego świata. Zarobiłeś kasę – ktoś już planuje na nią skok. I nieważne, czy to urząd skarbowy, czy kochanka.

Twoja kasa nigdy nie jest twoja. Nigdy.

*

Dziś Ronaldo dostanie chyba nagrodę dla najlepszego na świecie. Otóż mam z nim jedno skojarzenie. Na otwarciu Stadionu Narodowego Polska grała z Portugalią. Wynik nieistotny, więc postanowiłem 90 minut patrzeć na Cristiano. Jak się porusza, jak gra bez piłki, jak zachowuje, przyjmuje piłkę, drybluje, podaje…

No i po paru minutach byłem w szoku. Bo grający po jego stronie Piszczek stał od niego jakieś piętnaście metrów, zawsze. Pomyślałem – mój Boże – przecież ten Portugalczyk w ogóle nie jest obstawiony! I zaraz coś walnie!

A tu, zaskoczenie przeradzające się w podziw. Bo za każdą piłką lecącą do Ronaldo, Łukasz był pierwszy i szybszy. Doganiał go na kilku metrach. Najlepszego piłkarza świata. I dlatego zostawiał dystans, tak sądzę, by nie dać się okłamać pierwszym zwodem.

No, ale to trzeba biegać tak jak Piszczek. Szkoda, że nie poszedł do Realu. Miałby do pilnowania jednego asa mniej.

Aha, a Ronaldo w tamtym meczu nie zrobił nawet sztycha.

*

Coś jeszcze o konkursach. W „PS” Lewandowski piąty, za Fajdkiem, ludzie, fajdnijcie się w puste głowy. Ale ciekawszy był dla mnie konkurs kto jest najbardziej poczytnym dziennikarzem na Twitterze, to podobno ważne. I sześćdziesiąte któreś miejsce zajął kolega. I opinia innego kolegi: – Tylko w Polsce może za autorytet futbolowy uchodzić ktoś, kto nie ma w domu nawet sprawnej stłuczki w kiblu, i trzeba spuszczać wodą z wiadra…

No właśnie, i tacy ludzie analizują finanse Romana Abramowicza. Jakież to żałosne.

*

A propos Lewego – jego menago Kucharski, mój dobry kolega, stracił lokal w Śródmieściu. Fajny klub Sketch, kiedyś poznałem tam Roberta, Anię, na poziomie. I okazuje się, że właściciel, Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, postanowił zmienić branżę. Teraz będzie tam taniec na rurze, go-go.

Kiedyś była tam tylko rurka, czyli będzie grubiej.

Jak zacząłem tak skończę – rurka rządzi światem. Czasem nawet dwururka.

A my starajmy się pozostać w miarę normalni.