Choć ogrodzono ją grubym, betonowym murem klauzuli poufności, sprawa cuchnie na odległość. O okolicznościach przejścia Neymara do Barcelony mogłem napisać w lipcu, mogę zrobić to teraz, ale równie dobrze mógłbym wrócić do tematu za rok, dwa i pięć lat. Śmiem bowiem twierdzić, że już nigdy nie poznamy kulis prawdy najbardziej szemranego transferu w historii futbolu. Na jaw wyjdą wkrótce nazwiska kolejnych zamieszanych, poznamy nowe wątki i cyfry. W międzyczasie Rosella wywiozą na taczkach, Neymar skończy karierę, Barca wyda miliardy euro na nowe gwiazdy, a my i tak będziemy się dalej zastanawiać, kto „przytulił” te 40 baniek.
Mam poważne wątpliwości czy Alexandre Rosell Feliu, znany szerszej publiczności jako Sandro Rosell, w ogóle zostanie oskarżony za „przywłaszczenie 40 milionów euro” i odpowie za pogwałcenie artykułu 252. hiszpańskiego Kodeksu Karnego. Skarga wniesiona przez – opozycyjnego wobec aktualnego prezydenta Blaugrany członka Platformy „GO Barca”, a zarazem socio klubu – Jordiego Casesa, zawiera wiele mocnych punktow. Na tyle mocnych, że dwa tygodnie od jej sformułowania, Prokuratura Generalna zażądała od Barcy najdrobniejszych szczegółów dotyczących transferu Neymara z Santosu w maju tego roku. Sprawozdania finansowe klubu z dwóch ostatnich lat oraz oryginał kontraktu 21-letniego Brazylijczyka – to najważniejsze z dokumentów, które w najbliższych tygodniach/miesiącach przewertuje prowadząca sprawę Audiencia Nacional. Cases, i coraz liczniejsze grono zbulwersowanych rządami Rosella socios, mają nadzieję, że zostaną znalezione dowody na kreatywną księgowość Barcy. A stąd już bardzo krótka droga do skazania Sandro i jego prawej ręki, wiceprezydenta Josepa Marii Bartomeu za finansowe przekręty.

Życie jak w Madrycie. Rosell, oddaj moje 40 mln

Zanim jednak zaczniemy wydawać sądy i żonglować wyrokami, zróbmy krótką powtórkę z historii. Co wiemy NA PEWNO o cyfrach i faktach z transferu Neymara? Oficjalnie Barcelona wydała na Brazylijczyka 57,1 milionów euro. Problem pojawia się, kiedy zaczynamy dopytywać, na co konkretnie te pieniądze zostały przeznaczone. W tej kwestii klub od początku nie pisnął ani słowa, zasłaniając się bez przerwy klauzulą poufności zawartą z 4 brazylijskimi podmiotami, które posiadały (mniejsze i większe) prawa do piłkarza. Ciszę w eterze przerwali dopiero sami zainteresowani, zaskoczeni liczbami podanymi przez Bartomeu podczas prezentacji Neymara na Camp Nou. Okazało się, że z czterech firm kasę dostały tylko trzy – DIS, Teisa i Santos. Pierwsza dysponowała 40% praw do Neymara, druga – niecałymi 5%. Te procenty nie zostały jednak pomnożone przez 57 milionów euro, jak przekonuje Barca, ale… 17,1. Tyle, zdaniem dziennika „Globoesporte”, który opublikował klubowy dokument z taką właśnie cyfrą, miało kosztować Katalończyków wykupienie karty zawodniczej Brazylijczyka. 9,3 miliona dostał Santos, 6,84 – DIS i 855 tysięcy – Teisa. Rodzimy klub Neymara udało się jeszcze udobruchać (przekupić?) 7,9 milionami euro przekazanymi za prawo do trzech (nikomu nieznanych) juniorów Santosu oraz dodatkowymi 9 milionami (do zapłacenia) za dwa sparingi Brazylijczyków z mistrzem Hiszpanii (4,5 miliona za mecz – stawka dwukrotnie wyższa niż ta, którą życzy sobie za spotkanie reprezentacja mistrzów świata…). Ust, ewidentnie wyrolowanym firmom, zamknąć się jednak nie udało: „Gdzie do cholery wyparowało pozostałe 40 milionów?!” – pytano się do tej pory w Brazylii. Dziś, „Bursztynową Komnatę” Rosella zaczęto szukać również w Katalonii.

Cases, piórem swojego prawnika pisze: “Kto, z minimum zdrowego rozsądku, uwierzy, że za mieszkanie warte 300 tysięcy euro, należy wręczyć deweloperowi 700 tysięcy prowizji za pośrednictwo?” Zdaniem zbuntowanego socio Barcy (ale również poważnych mediów z Hiszpanii) 40 milionów euro z transferu Neymara trafiły do rąk jego ojca. A konkretnie czwartego, brakującego do brydża gracza – spółki N&N (Neymar i Neymar), dysponującej prawami wizerunkowymi i marketingowymi piłkarza. Trop jest bardziej niż logiczny, zważywszy, że na początku 2012 roku Barca przekazała ojcu Neymara 10 milionów euro zaliczki na poczet przyszłego transferu syna. Zaliczka była opatrzona specjalną klauzulą, na mocy której ojciec zobowiązywał się nakłonić Neymara Juniora do podpisania umowy z Barcą. Gdyby się z „ojcowskiego” obowiązku nie wywiązał, musiałby zapłacić Barcelonie 40 milionów grzywny i oczywiście zwrócić zaliczkę. Katalończycy w bardzo agresywnej rozgrywce na granicy legalności (wspomniane 10 milionów euro zostało ostatecznie wpisane po stronie wydatków do bilansu za sezon 2011/12) upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu – zaspokoili chciwość ojca Neymara, a przy okazji odstraszyli dwóch pozostałych konkurentów – Man City i Real Madryt. Oba kluby były skłonne wydać na sprowadzenie Brazylijczyka między 100 a 120 milionów euro. Umowa Barcy z papą Neymarem podwyższała jednak kwotę transferu do 140-160 milionów z racji kosztów za zerwanie klauzuli, które naturalnie poniósłby kupujący.

Oskarżenia Casesa pewnie nigdy nie nabrałyby rozpędy gdyby nie jeden, ale jakże ważny detal: podatki. W Hiszpanii od czasu wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku zaczęło się polowanie. Zarówno na grube ryby trzymające swoje majątki w Szwajcarii i na Barbadosie, jaki i na zwykłe szare płotki, którym czasem wypadnie z głowy wpisać do deklaracji podatkowej jakieś skromne dochody płynące z aktywów ulokowanych na funduszu inwestycyjnym. Od hiszpańskiego fiskusa (Hacienda, nie mylić z… hacjendą) po „łapach” dostali tutejsi politycy, dostał też Messi. Kolejnym może być Neymar. Jeżeli zajmujący się sprawą jego transferu – sędzia Pablo Ruz uzna, że 40 milionów euro trafiło – przez ręce ojca – na konto Neymara i nie zostało w żaden sposób zalegalizowane, to Brazylijczyk zamiast Rosella, zostanie oskarżony o „przywłaszczenie” tej ogromnej przecież kasy. Wszystko jedno czy nazwiecie ten proceder: drogą przysługą, prowizją czy ukrytą pensją. Ktoś będzie musiał beknąć, podnieść rękę i się przyznać. Nawet, jeżeli ten 40-milionowy tort podzielono już na kilkanaście kawałków…

Kazik Staszewski śpiewał kiedyś: „Wałęsa, oddaj moje 100 milionów!”, odnosząc się do obietnicy wyborczej przyszłego prezydenta Polski. Lech gwarantował wówczas każdemu obywatelowi RP po 100 milionów starych złotych. Z gwarancji się nie wywiązał się, ale wiadomo jak to jest z tym u polityków. Rosella za przedwyborcze obietnice żaden socio Barcy rozliczać nie będzie. Im chodzi o sprawne zarządzanie, przejrzystość oraz dbanie o wartości i dobre imię klubu (kwestię niepodległości Katalonii i upolitycznienia klubu zostawmy na boku). Niestety Sandro coraz bardziej upodabnia się do typowego prezydenta-bonzo, umorusanego po uszy w błocie machlojek i spraw sądowych. W Hiszpanii w ostatnich 20 latach takich przykładów było mnóstwo: Jesus Gil, Gaspart, Sanz, Calderon, Laporta, Del Nido, itd. Nawet, jeżeli nie każdy działał na szkodę klubu, to za własnymi paznokciami miał tony brudu. Rosell jest prezydentem Barcy od połowy 2010 roku, ale w tym krótkim czasie dokonał rzeczy, które innym zajęłyby wieki. Rozstał się w sporze z Guardiolą (mimo iż publicznie twierdzi, że drzwi dla Pepa w Barcelonie są zawsze szeroko otwarte), pozwał do sądu o zniesławienie swojego było szefa i poniekąd mentora – Joana Laportę, wreszcie odebrał Cruyffowi tytuł honorowego prezydenta klubu (Holender przestał przychodzić z tego powodu na Camp Nou). Sam zaś wpadł w tarapaty w swojej ukochanej Brazylii. Dziennik „Estadão” w prywatnym śledztwie ujawnił, że spółka Uptrend Development LLC zarejestrowana na Rosella miała zarobić w latach 2006-2012 ponad 8 milionów euro z tytułu nielegalnych prowizji za obsługę reklamowo-promocyjną meczów reprezentacji „Canarinhos”. Jeszcze trochę, a Sandro z króla biznesowej samby zostanie w Brazylii persona non grata z wyrokami w „zawiasach”.

Niewielu już zostało w Katalonii naiwniaków, którzy ufaliby Rosellowi i jego świcie. Ludzie nie są głupi, dodawać też potrafią: 57 milionów euro + 17 mln (za trzech piłkarzy i dwa mecze towarzyskie z Santosem) + 10 mln (zaliczka dla Neymara Seniora) = 84 miliony euro bez podatków i kilku innych mniejszych prowizji. Trzeba było w czerwcu wyjść do mediów i podać prawdziwą sumę, a nie bawić się w pogmatwany teatrzyk cyfr, klauzul i prowizji – kłamstw i kłamstewek. Nawet, jeżeli Neymar kosztował więcej niż sto milionów, to i tak Barca zrobiła na Brazylijczyku kapitalny interes. Do niego należy przyszłość, zwróci się z grubymi odsetkami. A Rosell? Jeżeli już upora się z Prokuraturą Generalną w Hiszpanii i sądami w Brazylii, to w 2016 roku zmierzy się w wyborach prezydenckich z socios Barcy. Wątpię, żeby z tego starcia wyszedł zwycięsko. Jeśli w ogóle do niego przystąpi. Na oddanie 40 baniek euro może być już za późno.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24