Skacze najwyższej. Biega najszybciej. Strzela najmocniej. Nawet zarabia w tym zawodzie najlepiej. Pod koszulką ukrywa dowody na najprofesjonalniej prowadzącego się piłkarza świata. Naj, naj, naj… Pan „Naj” jest być może jedynym obok LeBrona James sportowcem globu, którego współczynnik egocentryzmu jest porównywalny do tych od efektywności i pracowitości. Ze statystyk wynika, że od 2009 roku zdobywa w Realu 1,09 bramki na mecz. Nikt jednak nigdy nie porównał Cristiano do Pelego czy Maradony. Dla piłkarskiego cyborga XXI wieku zarezerwowano w ostatnich 4 latach co najwyżej drugie miejsce. Jakbym widział doskonałego przecież Fernando Alonso daleko z tyłu za Sebastianem Vettelem.
Paradoks jesiennego szczytowania (zbiorowego) nad grą Ronaldo polega głównie na tym, że ludzie przestali się podniecać Messim. Leo w mniejszym lub większym stopniu odpadł z rywalizacji w kwietniu tego roku. Przewlekłe kontuzje Argentyńczyka sprawiły, że całą naszą uwagę przykuły statystyki Cristiano. A te – w porównaniu do latach ubiegłych – nie są wcale aż tak przytłaczająco lepsze. Od września do końca grudnia 2012 Ronaldo strzelił 26 goli, teraz ma 4 trafienia więcej. W całym obecnym roku kalendarzowym zdobył 67 bramek (pewnie ten wynik podkręci jeszcze w grudniu), w 2012 – 63, w 2011 – 60. To, że Portugalczyk trafia do siatki z łatwością napastników z lat 30, wiedzą wszyscy. To dzięki temu podbił wybredne do granic przyzwoitości Bernabeu. Nie sprintami, nie „espaldinhą” (odbiciem piłki plecami), nawet nie „taconazos” (efektownymi bramkami zdobywanymi po zagraniach piętą), ale właśnie masowo wbijanymi golami, Cristiano wkradł się w łaski socios. Ci sami socios jeszcze kilkanaście miesięcy, podczas porażki z Barcą w Pucharze Króla (1:2), potrafili Ronaldo wygwizdać. Za co? Za chowanie się za plecami kolegów z drużyny, za nieumiejętność wygrywania w pojedynkę El Clasico, za niewielki wpływ na zespół, za 96 milionów euro, za Messiego? Błąd. To za niestrzelenie tego przeklętego gola… Dziś już nikt nie ośmieli się gwizdnąć. Dziś czas na głośne i stadne błaganie o Złotą Piłkę. Regularność formy Ronaldo przeciągnęła najbardziej wybrednych na stronę Portugalczyka. Wybrali go na lidera.

Życie jak w Madrycie. Cristianizacja

Cristiano przeszedł w Realu bardzo długą i wyboistą drogę. Ewoluował. W wielu aspektach. Weźmy choćby coś tak błahego jak pseudonim: najpierw nazwywano go CR9 („siódemka” była zarezerwowana dla Don Raula), później CR7, ostatnio „El Bicho” (Robak), a teraz – „El Comandante” (Major). Nawet jeżeli ta ostatnia ksywka jest tylko produktem taniej parodii Blattera, to ewidentnie widać, że Ronaldo z każdym rokiem przybywa w Realu galonów. Progresji uległy również pomysły na „cieszynki” po strzelonych golach – od zgiętych palców dłoni imitujących ruchy swojego synka, przez uciszanie ręką Camp Nou, po striptiz mięśni uda, a czasem nawet całego torsu. Po konflikcie z Mourinho i perypetiach z przedłużeniem kontraktu Cristiano postawił na palec wskazujący – najpierw na murawę, a po chwili na siebie samego. „Yo hablo aqui!” (Ja mówię tu) – na boisku, z piłką przy nodze, z dala od szyderców, populistów i pseudoekspertów.

Jakkolwiek Ronaldo broniłby się przed popełnianiem gaf z przeszłości, nie da się ukryć, że popracował ostatnio nad prawnością polityczną i retoryką komunikacji poza boiskiem. Jeszcze dwa lata temu w Zagrzebiu po meczu z Dinamo, w którym chorwaccy kibice przez 90 minut zupełnie „nieświadomie” mylili Cristiano z Messim, Portugalczyk zdobył się na taką oto perełkę: „Por ser rico, por ser guapo y por ser un buen jugador, la gente me tiene envidia”… „Ludzie zazdroszczą mi, bo jestem Bogaty, Piękny i Dobrze gram w piłkę”. To zresztą największy strzał w stopę, jaki zgotował sobie Ronaldo, od czasu transferu do Hiszpanii. Już wcześniej był tu postrzegany, jako: „buc”, „bubek”, „bufon” „arogant” (wszystkie te obelgi w języku hiszpańskim obejmuje słowo „chulo”), co po pierwsze – głęboko zapadało w pamięci głosującym na Złotą Piłkę, po drugie – skrzętnie wykorzystywały hiszpańskie media w każdym porównaniu z „grzecznym” i „ułożonym” Messim. Kilka dniu temu te same media uroniły łzy nie nad „bucem” Cristiano, ale nad dawcą szpiku kostnego dla dzieci z białaczką.

Kiedyś, kiedy nie szło, albo ktoś naruszył ego (czytaj godność osobistą) Ronaldo, ten najczęściej wybuchał. Strugał fochy, wyciągał środkowy palec, wyzywał kibiców od „głupków”. Powiecie pewnie: takie już prawo szczeniackich lat, ale zapewniam Was, że nie wszystkim utalentowanym piłkarzom wraz z wiekiem przybywa litrów oleju w głowie. Ronaldo nie mógł mieć zawsze przy sobie anioła stróża – czy to Alexa Fergusona, czy też menedżera Jorge Mendesa. Frustrację pogłębiały kolejne „złote” policzki od Messiego i brak wsparcia od Realu. W bezustannym plebiscycie na bycie numerem 1 głos „za” Ronaldo głośno i publicznie oddawał w ostatnich 3 latach wyłącznie Mourinho. I kilku ważnych piłkarzy przez Mou wytarganych za uszy. Cristiano w pewnym momencie miał dosyć kolejnych przygnębiających wizyt w Szwajcarii w otoczeniu klubowych marionetek: Pardezy i Butragueño. Patrzył na triumfującego Leo w otoczeniu Guardioli, Laporty (później Rosella) z resztą katalońskiej świty i ogarniała go bezsilność, ogarniał go… SMUTEK. No właśnie, to jedno infantylne słowo, wypowiedziane przez piłkarza na początku ubiegłego sezonu, zmieniło bieg historii Cristiano w Realu. Wydawało się, że owy stan smutku ostatecznie pogrąży Cristiano w mediach (jak ktoś może w ogóle wpaść w dołek, kiedy pobiera z klubu 12 milionów euro rocznie?), a być może nawet wyprosi z Madrytu. Wyszła jednak z tego całkiem cwana zagrywka, zwycięski pojedynek na rękę z klubem, socios i całym „madridismo”. Majstersztyk. Warty dużo więcej niż wieloletnie umowy z Banco Espirito Santo, Castrolem czy innym szamponem Clear.

Wyrażając publicznie swoją zgryzotę, Cristiano postawił wszystko na jedną kartę: najwyższe zarobki na świecie, bezwarunkowe oddanie klubu i kibiców, jednym słowem – marka Cristiano, jako najcenniejszy majątek Realu. Warto pamiętać, że zanim Ronaldo wypowiedział sakramenckie „estoy triste” wybrał się do biura Florentino Pereza i rzucił mu na stół dwie oferty z Rosji i jedną z Francji. Każda gwarantująca Portugalczykowi zarobki grubo powyżej 20 milionów euro rocznie. Prezydent Realu grzecznie przypomniał o miliardowej klauzuli odstępnego, a na odchodne rzucił: „Chcesz odejść? W porządku, ale pod jednym warunkiem – przyprowadź mi w zamian Messiego”. Gra toczyła się o wysoką stawkę. O przebicie pensji Leo i ostateczną beatyfikację Cristiano wśród socios.

Minęło 12 miesięcy. Po smutku Ronaldo ani śladu. Jest za to nowy kontrakt i 18 milionów netto rocznie w kieszeni. Media przestały zajmować się narcyzmem i dwumetrowym zdjęciem Cristiano wiszącym nad jego łóżkiem. Nikt już nie pamięta 16 milionów euro, które Portugalczyk rzekomo miał zapłacić amerykańskiej matce swojego syna za: wynajem, „rodzicielską usługę” i milczenie. W Hiszpanii zapanowała moda na Cristiano pracusia, przykładnego ojca i chłopaka Iriny Shayk. W prasie wychodzą na jaw anegdoty z kriokomorą, 1,5–godzinnymi sesjami, którymi co wieczór, w zaciszu domowym, piłkarz katuje swoje mięśnie brzucha i grzbietu. W telewizji furorę robi 4-letni Cristiano Junior trzymający ojca za rękę w mix-zonie po meczu ze Szwecją, krzycząc jednocześnie: „Tatuś nigdy się nie myli”. Ewidentnie zmienił się przekaz i szum informacyjny wokół Ronaldo. Mniej dowodów na arogancję, więcej powodów do podziwu.

Rywalizacja Ronaldo z Messim nigdy nie przypominała choćby tej Federera z Nadalem. Portugalczyk nie mógł liczyć na swój przyczółek niczym Hiszpan na kortach Roland Garros. W jakichkolwiek plebiscytach zawsze skazany był na porażkę. Oto, bowiem na katalońskiej ziemi objawiło się argentyńskie zjawisko. I wpędziło Ronaldo w obsesyjny kompleks. Sęk w tym, że Portugalczyk się nie załamał. Ba, stał się jeszcze bardziej niezawodny, jeszcze bardziej nieśmiertelny. Dziś jest – tu i teraz – numerem 1. W przeszłości nie ma sensu grzebać – przyszłość jest do wygrania. Patrząc w suche liczby (226 goli, piąte miejsce na liście najlepszych strzelców) – od zostania legendą Realu dzielą Ronaldo jakieś dwa lata. Wdychając na co dzień madrycki klimat futbolowy, czuć że Portugalczyk tą legendą już został. Zapracował na to cholernie ciężką pracą, w skrajnie surowych warunkach – przez pierwsze trzy lata Cristiano w Realu, na wszystkich stadionach La Liga poza Bernabeu witano go i żegnano gromkim: „Ese Portugues, hijo puta es”. Aż dziw bierze, że ten portugalski skurwys… podbił Madryt i Hiszpanię.

Dziś wieczorem podczas meczu z Galatasaray 45 tysięcy fanów Realu założy na twarz maski z podobizną swojego „Wybrańca”. Nawet jeżeli Cristiano w jedynym finale, w jakim zagrał w tym roku dostał czerwoną kartkę, nawet jeżeli jedynym trofeum, jakie zdobył, było Trofeum Bernabeu, dla „madridistas” jest najlepszym piłkarzem świata. I to jest prawdziwe zwycięstwo Cristiano. Nie żadna lewa Złota Piłka po przedłużeniu lewego głosowania i salonowych wygibasach Blattera. Nie jakiś tam chwilowy poklask wywołany absencją Messiego. Zostać pomnikiem Los Blancos, jak Di Stefano czy Raul – to jest wyzwanie.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii

Twitter: @rafa_lebiedz24