Kiedy grasz z ostatnią, w dodatku najbiedniejszą, drużyną w lidze i wbijasz jej kilka goli, wypada zauważyć, że budżet rywala jest 65 razy mniejszy niż twój. Kiedy jednak pozwalasz temu samemu zespołowi oddać w meczu aż 23 strzały, snując się przez 45 minut po boisku, zaczynasz nerwowo się zastanawiać: Do diabla z tym! Im więcej kasy wydajemy na transfery i pensje, tym paskudniej to wygląda. „Menos millones, mas cojones!” – krzyczeli socios Realu po porażce 1:4 z Borussią Dortmund. Minęło pół roku, ale proporcje się nie zmieniły – im więcej milionów tym mniej jaj.
10 lat. Dekada. Tyle czasu trwa model finansowy, zaproponowany i wdrażany przez Florentino Pereza w Realu Madryt. Ponad miliard euro wydane na zakupy, drugie tyle na pensje. Inwestycja, która przyniosła Los Blancos 10 tytułów – 1 Ligę Mistrzów jedenaście lat temu i 3 krajowe trofea od 2009 roku. Jeżeli Real nie wygra nic w tym sezonie, to rachunek matematyczny będzie okrągły jak nigdy – 100 baniek za tytuł. Faktura godna najbogatszego klubu świata. Klubu, który jest dziś jak Ferrari w F1 – najwięcej wydają, niewiele wygrywają. A historią i prestiżem socios nie nakarmisz. Nie wytapetujesz kibicowi mieszkania okładkami Forbesa. Nawet jeżeli wynika z nich, że twój klub jest warty 2,5 miliarda euro.

Życie jak w Madrycie. Bezcenne cojones

Pod koniec września tego roku Walne Zgromadzenie socios Realu oklaskami nagrodziło przemówienie prezydenta. Tylko 9 z 1073 członków zawetowało rozliczenie finansowe za poprzedni sezon, jedynie 16 nie zaakceptowało budżetu na obecne rozgrywki. Florentino dumnie ogłosił, że dochody Realu drugi rok z rzędu przekroczą magiczną barierę 500 milionów euro (a dokladnie 520 milionów). – To już kolejny, dziewiąty rok, kiedy mamy najwyższy budżet w przemyśle sportowym na całym świecie. Nie ma żadnego innego klubu – ani w piłce nożnej, ani innej dyscyplinie, który otarłby się o nasze cyfry – oblizywał się wręcz Perez. Zmiękł dopiero, kiedy padło pytanie o trofea: – Zawsze ktoś lub coś staje nam na przeszkodzie. A to w sekcji koszykarskiej przegrywamy tytuł dwoma punktami, a to w piłce jednym golem…

CV Pereza? 65-letni magnat budowlany, szef grupy ASC i wreszcie eminencja w hiszpańskim światku biznesu. Z Realu w 10 lat stworzył najbogatsze sportowe przedsiębiorstwo świata. Kolosa na stalowych nogach o majątku netto równym 312 milionów euro, własnym stadionie (działkach pod nim i dookoła niego również), oraz prywatnej bazie treningowej w Valdebebas. W markę Real Madryt rocznie pompują dziś miliony euro: Adidas – 50, Emirates – 25 i Audi – 10 (o 160 milionach płynących z kontraktu telewizyjnego też warto wspomnieć). Do tej trójki z kolejnymi 50 milionami euro za sezon być może wkrótce dołączy Microsoft. Wystarczy dobić targu z Gatesem w sprawie sponsoringu nowego Bernabeu. Chciałoby się powiedzieć – złota studnia bez dna na hiszpańskiej suszy gospodarczej. A może jednak cukierek, którego Florentino opakował w bardzo grube pozłotko. 20-letni staż jako socio Realu i 75 milionów euro gwarancji majątkowych – takie są dziś warunki do spełnienia, aby móc stanąć do walki z Perezem o prezydencki fotel.

Na tym dobrych wiadomości finansowych napływających z „Casa Blanca” nie koniec. Z raportów wynika, że Perezowi po katastrofalnych rządach swojego poprzednika Ramona Calderona, udało się podreperować tak zwany Fundusz Rezerw. Na czarną godzinę odłożonych jest dziś aż 270 milionów euro. Obrazu sielanki dopełniają dane dotyczące zadłużenia netto Realu wobec banków i innych wierzycieli. W ciągu drugiej kadencji Florentino dług (długoterminowy, ze spłatą powyżej 12 miesięcy) został zredukowany z 327 do 90 milionów euro, choć przecież do lata tego roku na transfery wydano 431 milionów. Dla porównania dług netto Barcy wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie 331 milionów.

Ubiegły sezon Real zamknął z „cash flow” na pułapie 156 milionów euro, co przy dodatkowych wpływach ze sprzedaży swoich aktywów – ziemi, piłkarzy (w ostatnim okienku transferowym Real zarobił na transferach Ozila, Higuaina, Callejona, Albiola i pośrednio Negredo – 112 milionów) – pozwala Realowi co roku robić zakupy na bogato. Gdyby Perez się uparł, co sezon sprowadzałby piłkarzy pokroju Bale’a. Nie zrobi tego jednak przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – kilka ślepaków ze swojego drogiego rewolweru już wystrzelił (Kaka, Coentrao, Sahin, Woodgate, Samuel), po drugie – siła nabywcza portfela socio Realu jest odwrotnie proporcjonalna do wyników finansowych klubu. Zubożały kibic winę za brak spektakularnych sukcesów, w przypływie gniewu, zawsze przypisze rozpuście Pereza i rozpieszczeniu piłkarzy (wciąż mam przed oczami „dobrze poinformowanego” kibica Los Blancos, który przez praktycznie całą drugą połowę rewanżowego meczu półfinałowego z Borussią Dortmund wrzeszczał, że Lewandowski zarabia mniej niż Callejon). Naturalnie później ten sam kibic, ogarnięty gorączką letniego mercato stwierdzi, że najbardziej utytułowany klub w historii futbolu z zasady powinien wydawać tez najwięcej na rynku.

Florentino nie może spać spokojnie. Mimo iż swój stołek obwarował tytanowymi klauzulami, to opozycja nie poprzestanie, dopóki nie dostanie głowy prezydenta. Regularne polowanie na czarownice urządza przede wszystkim grupa wydawnicza Prisa (wydawca dziennników „El Pais” i „As”). Po tym jak „pozbyli się” Mou, ich wrogiem numer 1 został Florentino. Diego Torres, znienawidzony przez piłkarzy Realu dziennikarz, na łamach „El Pais” w co drugim artykule snuje teorie z krypty, jakoby skład Realu dyktował Ancelottiemu prezydent. Uwziął się na Florentino, jak ten pewien polski dziennikarz na Zbigniewie Bońku. W „As” zaraz po Walnym Zgromadzeniu ukazała się kolekcja 4 wywiadów, w którym rozmówcy – najpierw przepowiadają trzęsienie ziemi, a później finansowy Armagedon w Realu. Do debaty Florentino oczywiście nie zaprosili. Nie mógł odpowiedzieć na zarzuty.

Ł»ebyśmy się dobrze zrozumieli – krytyka jest potrzebna, dziennikarstwo śledcze nawet bardzo, ale z doświadczenia wiem, że prasowe kampanie „za” lub „przeciw” w entym odcinku z konstruktywną krytyką mają niewiele wspólnego. Co do powiedzenia mają przeciwnicy agresywnej polityki Florentino? Carlos Mendoza, przewodniczący stowarzyszenia “Asociación por los Valores del Madridismo” w rozmowie z â€œAs” wypomniał Perezowi, że rozwinął w Realu korporacyjną biurokrację – 31 kierowniczych stanowisk, każde ze średnią rocznych zarobków na poziomie 270 tysiecy euro (w sumie 8,37 miliona). Zwrócił również uwagą na dwie linie kredytowe, które Real ma w tej chwili otwarte z bankami: – Te kredyty są „pignorowane”, czyli zastawione czasowym, trzy-czteroletnim oddaniem udziałów w dochodach klubu: kontraktach sponsorskich, składkach członkowskich socios, etc. Co to znaczy? To tak jakbyś poszedł do lombardu i w zamian za gotówkę, zostawił jakąś gwarancję, jakieś dobro. Jeżeli nie oddasz tego, co pożyczyłeś na czas, to lombard, w tym wypadku bank, zatrzymuje gwarancję dla siebie – dochody, które klub ma zapewnione rok w rok. W normalnych warunkach banki nie prosiłby Real o dodatkowe zabezpieczenia, ale czasy i okoliczności się zmieniły. Kryzys gospodarczy, brak sukcesów sportowych, coraz niższy wzrost wpływów Realu”.

Wrogowie Pereza strzelają do niego z dwóch rodzajów nabojów. Z jednej strony atakują argumentami, które ściskają mocno za gardło tych biedniejszych socio – 120 milionów wydanych na Kakę (transfer plus 4-letnia pensja, wychodzi jakiś milion za mecz…), kolejne 400 milionów na przekształcenie podstarzałego Bernabeu w architektoniczne cacko. Cios w samo serce dla pół miliona bezrobotnych z madryckiej prowincji. Z drugiej strony porównują Florentino do dużego dziecka, które bawi się Realem niczym zabawką w piaskownicy. Skrupulatnie podliczają, że całkowity dług klubu (pasywa krótko i długoterminowe) wynosi nie 90 a 541 milionów euro, a wzrost wpływów z 12% zmalał do 1% (z 400 milionów w sezonie 2008/09 do 512 w sezonie 2011/12). Wreszcie straszą socios, że wysoki dług, kolejne horrendalne transfery i przebudowa stadionu doprowadzą do agonii finansowej Realu, a co za tym idzie przekształcenia klubu w SAD – Sportową Spółkę Akcyjną. – Nawet jeżeli akcje klubu trafiłby w ręce socios, to i tak Florentino byłby zmuszony na dokapitalizowanie, najprawdopodobniej z jakiegoś katarskiego funduszu. Budżet Realu w najbliższych latach przestanie znacząco rosnąć. Osiągnął już swój najwyższy pułap, więc wkrótce potrzebny będzie zastrzyk pieniędzy. Na pomoc z miejskiej kasy nie ma co liczyć. Komisja Europejska od dwóch lat prowadzi śledztwo w sprawie ukrytych ulg podatkowych i publicznych dofinansowań dla Realu, Barcy, Athletic i Osasuny – na łamach „As” ekonomista Gay de Liebana.

Dla Gaya de Liebany Real Madryt jest dziś „przereklamowany klubem, z brutalnymi inwestycjami i bardzo biednymi rezultatami z praktycznego i sportowego punktu widzenia”. W dodatku twierdzi, że „światowe rynki już wkrótce zapukają do drzwi Realu i poproszą o tytuły”. Tak samo jak zrobiły kilkanaście lat temu z Manchesterem United i niedawno z Barceloną. Do utrzymania pierwszego miejsca na azjatyckim i amerykańskim rynku, gdzie konkurencji przybywa zamiast ubywa, potrzebne są spektakularne zwycięstwa.

Czego więc brakuje do prawdziwego sukcesu? Jaka jest recepta? Real wydaje rocznie na pierwszą drużynę 11 razy więcej niż Borussia Dortmund (267 milionów euro w stosunku do 25), ale dziś gra od niej przynajmniej o klasę gorzej. Z drugiej strony Los Blancos nigdy nie staną się drugim BVB, nie po to jest się najbogatszym klubem świecie, żeby wychowywać, promować i sprzedawać. Nie te filozofia, nie ta historia, nie ta logika biznesowa. A może więc motywacja piłkarzy w stylu Mourinho, albo dyrektor sportowy z prawdziwego zdarzenia i transfer Lewandowskiego bądź Suareza? A może po prostu ciut więcej szczęścia? Tak żeby, po rzutach karnych i jednym niestrzelonym golu, znowu nie paść na mordę przez bramami finału Ligi Mistrzów. Fart przecież nie kosztuje złamanego centa. Tylko „los cojones” są bezcenne.

PS. Tym razem bez żalów i pouczeń, a więcej konkretów. W ubiegłym tygodniu jeden z nowych właścicieli czwartoligowego UD San Sebastian de los Reyes (80-tysięczne miasto wchodzące w skład aglomeracji madryckiej, niecałe 20 kilometrów na północ od stolicy) poprosił mnie o udział w projekcie promowania nowego wizerunku klubu w lokalnych mediach i portalach społecznościowych oraz rozwoju – całkiem prężnie działającej – Akademii Piłkarskiej Sanse. Mam już za sobą pierwsze zebranie zarządu i wyglądą na to, że ten niepozorny klubik w krótkim czasie zdołał skupić wokół siebie kilku ciekawych przedsiębiorców z Madrytu i okolic. Futbol jest dla nich doskonałym pretekstem do negocjacji stricte biznesowych. A poziom sportowy? Otóż gramy w grupie 7. Tercera Division, z drużynami pokroju rezerw Rayo Vallecano i trzeciej drużyny Atletico Madryt. Po dwunastu kolejkach zajmujemy czwarte miejsce – premiowane udziałem w barażach o awans do trzeciej ligi (Segunda B). W niedzielne popołudnie mierzymy się z outsiderem rozgrywek Los Yebenes. Bez głupich skojarzeń proszę, choć to właśnie z tej mieściny pochodzi najsłynniejsza radna Hiszpanii – Olvido Hormigos. 45-letnia nauczycielka angielskiego latem 2012 nagrała dwuminutowy filmik porno, podczas którego się masturbuje, po czym wysłała go do 27-letniego kochanka, piłkarza miejscowego Los Yebenos. Nagranie oczywiście przedostało się do sieci i wybuchł największy skandal obyczajowy tego kraju w XXI wieku. Dziś Olvido, matka dwojga dzieci i żona stolarza, jest gwiazdą hiszpańskich reality show i plotkarskich programów/czasopism.

Może kiedyś opiszę Wam jak funkcjonuje futbol prowincjonalny w Hiszpanii, jak działa czwartoligowy klub. Mogą być z tego niezłe… jaja.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii
Twitter: @rafa_lebiedz24