Grywał z najlepszymi piłkarzami świata. Jednym tchem wymienia Jaszyna, Moore’a, Charlton’a, Pele, Eusebio, Cruyffa, Beckenbauera, braci van de Kerkhof, Błohina, Panenke, Bońka i Lubańskiego. Swoją „11” kumpli Jan Tomaszewski wybrał jednak spośród zawodników, z którymi występował na polskich boiskach w barwach Śląska, ŁKS-u i Legii.
W bramce wspaniały Władysław Grotyński. Swego czasu trenował jako dyskobol i fantastycznie wyrzucał piłkę ręką. Chyba jako pierwszy w Polsce potrafił w ten sposób zagrać na połowę rywala. Gdyby Władek miał mniej rozrywkowy charakter to jestem pewien, że były jednym z czołowych bramkarzy świata.
Linię defensywną otworzy na prawej stronie Władysław Stachurski. Na pierwszy rzut oka typowy prawy obrońca, ale dysponujący nieprawdopodobnym uderzeniem. Często zdobywał bramki z rzutów wolnych czym zasłynął w swojej epoce jako pierwszy. Na środku obrony ustawiłbym Marka Dziubę i Mirosława Bulzackiego. Dziubę zapamiętałem przede wszystkim dlatego, że wprowadzałem go jako młodzieżowca w ŁKS-ie. Mimo młodego wieku był bardzo ułożonym i zdyscyplinowanym zawodnikiem, dlatego byłem jednym z orędowników dania mu szansy w Łodzi. Mam z tego sporą satysfakcję, bo później życie potoczyło się tak, że wyprowadził mnie jako kapitan reprezentacji Polski w meczu z NRD w Chorzowie. Bulzackiemu rekomendacji wystawiać chyba nie trzeba – wystarczy powiedzieć, że miał swój wielki udział w zwycięskim remisie na Wembley. Na lewej obronie Ryszard Polak z ŁKS-u. Stawiam go jako przykład, ponieważ nie był może jakimś wielkim piłkarzem, ale miał nieprawdopodobną ambicję. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Mimo wielu braków ciężką pracą dążył do celu i dzięki temu udało mu się nawet zadebiutować w kadrze.
Na pozycji defensywnego pomocnika ustawiam mojego serdecznego przyjaciela, Lesława Ćmikiewicza. Obaj rozpoczynaliśmy karierę we Wrocławiu – on w Lotniku, ja w Gwardii. Później tak się nasze losy potoczyły, że poprzez Legię Warszawa wylądowaliśmy w reprezentacji Polski. On i Zygmunt Maszczyk byli pierwszymi, którzy zostali docenieni jako defensywni pomocnicy. Wcześniej liczyli się tylko ci, którzy strzelali bramki. Dopiero po MŚ w Monachium zostali wyróżnieni za czarną robotę, którą wykonywali w środku pola.
W roli ofensywnego pomocnika bez wątpienia muszę postawić na Lucjana Brychczego. „Kici”, bo tak go nazywaliśmy, mając 60-70 lat nadal potrafił zakręcić na boisku niejednym młokosem. Co tu dużo mówić – biały Brazylijczyk. Chyba pierwszy, o którym można powiedzieć, że nogą potrafił wiązać krawaty. Obok niego oczywiście Kazimierz Deyna. Największy piłkarz, z jakim miałem przyjemność, a właściwie nieprzyjemność grania na polskich boiskach i w reprezentacji kraju. Nieprzyjemność polegała na tym, że choć złym bramkarzem nie byłem – tak mi się przynajmniej wydaje – ale był taki jeden zawodnik, który ośmieszał mnie w każdej sytuacji. Kaziu Deyna – na 10 uderzeń strzelał mi 11 bramek, bo zawsze bezczelnie jedną siatę puszczał mi między nogami. Fenomen na murawie, prawa ręka trenera Górskiego, a przy tym naprawdę bardzo prosty człowiek. Nawet z wysławianiem się miał problem, ale gdyby przetransponować jego inteligencję boiskową na intelektualną, to miałby tytuły honoris causa wszystkich uniwersytetów w Polsce. Wiedział kiedy stosować arytmię gry. Nie wiem skąd to wiedział, ale wiedział. Niczym bramkarz miał przed oczami całe boisko. Widział absolutnie wszystko.
W ataku pewnie wszystkich trochę zaskoczę. Po prawej stronie Janusz Sybis – mikry chłopak (zaledwie 164 cm), którego wprowadzałem do zespołu Śląska Wrocław. Niestety w reprezentacji preferowano wtedy angielski model napastników i powoływano raczej zawodników wysokich. Janusz był więc mocno niedoceniany, ale dla mnie pozostał jednym z najlepszych skrzydłowych z jakim przyszło mi grać w jednym zespole. Porównałbym go do świetnego Duńczyka Allana Simonsena, który otrzymał nawet Złotą Piłkę. Na środku postawię na nieco zapomnianą ikonę ŁKS-u – Jerzego Sadka, który jako pierwszy strzelił gola Anglikom – w zremisowanym 1:1 spotkaniu w Liverpoolu. Ceniłem go wyżej niż np. grającego wtedy w Legii Jana Pieszko. Lewą stronę ataku obsadzę Robertem Gadochą. Mimo tych wszystkich nieporozumień związanych z finansami na Mistrzostwach Świata uważam, że Robert był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych świata. Ceniłem go za to, że nawet jak mu coś nie wychodziło, to pracował nad sobą do upadłego. Często zostawał ze mną po treningach i ćwiczył do znudzenia rzuty rożne, wolne i karne. Owoce przyszły na mundialu w 1974, gdzie wprawdzie gola żadnego nie strzelił, aż 7 bramek padło właśnie po jego dośrodkowaniach.
Trenerem tej mojej „11” musi być oczywiście pan Kazimierz Górski. Mam nadzieję, że żadnych uczuć religijnych nie obrażę nazywając go papieżem polskiej piłki.
Fot. FotoPyk








