O dyscyplinie Smudy i progresie Wisły, szczęśliwym wyjeździe na testy, zamkniętym tuż przed nosem oknie transferowym, wolnych Ronaldinho i treningach z Ancelottim – Michał Miśkiewicz, bramkarz Wisły Kraków, w rozmowie z Weszło. Zapraszamy.
Masz na koncie 14 meczów w Ekstraklasie – w wieku 24 lat. Nie uważasz, że regularna gra przyszła u ciebie odrobinę za późno, że zmarnowałeś trochę czasu? Ta twoja przygoda z włoską piłką ładnie wygląda w CV, ale jako bramkarz wiele tam nie osiągnąłeś.
– Miałem 18 lat, mogłem pójść do Milanu, tylko głupiec odrzuciłby taką propozycję. Z perspektywy czasu uważam to za szkołę życia, dobre przygotowanie do tego, co jest teraz. Wiadomo, że mam trochę rozegranych meczów w Primaverze, wielką piłkę to ja tam najwyżej oglądałem, ale nie żałuję, bo gdybym wtedy nie wyjechał, to dziś może nawet nie byłbym piłkarzem. Kmita Zabierzów, w którym grałem, upadła chwilę po moim wyjeździe. Kto wie, co by ze mną było, także dziękuję losowi za to, co się stało. Ok, mam 24 lata, więc talentem już nie jestem, bo umówmy się, że talentem to się jest w wieku 16-17 lat. Ja jestem po prostu jeszcze w miarę młodym zawodnikiem i mam o tyle szczęście, że w przypadku bramkarza ta granica wieku trochę się przesuwa.
Byłeś tym talentem, kiedy sam miałeś 17-18 lat i zostałeś wysłany do Włoch?
– Jakimś mega talentem raczej nie. Miałem dużo szczęścia. Przy odrobinie wysiłku oczywiście, bo nie podpisałem tam kontraktu z miejsca, tylko zaproszono mnie na dwutygodniowe testy, podczas których ostro zasuwałem, żeby wykorzystać szansę. Powiedziałem sobie, że choćbym miał mdleć na treningach, to dam z siebie, ile mogę.
Stwierdziłeś kiedyś, że po każdym straconym golu masz sobie coś do zarzucenia.
– Są sytuacje łatwiejsze i trudniejsze, ale wychodzę z założenia, że bramkarz zawsze ma z czego wyciągać wnioski. Nawet strzał nie do wyciągnięcia wymaga analizy. Podejście do tematu w taki sposób, że za każdym razem można zrobić więcej, nie uważam za nic złego.
Gdyby więc przeanalizować wszystkie puszczone przez ciebie gole w tym sezonie – nie było ich za wiele: Golański, Sobolewski, Balaj – w ilu Miśkiewicz maczał palce?
– Największa wpadka to ten w końcówce z Jagiellonią, żadnych wątpliwości. Przy bramce Golańskiego też można było zrobić więcej. Wiadomo, że gdybym najpierw nie obronił strzału, nie byłoby dobitki, ale należało się do niej zebrać szybciej, mimo że uderzył fajnie, mocno, czysto. Trzeci – Sobolewskiego na tle pozostałych wypada dla mnie najkorzystniej, choć tam też brakło komunikacji, można było zawołać obrońców, lepiej zareagować.
Surowo zaczynasz, mimo że po ostatnich meczach płynie pod twoim adresem dużo więcej pochwał niż słów krytyki. Prawie bezbłędny mecz z Lechem, bardzo dobry z Pogonią.
– Czuję progres. Dobrze pracuje mi się z nowym trenerem bramkarzy, widzę, że przy nim się rozwijam. Poza tym, ustaliliśmy – ciągle mam bardzo mało spotkań w Ekstraklasie, więc każde kolejne to jakieś doświadczenie i jeszcze jeden kroczek naprzód.
Głowacki z Jovanoviciem trochę pomagają ci oswoić się z tą ligą.
– Chłopaki super się spisują. Marko został przesunięty na środek przez trenera Smudę i radzi sobie bez zarzutu. A Arek, to już nawet nie ma o czym mówić, rewelacja. Profesor. Trzeba dodać, że praktycznie od początku sezonu gramy tą samą obroną, tworzy się monolit. Na treningach cały czas ta sama czwórka i coraz bardziej się to zazębia.
Chyba łatwiej wejść w mecz ze świadomością, że masz przed sobą ludzi, którzy nie nawalają w każdym meczu i ciągle trzeba naprawiać ich błędy.
– Wiadomo, że jest łatwiej, kiedy widzisz przed sobą ciągle te same osoby i wiesz czego się po nich spodziewać. Nie mamy ostatnio takich sytuacji, że pojawia się ktoś nowy i potrzebuje paru meczów, żeby się wkomponować. Tak naprawdę nawet dobrą komunikacją między bramkarzem a obrońcami można uniknąć wielu groźnych sytuacji.
Andrzej Iwan powiedział ostatnio w „Fakcie”, że jeśli dalej będzie to tak wyglądało, to on będzie musiał odszczekać niektóre opinie, które wypowiedział na temat Wisły.
– Zrobimy wszystko, żeby musiał. Chociaż szacunek dla pana Andrzeja, że nie idzie w zaparte, tylko bierze pod uwagę, że mógł się pomylić. Nie każdego na to stać.
Zgodzisz się z opinią, że Smuda poukładał was taktycznie?
– Skoro to wszystko dzieje się właśnie teraz, to musi być w tym jego zasługa.
A co właściwie kryje się pod hasłem, że wreszcie wprowadził do waszej szatni dyscyplinę? Często o tym mówicie, więc zapytam: czym to konkretnie się objawia?
– Dyscyplina u trenera Franciszka nie jest dyscypliną na siłę. Panuje zdrowa atmosfera. My znamy swoje miejsce w szeregu, trener wie, kiedy krzyknąć, kiedy kogoś sprowadzić na ziemię, a kiedy odpuścić. Takie rzeczy. Bo kiedy szatnia zaczyna robić, co jej się podoba, wtedy wszyscy się w tym gubią. Dlatego między „było” a jest” widzę wielką różnicę.
Było aż tak słabo?
– Wiele rzeczy zmienia się na lepsze. Cały klub zaczyna stawać na nogi.
Konkretnie, co masz na myśli?
– Kwestie sportowe: 6 meczów, 10 punktów, to już jest przyzwoity wynik, dobre wejście w sezon. A poza tym widać progres organizacyjno – finansowy. Dobrze wiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu, wszyscy idziemy w jednym kierunku i nikt z niego nie zbacza.
Smuda ma teraz łatwiej niż pół roku temu miał Kulawik?
– (dłuższe zastanowienie) Sam trener podkreśla, że ma duże wsparcie prezesa, to już wiele znaczy. Trener Kulawik nie miał łatwo, wszyscy wiedzą jak to wyglądało…
Ty, mimo wszystko, trochę mu zawdzięczasz.
– Za trenera Probierza zagrałem tylko jeden mecz w Pucharze Polski. U Kulawika zaliczyłem najpierw „cudowny” debiut w lidze, w którym puściłem tylko cztery bramki, no i później na wiosnę kolejne mecze, kiedy Pareiko złapał kontuzję. Jestem wdzięczny trenerowi, bo dzięki tym meczom ludzie w klubie zobaczyli, że można na mnie stawiać.
Akurat do debiutu w lidze miałeś wyjątkowego pecha. Wchodzisz do bramki po raz pierwszy, jesteście zupełnie bezradni jako cały zespół, puszczasz cztery gole i nawet nie masz jak się odkuć, bo to przecież ostatni mecz w rundzie.
– W kiepskim momencie się to wydarzyło. Dla bramkarza to niełatwa sprawa, ale w sumie pomyślałem sobie, że gorzej chyba być nie może, więc jedziemy dalej… Trudno, tak się potoczyło. I na szczęście, odpukać, na razie taki mecz mi się nie powtórzył.
Co do szczęścia, kilka razy miałeś go już całą furę, przyznasz. Poczynając od wyjazdu z Polski i towarzyszących temu okoliczności…
– Było tak – pewnego razu na trening Kmity przyjechał Gianluca di Carlo (włoski menedżer działający w Polsce – od red.). Pooglądał mnie chwilę, popytał czy gram w pierwszym składzie i tak dalej, po czym mówi: „aa, to ja zabiorę chłopaka na testy do Włoch…”.
18-latka z Zabierzowa.
– Może się go gdzieś wciśnie… (śmiech).
I wtedy pojechałeś do Ascoli.
– Ascoli było akurat w pierwszej lidze. Na ostatnim miejscu wprawdzie, ale było. Trenowałem chwilę z Primaverą i już nawet miałem podpisywać kontrakt, ale okazało się, że nie zdążyliśmy przed zamknięciem okna. A wiadomo, przepisy są tu bezlitosne.
Okienko zamknęło się tuż przed nosem?
– Miałem podpisać na pół roku z opcją przedłużenia. Zamykało się dokładnie o godzinie 19:00, a mi tego dnia spóźniły się dwa samoloty z Polski. Byłem we Włoszech chwilę przed dwudziestą, czyli do widzenia. A chodziło tylko o to, żeby przyjechać do siedziby i podpisać kontrakt. Nie zdążyłem, nie było zmiłuj. W ten sam dzień Di Carlo wsadził mnie do samolotu z powrotem do Polski. Wiadomo, zrobiło mi się trochę nieciekawie, takie poczucie zmarnowanej szansy, ale przekonywał mnie, żebym się nie martwił, że wrócimy do tematu.
Kiedy pojawiła się kolejna opcja?
– Po dwóch miesiącach byłem jeszcze raz w Ascoli. Poleciałem pod koniec marca, znów miałem podpisywać kontrakt, ale tak się akurat złożyło, że na jednej z gier kontrolnych było kilku skautów innych klubów. Po powrocie do Polski nagle słyszę od Di Carlo: „wiesz, jedziemy do Milanu. Wpadłeś w oko”. No to dobra, jedźmy! Przez dwa tygodnie trenowałem tam z chłopakami ze swojego rocznika i dopiero po tym podpisałem umowę.
Gdybyś dziś mógł wybierać, wolałbyś wyjechać tak jak Pawłowski czy Skorupski, dopiero po przetarciu w Ekstraklasie? Uważasz, że mają lepiej niż ty miałeś wtedy?
– Ich sytuacja jest trochę inna. Oni najpierw zaistnieli w Polsce. Ja pojechałem do Włoch, kiedy w Polsce byłem nikim. Skorupski, z tego co się orientuję, ma dosyć duże szanse, bo jest traktowany w Romie jak inwestycja. Dostanie pewnie rok, półtora roku, żeby się ogarnąć z nową sytuacją i jeżeli to wytrzyma, to może wskoczyć do bramki. Pawłowski moim zdaniem dobrze zrobił, że poszedł na wypożyczenie. Nie było sensu siedzieć i liczyć na to, że ktoś inny wypadnie przez kartki czy kontuzje. Ale ciężko porównywać te historie z moją.
Tę swoją traktujesz bardziej jako szkołę życia czy jednak lekcję jak bronić na poziomie?
– Lekcję jednego i drugiego, choć z tym dobrym poziomem to w moim przypadku nie przeginajmy. Powiedziałbym, że to była próba nauczenia mnie sztuki bramkarskiej, elementów techniki i samego podejścia, jak być piłkarzem i nie zmarnować sobie życia.
Był taki moment, że przyjechałeś z tego Zabierzowa, a oni spojrzeli na ciebie i powiedzieli: „no, chłopaku, my tu cię musimy wszystkiego nauczyć od podstaw”?
– Nie, nie było. Po prostu trener brał nas i pracował z każdym swoim rytmem. Chociaż wszyscy, czy ktoś był tam rok, czy dwa lata, zaczynali od prostych elementów technicznych.
Od kogo czerpałeś najwięcej?
– W Milanie miałem dwóch bardzo dobrych trenerów, między innymi ojca Ignazio Abate, który pracuje z młodzieżą w Primaverze. Ale najlepszą szkołę dostałem podczas wypożyczenia do Chievo. Tam zaliczyłem mały przeskok, bo nie byłem traktowany już jak zawodnik z Primavery, tylko członek pierwszego zespołu. Trzeci bramkarz. Ławkę w Serie A widziałem na oczy może ze dwa razy, przez to, że ktoś inny zachorował, ale już miałem odpowiedni rytm – kiedy zawodnicy pierwszej drużyny jechali na wyjazd, ja jechałem z nimi i tak dalej. Tam właśnie trenował mnie Claudio Filippi, który teraz jest w Juventusie Turyn. Wzór – trener. Człowiek, który ciągle się rozwija, nie trzyma się jednej, starej metody, tylko cały czas idzie z duchem czasu. Potrafi pomóc, porozmawiać. Naprawdę świetny. Odchodziliśmy w tym samym czasie i jak widać, on zaszedł naprawdę wysoko.
„Jedynką” w Chievo był wtedy Stefano Sorrentino. Ostatnio przeszedł do Palermo.
– Miał wtedy świetny sezon, aż żal, że nie dostał szansy w kadrze. Pamiętam, że nawet media w Weronie starały się go lekko popchnąć w górę, ale nie miały siły przebicia. Był Buffon, był Sirigu, a szkoda, bo należało się chłopakowi. Mam do niego wielki szacunek, bo kiedy tylko potrzebowałem, zawsze mi podawał rękę. A przy tym nigdy nie widziałem, żeby odpuścił chociaż jeden trening albo narzekał na cokolwiek. Pod względem charakteru – mistrz. Do dziś staram się brać od niego te najlepsze cechy, nigdy się nie poddawać.
Wspomnieliśmy o Wojtku Pawłowskim, który w ostatnim okienku trafił do beniaminka Serie B. Ty zjechałeś dużo niżej, do trzeciej, czwartej ligi. Dlaczego aż tak nisko?
– Na Serie A czy Serie B nie miałem szansy. Można było inaczej rozegrać temat trzeciej ligi, ale tam akurat wynikły różne sprawy z innym menedżerem, nawet nie chcę o tym mówić. Po prostu obrałem niezbyt dobrą drogę i wyszło tak, jak wyszło. Nie chcę też zwalać wszystkiego na innych, bo na pewno część odpowiedzialności jest po mojej stronie, ale w tamtym czasie też zmieniły się przepisy. Włosi dali czadu na mistrzostwach, odpadli bardzo wcześnie i zorientowali się, że potrzebują postawić na młodzież. Weszła ustawa, że jeżeli włoski młodzieżowiec, ale tylko włoski, gra w Serie C lub Serie C-2, to klub z tego tytułu dostaje całkiem duże pieniądze. Nie chcę rzucać kwotami, żeby się nie pomylić, ale coś w granicach 1500 euro za 90 minut. Za takich jak ja klub nie dostawał ani grosza.
Przepisy preferujące włoską młodzież?
– Brawo. Właśnie o to chodzi. Ja niestety trafiałem na bramkarzy Włochów i nawet jeśli mieliśmy podobne umiejętności, to chyba trenerzy chętniej brali w takiej sytuacji Włocha. Zresztą, myślę, że to normalne, zdrowe, także w Polsce. Kiedy mamy Polaka i obcokrajowcach o podobnych możliwościach, to zawsze lepiej postawić na swojego.
Mogłeś być od tego Włocha znacznie lepszy, wtedy nie byłoby tematu.
– Mogłem, ale widocznie nie byłem. Dlatego nie chcę się tym do końca usprawiedliwiać.
Kiedy zjechałeś do tej trzeciej, czwartej ligi, poczułeś w końcu, że coś tu bardzo nie gra?
– Wtedy jeszcze traktowałem to jako drogę, którą muszę przebyć. We Włoszech trzecia liga nie wygląda tak jak u nas. Czułem, że jestem w nieźle poukładanych klubach. Nie można tego było w żadnym wypadku porównać z polskimi odpowiednikami. Tam, jeśli grasz w trzeciej lidze, to jesteś piłkarzem profesjonalnym, nie musisz dodatkowo zarabiać na rodzinę.
Sprawdzasz czasem, co stało się z kolegami z twojego rocznika w Milanie? Gdzie są dziś?
– Wielu kopie w trzecich, czwartych ligach. Antonio Donnarumma, z którym w Primaverze graliśmy na zmianę, dziś jest rezerwowym w Genoi. Paru poszło też za granicę…
Ktoś wywindował się wysoko?
– Niewielu. Alexander Merkel jest bodajże w Udinese i raczej nikt nie trafił wyżej. No, chyba że z Interu, bo z chłopakami stamtąd mieszkaliśmy w jednym internacie. Pamiętam Davide Santona (dziś w Newcastle – od red.), nieraz robiliśmy różne rzeczy razem. Balotelli mieszkał w innym internacie, a później to już w ogóle we własnym domu. Ale on to zupełnie inna bajka, już wtedy na naszym tle był piłkarsko fenomenem. Jak grało się derby Milan – Inter, to potrafił strzelać takie gole, że od razu było widać, że coś z niego będzie.
Z pierwszą drużyną Milanu trenowałeś, licząc te gościnne wizyty…
– Uzbierałoby się raptem dwa miesiące. Przez dwa lata pobytu.
Za czasów trenera…?
– Ancelottiego. No i Vecchiego, trenera bramkarzy, który poszedł z nim teraz do Realu.
Ćwiczyłeś w Mediolanie z juniorami. Później już w Milanello, w sąsiedztwie pierwszej drużyny. Bliskość tych dużych postaci była czymś, co motywuje, działa na wyobraźnię?
– Zdecydowanie. Mieliśmy wspólną siłownię, gabinety medyczne. Nasza szatnia była po prawej, ich po lewej, a po środku siłownia, także się spotykaliśmy. Obcowanie z nimi na co dzień, przekonywanie samego siebie, że oni też są jednak ludźmi, to jest coś, co na przyszłość procentuje. Nie tak łatwo się przestraszyć wchodząc do szatni nowego klubu.
A faktycznie byli normalnymi ludźmi?
– Byli, przynajmniej ja żadnych wariatów nie spotkałem. A ten kontakt wcale nie był taki mały, nieraz nam pomagali, tym bardziej, że gdy brakowało ludzi w pierwszym zespole, to trenerzy dobierali do treningów kogoś z Primavery. Dzięki temu można było zagrać w kilku gierkach z Maldinim czy z Beckhamem. No, nogę to on ma troszkę ułożoną (śmiech). Zresztą, jak czasem Ronaldinho z Pato zostawali na wolne po treningach, to też się działo.
Ale nie będziesz opowiadał barwnych historii o tym jak pożyczałeś samochód od Beckhama… Poza treningami, siłą rzeczy, musieliście się trzymać głównie z Primaverą.
– Wiadomo, tamci mieli swoje życie. My wsiadaliśmy do autobusu i jechaliśmy do internatu.
Jakaś lekka sodówka ci się nie przytrafiła?
– (dłuższe zastanowienie) Teraz na pewno jestem bardziej poukładany niż byłem kiedyś, bo już jestem żonaty, ale nie… Robiłem normalne rzeczy. Myślę, że nie zwariowałem.
A tak życiowo – zachłysnąłeś się Włochami?
– Zachłysnąć to może nie, ale po prostu podobało mi się. Szanowałem ludzi, ich kulturę, ich zwyczaje. Byłem tam pięć lat, więc coś od nich jednak dostałem.
Kiedyś powiedziałeś, że masz nadzieję, że to nie jest definitywnie zamknięty etap, że ci Włosi jeszcze kiedyś na ciebie spojrzą. Wyleczyłeś się już z takiego myślenia?
– Tamtejsze kluby mają na tyle rozwinięte siatki skautów, że na pewno na Polaków też zwracają uwagę. Trener bramkarzy przyznał kiedyś, że Milan był mocno zainteresowany Arturem Borucem, zanim przedłużył kontrakt z Celtikiem. Ale nie wiem co będzie. Wisła w tej chwili daje mi tak dużo, że chcę jej oddać wszystko, co najlepsze. Bo tak naprawdę to dopiero ona pozwala mi zaistnieć na poważnie w piłce. Cieszę się, że tu jestem, na przyszłości na razie się nie będę skupiał, bo jeszcze ktoś mi tutaj buchnie miejsce w bramce.
No właśnie, wracając do Wisły – na co ty właściwie liczyłeś, kiedy z nią podpisywałeś kontrakt? W tamtym czasie Sergei Pareiko miał naprawdę dużą renomę w polskiej lidze, trudno było oczekiwać, że wygrasz z nim rywalizację. Chyba w to nie wierzyłeś?
– Oczywiście, wiedziałem, że przychodzę i nie mam co liczyć na grę od razu. Liczyłem na dokładnie coś takiego, co się wydarzyło, czyli, że w końcu dostałem swoją szansę. Klub inwestuje we mnie i podejmuje to ryzyko, mimo mojego niewielkiego doświadczenia.
Tak szczerze, uważasz, że poprzednią rundą przekonałeś do siebie działaczy, czy jednak sytuacja finansowa klubu po części wymusiła to, że pozwolono ci grać dalej?
– Ja twardo stąpam po ziemi. Wiem, że gdyby Wisła ciągle była na topie, potrzebowałaby bramkarza z najwyższej półki, niekoniecznie Michała Miśkiewicza. Sytuacja była jaka była i dzięki temu dostałem szansę. Gdyby klub nadal walczył o najwyższe cele, to pewnie odszedłby Pareiko, a na jego miejsce przyszedłâ€¦ kolejny Pareiko. Dobry bramkarz z doświadczeniem. Tym bardziej doceniam szansę, która może mi się nie powtórzyć.
Twój największy brak w stricte bramkarskim warsztacie?
– Ostatnio wałkuję wyprowadzenie piłki. Trener Franciszek wymaga od bramkarza dobrej gry nogami, żeby tego wszystkiego nie psuć już w zarodku. Na tym m.in. staram się skupić.
Jesteś dość surowy i szczery, jeśli chodzi o ocenę własnych możliwości. Dość otwarcie mówiłeś o tym już nieraz w wywiadach, otwarcie mówisz dzisiaj.
– Inaczej nie ma sensu. Ł»ycie może wszystko zweryfikować i przywalić takiego gonga, że powali od razu na ziemię. Wolę podchodzić do siebie z dużą dawką samokrytyki, bo jak będę bujał w obłokach, to za chwilę przyjdzie pan X czy pan Y i mnie już nie będzie.
Rozmawiał PAWEŁ MUZYKA
Fot. wisla.krakow.pl