91 milionów euro. Z odsetkami za 4 raty, okrągłe 100. Cena obsceniczna, etyczny zamach na hiszpańskim społeczeństwie, krwawiącym od bolesnych cierni zapaści finansowej. Powiedzmy sobie wprost, transfer Garetha Bale’a do Realu to chichot moralności, gorszący bardziej niż „prostitutas” z Calle Montera na Puerta del Sol w Madrycie. „Toż to obraza świata!” – buntuje się trener Barcelony, Gerardo Martino, zapuszczając przy okazji kilometrowego „żurawia” do cudzego portfela.
Transferowa rozpusta Realu, eufemistycznie nazywana „Galaktycznym Projektem” Florentino Pereza od kilku lat wywołuje spazmy wśród Katalończyków. Tradycyjnie oszczędny naród, z niemałą smykałką do interesów, przez dekady wypominał stolicy „bezinteresowne” dokarmianie z własnej kieszeni biednego/leniwego Południa. W epoce boomu budowlanego kolejne drogie zabawki Pereza (Figo, Zidane, Ronaldo, Beckham) przechodziły jednak wyostrzonej katalońskiej krytyce, koło nosa. Częściej niż ludzką wrażliwość, w Barcelonie okazywano – zdrową, kibicowską złość (transfer Figo – najtrafniejszy tego przykład).

Życie jak w Madrycie. Niech żyje Bale

Wraz z końcem hiszpańskiego eldorado gospodarczego, który zbiegł się w czasie z 94-milionowym transferem Cristiano Ronaldo, w Katalonii zaczęli zabierać głos obrońcy uciśnionych. Pierwszy wypowiedział się Joan Herrera z politycznego ugrupowania ICV (Iniciativa per Catalunya). Najpierw złożył on w hiszpańskim parlamencie propozycję ustawy o obniżeniu zarobków piłkarzy zawodowych w… całej Europie. Później, już na mównicy w Izbie Deputowanych, uderzył w rząd ówczesnego premiera – Jose Luisa Zapatero: „Co władza zamierza zrobić z instytucjami finansowymi, które lekką ręką przyznały kredyt na zakup Ronaldo, zważywszy, że zarówno hiszpańskie rodziny, jak średnie i małe firmy, o pożyczce z banku mogą sobie co najwyżej pomarzyć?” – dopytywał się Herrera. FACUA (Consumidores en Acción), hiszpańska organizacja broniąca praw konsumenta, podchwyciła temat i oszacowała, że za pieniądze przeznaczone na kupno Cristiano i Kaki (w sumie 165 milionów euro), banki mogły przyznać kredyt hipoteczny 1 335 rodzinom. Biorąc pod uwagę, na co, przeciętna hiszpańska rodzina, przejada cudzą kasę i jaką ma zdolność do jej spłaty, może lepiej, że tak się nie stało (w najbliższych 5 latach na jednego z 17 milionów hiszpańskich podatników przypadnie średnio tysiąc euro długu do spłacenia – dane z MFW).

Po Herrerze, swoje 5 minut w mediach miał arcybiskup Lluis Martinez Sistach. Publicznie skrytykował Real za „niewyobrażalną rozrzutność”. I temat znowu został podgrzany, tym razem, przez organizację charytatywną „Manos Unidas”. Jej zdaniem, za połowę kwoty przeznaczonej na sprowadzenie Portugalczyka, w ciągu roku można było wyżywić 47 milionów osób z najdzikszego zakątka Trzeciego Świata. Suche liczby, a ściskają za serce… jak te pół miliarda euro, które Generalitat (rząd Katalonii) wydaje rocznie na propagandę niepodległościową.

W Barcelonie wiedzą coś o tym kolejni dyrektorzy finansowi – ponad 120 milionów euro wydanych na transfery Zlatana i Neymara. O nich arcybiskup Lluis nie wspomina. Milczy, w oczekiwaniu jak Barca, w ciągu najbliższych trzech, wyda na wzmocnienia te „niewyobrażalne” 100 milionów, płynące prosto z lukratywnego kontraktu z Qatar Airways.

Medialna nagonka wokół najdroższego transferu w historii futbolu przycichła, kiedy Cristiano zaczął seryjnie trafiać do bramki, przeskakując wieloletnie dorobki legend Los Blancos, niczym pionki w Chińczyku. Portugalczyk spłacił się błyskawicznie. Socios Realu uważają, że ich „pasta” (z hiszp. szmal) została dobrze wydana. Bale, z zapracowaniem na podobną opinię, będzie miał cholernie ciężko. Walijczyk jeszcze nie założył koszulki Realu, a już jest na językach, już podbija plebiscytowe słupki. W sondzie przeprowadzonej przez stronę internetową „Marki”, aż 83% osób stwierdziło, że Bale nie jest warty 100 milionów euro. To jeszcze nic, aż 63% z nich przyznało, że Gareth nie jest Realowi potrzebny. W co drugim komentarzu kibiców Królewskich, słychać, że warty trzy razy mniej Angel Di Maria wcale nie jest dużo gorszy, że to… – no właśnie – kaprys prezydenta. Po klęsce sportowej Kaki w Realu, Bernabeu jest do bólu ostrożne w swoich opiniach. Nigdy wcześniej nowy „galaktyczny” nie wzbudzał takiej apatii wśród socios. Jakby Bale miał w Madrycie tylko jedno życie. Jakby planował je spędzić, spychając z piedestału Cristiano.

24-letni Walijczyk stał się w Hiszpanii sympatyczną marionetką, w walce z nudą letniego okresu ogórkowego. Dzielnie wypełnił setki godzin telewizyjnych i radiowych serwisów sportowych. Od początku lipca, średnio co trzy dni, jego zdjęcie drukowano na okładce „ASa” bądź „Marki”. „Szaleństwo, Bale za 145M €!!”, „Ostatnie godziny Bale’a w Londynie”, „Gareth – za stówę plus Coentrao” – mógłbym spokojnie wypełnić ten artykuł, cytując wyłącznie tytuły z hiszpańskich dzienników. Nie wystarczyłoby mi magnesów-numerków z domowej lodówki, żeby ułożyć wszystkie sumy, jakie padły w ostatnich dwóch miesiącach za Bale´a. A oferta była tylko jedna. Na początku sierpnia w Miami, Florentino Perez złożył właścicielowi Tottenhamu – Joe Lewisowi – pierwszą i ostatnią propozycję. 91 milionów euro i ani centa więcej. Bez żadnego kupowania w pakiecie, obniżania kwoty transferowej Moratą, Jese czy Di Marią. Twarde negocjacje, klarowna strategia – okoliczności, w których Perez, przedsiębiorca-budowlaniec, czuje się swobodnie. Jest wytrawnym biznesmenem, dyktuje warunki, nawet jeżeli musi wyczekiwać przy klubym faxie do ostatnich sekund okienka transferowego (pamiętacie lato 2002 i telenowelę z Brazylijczykiem Ronaldo?). Prezydenta Realu urzekają piłkarze pałający do jego klubu młodzieńczą miłością (skąd my to znamy…), zdesperowani, buntujący się przeciwko swojemu pracodawcy, tylko po to, żeby trafić do Madrytu. Urzekł go rok temu Modrić, z Bale´em historia się powtórzyła.

Po czerwcowej reelekcji na prezydenta klubu, Florentino opowiadał w niekończących się wywiadach, jak to on kocha kupować dla Realu grube ryby. Wtedy angażuje się osobiście, odwiedza piłkarza w domu, rozmawia z rodziną, pilotuje transfer od początku do końca. Modus operandi z 13-letnim doświadczeniem. Skuteczny, choć w ostatnich latach z kilkoma wpadkami (Villa, Aguero, Neymar). Na Bale’a „Flo” zachorował po tym jak stało się jasne, że wspomniany Neymar wybierze Barcelonę. Perez, za wszelką cenę chciał odpowiedzieć na argentyńsko-brazylijski duet w Barcy, sprawić, żeby Cristiano miał swoje alter ego w drużynie, przy okazji pieczętując kolejną kadencję, jedenastym w historii „galactico”. Musiał poprawić sobie humor po odejściu Mourinho i fochach Ronaldo (wciąż bez przedłużenia kontraktu).Florentino pozostał jednak głuchy zarówno na liczbę pomocników ściskających się w kadrze Realu (ośmiu, na pięć miejsc w wyjściowym składzie), jak i wycie białego narodu o klasyczną „9-tkę” oraz ciche prośby Ancelottiego o sprowadzenie środkowego obrońcy.

Real dopnie swego. Florentino lada moment uściśnie dłoń drugiego najdroższego piłkarza w historii futbolu. Zrobi to, nie tak jak w 2009 roku, w atmosferze społecznej krytyki za wydanie setek milionów euro, za pożyczone z Bankii 76 milionów na transfery Cristiano i Kaki. Tym razem, żaden arcybiskup nie zarzuci mu rozrzutności, popartej bezmyślną księgowością. Perez odrobił domowe zadanie – Real w lipcu zarobił na sprzedaży piłkarzy aż 68 milionów euro (Higuain – 37, Albiol – 12, Callejon – 10, Pedro Leon – 6, ekwiwalent za wyszkolenie Negredo – 4). Jeżeli do tej sumy dodamy kolejne 30 milionów z ewentualnej sprzedaży Di Marii bądź Coeantro, wyjdzie okrągłe 100. Obraza świata? Niech żyje Bale!

I na koniec krótka dygresja. Jakakolwiek dyskusja na temat moralności niebotycznych transferów Barcy i Realu na dłuższą metę nie ma sensu. Ja nawet rozumiem braki z ekonomii „Tata” Martino, tę jego argentyńską zaściankowość w zderzeniu z globalną gospodarką panującą zarówno w Madrycie, jak i jego Barcelonie. Oba kluby, dysponują budżetami na poziomie 450-500 milionów i jeżeli wydają na dowolnego piłkarza 60 lub 100 milionów, to po pierwsze – mają na to kasę, po drugie – widzą w kimś takim ogromny marketingowy potencjał. Najzwyklejszy w świecie ROI – zwrot z inwestycji. Wpuszczenie na hiszpański rynek kogoś takiego jak Ronaldo, Neymar czy kiedyś Zidane i Ronaldinho, to gigantyczny zastrzyk dla rodzimej gospodarki. Sprzedaż koszulek, kontrakty z wykorzystaniem wizerunku owych piłkarzy, a nawet 50-procentowy podatek (po abolicji Prawa Beckhama) jak muszą oni oddać ze swoich zarobków fiskusowi – to wszystko generuje pieniądz. Potrzebny jak woda na tej hiszpańskiej pustyni gospodarczej. A że okropnie drogo? Sprzedający wie, z jakim kontrahentem ma do czynienia, i jaka jest jego pozycja na rynku. Krótko mówiąc, wie jak gruby jest jego portfel. Pozostaje pytanie, czy sprzeda się tak dużo koszulek z „11” na plecach, żeby przypudrować ewentualną klapę Walijczyka na boisku.
***
Co sądzę o Bale’u? Nie pije, nie pali, żonaty z, poznaną w czwartej klasie podstawówki, dziewczyną, przykładny ojciec rocznej córeczki Alby Violett. Domator. Po najlepszym meczu w karierze (z Interem w październiku 2010), zamiast się upić w Mediolanie, a następnego dnia w Londynie, poprosił Tottenham o pozwolenie na kilka dni wolnego. Chciał odwiedzić rodziców w Cardiff. Bale to przede wszystkim kapitalna lewa noga (prawa gorsza, ale na pewno nie do tramwaju),potężny strzał i przyspieszenie. Bale w wieku 12 lat biegał „setkę” w 11 sekund. W Hiszpanii powinien się zaaklimatyzować bez problemu, kraj mu pasuje – od kilku lat spędza wakacje w posiadłości swojego agenta Jonathana Garnetta w Marbelli pod Malagą. W Madrycie liczą, że pozostawi po sobie okazalszą spuściznę niż McManaman, Owen (on akurat zostawił Złotą Piłkę w klubowym muzeum) i Beckam (Opinia Viktorii o tym, że na ulicach Madrytu „śmierdzi czosnkiem” – to już kanon tutejszych urban legends). Na eksplozję talentu Bale´a, mimo iż nie trenuje regularnie od maja, a ostatni sparing zagrał w połowie lipca, nikt w Realu nie bedzię czekał do lutego. Bale to nie Modrić.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii

Twitter: @rafa_lebiedz24