Pewne przyzwyczajenia się nie zmieniają. Jak równanie ze stałymi współczynnikami. Rutyna, 100% trafności wyboru, najzwyklejsza w życiu – wygoda. Hiszpanie uwielbiają wygodę. W 40-stopniowym upale to nawet zrozumiałe. Rodzina królewska od lat spędza wczasy na Majorce, celebryci z medialnych czołówek, w tym większość pierwszoligowych piłkarzy, wybierają szpan na Ibizie, dla hiszpańskich emerytów z 900 euro w portfelu zostaje miesiąc na plaży w Benidormie pod Alicante. I tak od lat, sierpień w sierpień – „mas de lo mismo”.
Coś podobnego można zaobserwować w hiszpańskiej lidze. Barca zaczyna sezon od spacerku na Camp Nou, Real na zaciągniętym „ręcznym” wygrywa w męczarniach, Atletico i Valencia rozbudzają nadzieje swoich fanów na „coś” zakazanego, coś więcej niż mistrzostwo 18-zespołowej ligi. La Liga od dekady jest jak te puzzle, które w dzieciństwie układaliśmy z nudy po kilkanaście razy. Byliśmy tak pewni siebie, że zaczynaliśmy zabawę od „ułożenia nieba”. Bezkres błękitu był jedynym wyzwaniem. Podobną pewnością siebie emanowali hiszpańscy dziennikarze przed meczem Realu z Betisem. W bramce Los Blancos miał stanąć Iker Casillas. Carlo Ancelotti miał tę nową układankę zacząć od łatwego puzzle. Nikt w Madrycie nie przypuszczał, że ten od „krótkich spodenek”, ten, uszczypliwie nazywany przez tutejszych dziennikarzy, 54-letni włoski „wuefista ze zwisającym z szyi stoperem” będzie miał wystarczająco proporcjonalne cojones, żeby w swoim debiucie ligowym posadzić na ławce kapitana Realu. Nie, jak Mourinho, za domniemane porachunki osobiste, nie za bycie kretem i „sypanie” tajemnic szatni ukochanej, ale za formę czysto sportową. Za przegranie rywalizacji z Diego Lopezem.

Życie jak w Madrycie. Casillasgate

Casillas jest dziś w kropce, jest na jakimś piekielnie niewygodnym zakręcie, wjechał w niekończący się tunel. On, wynoszony na ołtarze San Iker, wymarzone dziecko Matki Hiszpanki, wkrótce ojciec najbardziej oczekiwanego noworodka 46-milionowego kraju, w końcu żywy herb i majątek Realu Madryt, najbardziej utytułowany bramkarz w historii tego sportu, zaczyna pękać nerwowo. Zżera go niezrozumiała niesprawiedliwość futbolu. W niedzielę celowo nie przyłożył ręki do rozgrzewki Lopeza (mimo, że według starej zasady Ancelottiego to pierwszy bramkarz ma się mocno spocić, a rezerwowy – przede wszystkim nie ulec kontuzji), świadomie nie zbliżył się do południowej trybuny okupowanej przez kilkuset ultrasów Realu (oddanej straży przybocznej Mou), wreszcie z premedytacją nie zasłonił ust i stwierdził, że „teraz przynajmniej zagra w meczu o Trofeum Bernabeu” – co zresztą skrzętnie wychwycili lektorzy z ruchu warg z Czwartego kanału. Casillas był święcie przekonany, że rozpocznie swój 15 sezonu w pierwszej drużynie Realu jako numer 1. Sezon kluczowy, jeżeli myślisz o grze w podstawowym składzie Hiszpanii na mundialu w Brazylii.

Iker może i nie ma charyzmy Segio Ramosa, może w ostatnich 6 miesiącach zbyt często gryzł się w język, dbając o polityczną poprawność w medialnej wojnie z Mourinho. Głupi jednak nie jest. Zdaje sobie doskonale sprawę, że Ancelotti to trenerski konserwatysta, jeżeli już stawia na jakiegoś bramkarza – Buffon, Van der Saar, Dida, Cech, Sirigu – to od początku do końca, bez prowizorki i rotacji nieprzystającej klubom rangi Realu. Casillas to nie Dudek, nie będzie „grzał” ławy z uśmiechem na twarzy, dziękując Bogu za każdy dzień spędzony w szatni Realu/słońcu Madrytu. W jego głowie (skutecznie mąconej przez Carbonero i najbliższy entourage) kłębią się tego typu myśli: „Nie po to, w ostatnich 5 latach Federacja IFFHS wybierała mnie Najlepszym Bramkarzem Świata, żebym teraz, w wieku 32 lat, miał przegrać rywalizację z rówieśnikiem. Rówieśnikiem, który w ubiegłym roku przyłożył rękę do spadku Villarreal z ligi i nie dał rady dziadkowi Palopowi w Sevilli”. Iker nie rozumie i nie ma zamiaru zrozumieć, jak można wątpić, kto tu jest „porterazo”, który swoimi interwencjami daje Hiszpanii mistrzostwo świata, a kto jest tylko i aż wartym 5 milionów euro „portero”, bez jakichkolwiek szans na grę w reprezentacji. Nawet, jeżeli Lopez wykonuje swoją robotę lepiej niż dobrze (biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich ściągnął go Mou), nawet jeżeli Ancelotti był w 2007 roku o centymetry od sprowadzenia Hiszpania do Milanu.

Casillas zna swoją markę, nikomu swojego klubowego CV nie musi wysyłać: 5 mistrzostw Primera Division, dwie Ligi Mistrzów. Za plecami rzesze kibiców z Madrytu i całej Hiszpanii. Bramkarskie plebiscyty zarezerwowane wyłącznie dla niego. Od styczniowej kontuzji palca, Iker zasuwał na treningach jak wół, zrzucał zbędne kilogramy, miał w sobie więcej entuzjazmu, niż kiedy zaczynał przygodę z wielkim Realem pod wodzą Del Bosque. W mediach furorę robiły filmiki (nagrywane na prośbę samego bramkarza) z efektownymi paradami Casillas na indywidualnych zajęciach w ośrodku treningowym w Valdebebas. Wszystko podporządkowane powrotowi na piedestał, już bez tego portugalskiego koszmaru. Casillas odzyskał kapitańską opaskę podczas Pucharu Konfederacji, przestał popełniać juniorskie błędy na linii przy stałych fragmentach gry. Był gotowy. „Cien por cien” – na stówę.

23 lata. Tyle czasu Iker jest członkiem Realu Madryt. Kilku prezydentów zdążyło przy nim triumfować, kilku abdykować. Ł»aden z nich nie był jednak tak obojętny wobec Casillasa jak Florentino Perez. Iker nie jest głupi, nie ma też rybiej pamięci. Pamięta jak dwa lata temu Perez dał kopniaka Raulowi, jeszcze mu za to solidnie płacąc. Dziś zaprasza go na uroczyste pożegnanie, 45 minut w barwach Al-Sadd, 45 minut w barwach Realu z Casillasem w bramce. Jak to się pięknie złożyło, prawda? Real to nie Roma, nie ma w swojej historii jednego Francesco Tottiego, ze swoimi mitami obchodzi się, jak się obchodzi. Ma ich wielu. Perez nigdy nie był zwolennikiem „białych legend”, w swojej biografii „Florentino Perez: Człowiek, Przedsiębiorca, Prezydent” chełbił się przede wszystkim galaktycznym projektem. Florentino-Człowiek nie umarł za przyszłość w Realu: Del Bosque, Hierro, Redondo, Raula czy Gutiego. Nawet po nich nie zapłakał, ba, lekką ręką wypchnął ich z klubu. Florentino-Prezydent, nie lubi, gdy ktoś mu z klubowej szatni psuje galaktyczne zabawki.

Casillas świadomy antypatii Florentino, już jakiś czas temu zaplanował sobie przyszłość. Piłkarską emeryturę po 36. urodzinach miał spędzić w Los Angeles. To miał być hiszpański sequel kalifornijskich przygód Becksa i Viktorii. Plany odległe, które po decyzji Ancelottiego mogą być bliższe niż się nam wydaje. Jeżeli w poniedziałek w Grenadzie Casillas znowu usiądzie na ławce, menedżer bramkarza Carlos Cutropia automatycznie dostanie zielone światło, żeby w grudniu znaleźć nowy klub Ikerowi. Barcelona? Rosell, Zubi i Javier Faus (wiceprezydent finansowy Barcy) podobno zebrali się, żeby przedyskutować pomysł zatrudnienia Casillasa. Wakacyjna kaczka mająca na celu rozzłoszczenie kibiców i pracowników Realu? Zemsta doskonała za Luisa Figo? Czy może dyskretnie przemyślana strategia zastąpienia Victora Valdesa, przy okazji zarabiając kilka milionów na jego sprzedaży w zimowym okienku? Casillas w Barcy? Abstrakcja godna obrazów Joana Miro. Tak bardzo nierealne, że aż podniecające. Casillas i Xavi razem. Jak rok temu, kiedy odbierali Nagrodę Księcia Asturii za „symbol przyjaźni i koleżeństwa”…

Wszystko w rękach biednego Carletto. W poniedziałek Włoch, albo znowu założy te swoje krótkie spodenki i się ugnie pod ciężarem pro-Ikerowej nagonki, albo nie zmieni proporcji swoich cojones i zostanie wierny… przyzwyczajeniom.

RAFAŁ LEBIEDZIŁƒSKI
z Hiszpanii