– Gdybym nie chciał tego transferu, to by go nie było. Lech zaoferował mi dobry kontrakt i ścieżkę dojścia do pozycji numer jeden. Rozmawialiśmy z ojcem i ustaliliśmy, że cokolwiek zrobię, będzie to mój własny wybór. Mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy powiedzą: tam za uszy ciągnął go ojciec, a tutaj będzie go ciągnął prezes. Trudno, ja mogę tylko zapierdalać. I dobrze bronić – opowiada Aleksander Wandzel, 18-letni bramkarz, który właśnie zamienił Lecha na Legię.
Wandzel w Warszawie to szokujący transfer nastolatka z Lecha do Legii czy po prostu powrót na stare śmieci?
Zależy, jak patrzeć. Dla mnie to jest zwyczajny powrót do Warszawy, z całą pewnością nic szokującego.
Całe życie byłeś zawieszony między stolicą a Poznaniem. Tam się urodziłeś, tu się wychowałeś. Później tam grałeś, a teraz tutaj wróciłeś. Które miasto jest ci bliższe?
Warszawa. Jestem może nie rodowitym, ale jednak warszawiakiem. Stąd mam więcej wspomnień.
Temat twojego transferu po raz pierwszy pojawił się w styczniu, przy okazji przeprowadzki Bartka Bereszyńskiego. Było coś na rzeczy? Wtedy twój ojciec – zresztą na łamach mediów – zdecydowanie zaprzeczył, mówiąc, że swoją przyszłość wiążesz z Poznaniem.
Słyszałem o tym. Wtedy byłem świeżo po wyleczeniu urazu i postawiłem sprawę jasno: najpierw chcę ugruntować swoją pozycję, czyli numer trzy w bramce Lecha, a następnie wrócić do formy i tym samym – już latem – mieć mocniejszą kartę przetargową przed rozmowami czy to z Legią, czy Lechem. Jak widać, nie do końca wyszło tak, jak chciałem. To znaczy prezentowałem się dobrze, tyle że przytrafiła mi się kolejna kontuzja.
Koledzy, czytając w mediach, że możesz trafić do Legii, nie docinali ci w szatni? W takich sytuacjach „szydera” jest zawsze…
– No właśnie jakoś niespecjalnie. Będąc piłkarzem, musisz być gotowy na takie zmiany. Nikt nie docinał warszawiakowi Mateuszowi Możdżeniowi, tutaj z „Beresiem” raczej jest podobnie. Nie liczy się, że przyszedł z Poznania.
Wywołałeś przykład Bereszyńskiego. On działa na młodych chłopaków z Lecha? Widzą, że można podjąć ryzyko i sporo na tym zyskać?
Powiem tak: ja widziałem go na treningach i to, gdzie jest teraz, wcale mnie nie dziwi. Naprawdę cieszę się, że mu tak idzie, bo wiem, co przechodził zimą, nie bał się, a teraz to właśnie on jest największym wygranym tej całej sytuacji.
Bereszyński wiosną namawiał was na Legię?
Nie, bo każdy zawodnik musi mieć wewnętrzne przekonanie, że to, co zrobi, będzie dla niego dobre. Musi patrzeć na siebie i na to, gdzie może sportowo zyskać. Rozmawiałem z nim dopiero przed samym przyjściem i wtedy powiedział mi, że jeśli mam fajną propozycję, żebym nawet się nie zastanawiał.
Kojarzysz naszą ankietę – „Weszło z butami”.
Tak, wiem, o co chodzi.
Marcin Kamiński, zapytany o Legię, mając do wyboru odpowiedzi „Nigdy” albo „Nigdy nie mówi nigdy”, wskazał to drugie rozwiązanie.
Skoro mógł do Legii trafić „Bereś”, skoro mogłem ja, to tylko od Marcina zależy, czy się zdecyduje na taką opcję . Jest po bardzo dobrej rundzie, to on trzyma w ręku wszystkie karty.
Będzie latem jeszcze jakiś transfer na linii Poznań-Warszawa? Odpowiedz jednym słowem – tak lub nie.
Nie wiem, ze mną nikt na ten temat nie rozmawiał. Naprawdę nie wiem.
W jakim stopniu wpływ na wasze decyzje ma presja ze strony kibiców? Po transferze Bereszyńskiego wydawało się, że Karol Linetty został wystraszony. Zmieniałeś numer telefonu, blokowali ci Facebooka?
Nie, Facebooka to ja sobie sam zablokowałem (śmiech). Każdy decyduje za siebie i później z tytułu tej decyzji ponosi konsekwencje. Ł»adnych smsów nie dostawałem, co najwyżej na forum Wiary Lecha czy czegoś takiego mieli pretensje, że dostałem srebrny medal i że później jeszcze dawałem autografy dzieciakom. Po prostu myśleli, że skończył mi się kontrakt 31 maja, a nie wraz z ostatnim meczem sezonu, jak było w rzeczywistości. Wiem, że mój wkład w wynik zespołu był w zasadzie żaden, ale skoro w tej drużynie byłem i ciężko trenowałem, to zwyczajnie – czy to się komuś podoba, czy nie -ten medal mi się należał. Gdziekolwiek bym był, zawsze muszę dawać z siebie maksa. Zobacz, tak się starałem na rehabilitacji, że wieczorem potrzebne były okłady z lodu, a z wrażenia obudziłem się dopiero rano, już następnego dnia.
Ł»adnych problemów? Zero?
Jacyś ludzie dzwonili do mojej dziewczyny i coś tam gadali. Ona pochodzi z Poznania, zna wielu ludzi stamtąd, natomiast teraz studiuje w Warszawie. A ja? Więcej znajomych mam tutaj, nikt mnie nie ścigał.
Od kiedy wiedziałeś, że na sto procent będziesz grał w Warszawie?
Sprawa była w toku, a finalną decyzję podjąłem dopiero dzień przed ostatnią ligową kolejką. Po rozmowie z ojcem.
Jak długo znasz osobiście prezesa Leśnodorskiego?
Poznaliśmy się, hmm… jakoś w 2010 roku.
Black Lion. Wiesz, do czego zmierzam.
To fundusz inwestycyjny, w którym mój ojciec ma udziały i którego jest szefem.
Prezes Leśnodorski też ma z nim wiele wspólnego.
Jest chyba członkiem rady nadzorczej. A co ja mam z tym wspólnego?
Dążę do tego, że patrząc z boku, ta sytuacja wygląda następująco: w wyniku dobrej relacji ojca z prezesem, młody trafił do Legii.
Gdybym nie chciał tego transferu, to by go nie było. Lech zaoferował mi dobry kontrakt i ścieżkę dojścia do pozycji numer jeden. Rozmawialiśmy z ojcem i ustaliliśmy, że cokolwiek zrobię, będzie to mój własny wybór. Mam świadomość, że znajdą się tacy, którzy powiedzą: tam za uszy ciągnął go ojciec, a tutaj będzie go ciągnął prezes. Trudno, ja mogę tylko zapierdalać. I dobrze bronić.
Kto stał za twoim transferem?
– Odebrałem telefon od prezesa, a on złożył mi taką propozycję. Kilka tygodni temu. Rozmawiałem z moimi byłymi trenerami z Legii i kolegami z juniorskiej drużyny. Spędziliśmy razem kawał czasu. Byliśmy mistrzami Polski, graliśmy w Nike Cup. Jak odchodziłem z Legii, wszyscy życzyli mi powrotu. I tak się stało. Dużą rolę odegrał trener Dariusz Banasik, mocno namawiał mnie też Olek Jagiełło
I na co się umówiliście? W planach masz być trzecim bramkarzem, jak w Lechu?
Nikt normalny nie powie ci, że idziesz gdzieś bronić jako pierwszy, drugi czy trzeci. Idziesz albo nie idziesz, twoja sprawa. Mnie na przykład bardzo podoba się perspektywa pracy z trenerem Dowhaniem. Kiedyś, jako dzieciak, kiedy kończyłem swój trening i szedłem do szatni, zawsze przechodziłem obok bocznego boiska, gdzie trenowała pierwsza drużyna. Mucha, Machnowski, Gostomski, Skrzyński. Zależało mi, żeby tam się znaleźć.
Jakiś czas temu Kuba Kosecki powiedział, że przeprowadzając się do Łodzi, odciął pępowinę. Już nie był Kubą-synem Romana, tylko Kubą-piłkarzem. Mam wrażenie, że myślisz podobnie.
Dokładnie. Moja decyzja miała również związek z tym, że ojciec pozostaje związany z Lechem. W ten sposób ucinam wszelkie spekulacje, czyli przecinam tę przysłowiową pępowinę.