W ostatnich latach więcej było tekstów o jego kontuzjach niż minut, które rozegrał w ekstraklasie. Miał wrócić wiosną, ale po raz trzeci zerwał więzadła. – Chcecie grać w FIFĘ? Przecież tam w trybie kariery też jestem kontuzjowany. Rozpadam się po trzech meczach – mówi Michał Efir, najlepszy piłkarz Młodej Ekstraklasy 2011/2012 i wielki talent Legii, na którego warto czekać choćby po to, by dowiedzieć się, czy faktycznie – jak twierdził trener Dariusz Banasik – może dorównać Robertowi Lewandowskiemu.
***
To nie był normalny wywiad. Wiedzieliśmy, że Efir dopiero co wrócił z kliniki w Rzymie, że dużo ostatnio przeszedł, że spokojem przypomina Rafała Wolskiego i lepiej będzie zadać sto głupich pytań rozładowujących atmosferę niż rzucać poważne kwestie i słuchać poważnych odpowiedzi. Dyktafon włączyliśmy dopiero po dwóch godzinach, wyszły trzy godziny nagrania.
– Ten Włoch, który mnie leczył, Mariani, wygląda z tyłu trochę jak Fatih Terim.
– Kogo leczył z Serie A?
– Pewnie połowę gwiazd, we wszystkich pokojach wiszą jakieś koszulki. Totti, Jovetić… Nie umiem tego opisać, ale wchodzisz tam od razu wiesz, że jesteś w dobrych rękach. W dwie godziny zrobili mi rezonans, prześwietlenia, zostałem obejrzany przez paru lekarzy. Szybka diagnoza. Dopiero u nich wyszło, że chodzi o zerwanie więzadeł krzyżowych, a nie pobocznych, jak miało wynikać z badań przeprowadzonych w klinice prywatnej w Jerez. Tam musiałem trafić na nieogarniętego lekarza. Teraz mam od Włochów konkretną rozpiskę. Ćwiczenia będę wykonywać cztery lub pięć razy dziennie, po 40-50 minut. I tak przez dwa miesiące.
Dołek
Piłkarze na pytanie „kiedy to się wszystko zaczęło?” zwykle odpowiadają „nie chcę o tym mówić, nie pamiętam, nie wiem”. On wie. Pamięta nawet daty: 3 marca, 24 maja, 24 czerwca. Wszystko jednego roku. Trzy dni przed debiutem w kadrze U-15 złamał kość śródstopia. Za chwilę powrót na boisko i znowu to samo. Za trzecim razem kontuzji doznał, gdy… wpadł w dołek. Na osiedlu.
– Jak można iść ulicą i wpaść w dołek?! – pytamy.
– Normalnie, to było na jakimś polu. Noga mi uciekła i gotowe. Od trzeciego marca do stycznia byłem wyłączony. To chyba ten moment, w którym zaczęły się kontuzje. Gdybym miał teraz wymienić wszystko… Trzy razy złamana noga, problemy z plecami, z mięśniem dwugłowym, zwichnięty łokieć, no i trzy razy więzadła. To raczej wszystkie z poważnych kontuzji, które wykluczały mnie na dłużej niż parę tygodni.
– To jak ta Legia ciebie wzięła, jak ty ciągle miałeś urazy?
– Było dużo okresów, że nie miałem. Jak gram, to strzelam. W Lublinie mieliśmy 14 rywali, to potrafiłem 34 gole strzelić. W Wieniawie po pięć, sześć w jednym meczu. Ale nie lubię wypowiadać się na swój temat, nie namówicie mnie, żebym nazywał siebie „kotem”. Odnośnie Legii to najczęściej chodzi mi po głowie taki mecz w kadrze województwa, gdzie graliśmy z nim sparing. Przegraliśmy 3:5, ale strzeliłem dwa gole i miałem asystę. Po meczu podszedł do mnie Michał Ł»yro, który został wysłany przez trenera, żeby spytać jak się nazywam…
Chodź, pójdziemy do mamusi
Na Łazienkowską trafił, gdy miał 16 lat. Nie musiał przyjeżdżać na testy, Marek Jóźwiak powiedział, że bierze go w ciemno. Znalazł się w roczniku 92 obok Wolskiego, Furmana, Kopczyńskiego i Ł»yry. Trener Młodej Legii Dariusz Banasik mówił, że z nich wszystkich Efir był najlepszy. Sam Efir wzrusza ramionami, trzeba go trochę naprowadzić.
– Trener Banasik mówił, że widzi w tobie drugiego Roberta Lewandowskiego.
– No tak, rozmawiałem kiedyś z nim i faktycznie opowiadał mi o Lewandowskim. Mówił, że prowadził nas w podobnym wieku, ale że widział u mnie większą łatwość w odnajdywaniu się w dogodnych sytuacjach i zdobywaniu bramek.
– Potem dostałeś nagrodę dla najlepszego piłkarza Młodej Ekstraklasy.
– Wiem, bo mnie krytykowaliście, tzn. ktoś inny od was, kto ten tekst napisał. Mówiliście, że zdobyłem nagrodę raptem po ośmiu rozegranych meczach. Tyle, że jestem ciekaw, czy osoba, która to napisała, oglądała mnie faktycznie w akcji. Dziwnie być ocenianym przez pryzmat statystyk, bo w głosowaniu uczestniczyli trenerzy i kapitanowie naszych rywali. Oni mnie znali i docenili.
Był to czas już po pierwszym zerwaniu więzadła. W lutym 2011 roku poleciał jako gracz pierwszego zespołu na zgrupowanie w Hiszpanii, a kilka tygodni później, tuż przed meczem ligowym z Cracovią doznał kontuzji w ekipe ME. Nawet w trakcie żonglerki zaczęła mu uciekać noga.
Pod koniec marca przeszedł operację rekonstrukcji więzadeł i całe następne dwanaście miesięcy spędził w gabinetach lekarskich i na rehabilitacji. Gdy wrócił, zaczął od gola dla ŁKS-u w ME, potem miał serię czterech goli w czterech meczach, aż w końcu doczekał się debiutu w pierwszej drużynie. Wszedł w 73. minucie w przegranym 0:1 meczu z Lechem na Łazienkowskiej.
– Niby zadebiutowałeś u Skorży, ale każdy wie, że to trochę inna bajka niż Jan Urban – wtrącamy.
– Skorża to bardzo dobry trener, naprawdę. Dużo prezentacji wyświetlał na rzutniku, pokazywał, że np. bramkarz lubi wziąć na zamach itd. Ale ogólnie brakowało mu podejścia. Urban ma luz, wie, jak rozładować atmosferę. Na zgrupowaniu w Hiszpanii mówię: „trenerze, coś mnie w plecach zaczęło pobolewać”, a on na to: „dobra, chodź, pójdziemy do mamusi”. I rzucał tym tekstem na około. Naprawdę czasem lepiej postawić na kontakt z zawodnikiem niż ciągle wbijać do głowy taktykę. Najgorsze u Skorży było to, że mieliśmy świadomość, że zapierdalanie nam nie pomoże, bo i tak nie powąchamy trawy. Ale jakby nie patrzeć, u niego debiutowałem.
Foto: Legionisci.com
Sztuczny problem
Kilka tygodni później zagrał jeszcze 11 minut w ostatnim meczu sezonu z Koroną. Potem wrócił do Młodej Ekstraklasy i… znowu doznał kontuzji. Znów uszkodził kolano dokładnie w tym samym miejscu.
– Nie wiem, skąd ten pech. Los mnie karał, choć ja… byłem niewinny. OK, raz na turnieju halowym sfaulowałem kogoś w taki sposób, że przeleciał przez barierkę, która była obok boiska. Tyle, że to było niezamierzone! Lekarze mieli swoje domysły, skąd u mnie te urazy. Legia miała przede wszystkim opracowany inny program treningowy. Mikrocykle i tego typu rzeczy, z którymi nie miałem styczności w Lublinie. Tam był inny program. A w zasadzie nawet go nie było. Zmiana obciążeń mogła mieć ogromne znaczenie.
– A sztuczna murawa? Widziałeś, co się o tym mówi.
– Nie zgadzam się, że chodzi o sztuczną murawę. To tylko i wyłącznie kwestia przygotowania. We Włoszech i Hiszpanii też trenują się na sztucznych trawach. Gadałem z Cesarem – od nas, od przygotowania – i doszliśmy do wniosku, że to nie kwestia boiska, ale fakt, że ze sztucznego przechodzisz na naturalne. Lub na odwrót. Zmiana podłoża robi czasem swoje. Wiele razy o tym wszystkim myślałem i… nic. Nie wiem, czy to przypadkowe zerwanie więzadła czy efekt poprzednich kontuzji. Wszystko jest możliwe, od pecha po jakieś… inne, nieznane mi do końca czynniki.
– Za każdym razem doznawałem tego urazu bez kontaktu z rywalem. Każdy organizm reaguje inaczej na zerwanie więzadeł. Za pierwszym razem skręciłem kolano i nie miałem obrzęku. Mogłem chodzić, biegać, ale po 3 tygodniach zaczynało wychodzić, że tego więzadła… nie ma. Przy zwykłej żonglerce uciekała mi noga. Poddałem się wtedy rezonansowi. Za drugim razem zaczynało się dla odmiany od tego, że traciłem równowagę. Słyszałem, że niektóre osoby bardzo boli zerwanie więzadeł, ale ja na początku na żadne cierpienia nie narzekałem. Dopiero drugie zerwanie to był ból, który momentalnie zblokował mi kolano.
Dwaliszwili już wie
Od początku czerwca do końca listopada rehabilitował się w Łodzi. Z okna widział stadion Widzewa. – Byłeś na jakimś meczu? – pytamy. – Raz, chyba jakoś w sierpniu. Z Ruchem. To był najgorszy mecz w ekstraklasie, jaki widziałem – uśmiecha się, w międzyczasie ogrywając nas Realem Madryt w FIFIE. Mówi, że na zgrupowaniu w Hiszpanii nie grali, bo nie było jak podłączyć konsoli. Telewizory nie dość, że były małe, to jeszcze przylepione do ściany.
– Jak to jest, że jak wracasz, to od razu ładujesz seriami? W Hiszpanii strzeliłeś piątkę.
– Eee, to było normalne. Miałem dobre przygotowanie i rehabilitację, w powrocie do zdrowia pomagał mi też Remek Rzepka. Czułem się dobrze w sparingach, ale i tak non-stop miałem wrażenie, że gram na 70-80 procent możliwości. Zakładałem, że na początku rundy wiosennej i tak bym na początku usiadł na ławce i grałby Sagan. Nie czułem się lepszy.
– A potem trach i znowu więzadła. Trzeci raz.
– Przez pierwszy dzień było wszystko w porządku. Zginałem nogę, ale kiedy zaczęła mi puchnąć na drugi dzień, trochę się zaniepokoiłem.
– Dlaczego nie odbierałeś telefonu od dziennikarzy?
– Głupio było mi odbierać telefony, kiedy do końca nie znałem diagnozę. Powiedziałbym wam: czuję, że jest tak, a potem w badaniach by wyszło inaczej. Więc kiedy nie ma się pewności, wolę się nie wypowiadać. Teraz mam już diagnozę, wiem, co mam robić. Czuję, że mam ogromne wsparcie ze strony klubu, jak i rodziny oraz znajomych. Poza tym Kuba Wawrzyniak zadzwonił po urazie i powiedział, że trudno mu się wczuć w moją sytuację, ale on też przechodził coś podobnego. Był oskarżony o doping w Grecji, nie mógł grać. Przekonywał, żebym się nie łamał. No i się nie łamię. Póki medycyna jest w stanie mnie poskładać, nie załamuje rąk. Nie po to zapierdalałem od dziewiątego roku życia. Chłopaki czasem z przygnębieniem pytają „ile można mieć tę samą kontuzję”, ale ja nie sędzię i nie mówię „kurwa, znowu”. Wiem, że jeszcze trochę mnie w piłce czeka. Mariani powiedział, że po czyszczeniu kolana odpadam na dwa miesiące, ale potem w cztery-pięć miesięcy jestem do postawienia na nogi. Może więc na końcówkę jesieni jeszcze się załapię.
– Powiedzieliśmy ostatnio Dwaliszwilemu, żeby postrzelał sobie wiosną, bo jesienią posadzisz go na ławce – zagajamy.
– Zobaczymy. O umiejętności się nie martwię. Trudno być Efirem, ale można się przyzwyczaić.
PAWEŁ GRABOWSKI I FILIP KAPICA

