فódzki Klub Sportowy – czas uznać porażkę i znów się podnieść

redakcja

Autor:redakcja

03 marca 2013, 01:27 • 7 min czytania

Reklama
فódzki Klub Sportowy – czas uznać porażkę i znów się podnieść

Dziś zadzwonił do mnie Piotrek Jasiński z Orange Sport, który przygotowywał krótki materiał o zawieszonej licencji فKS-u. Padło pytanie, które w kręgu kibiców tego klubu jest niemal kultowe: „co dalej?”. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą – nie wiadomo, ale znając فKS, znowu jakoś się wywinie. Odwoła się, w międzyczasie ktoś wyczaruje te sto, czy dwieście tysięcy złotych i na ostatnią chwilę, tak jak kilka tygodni temu – za pięć dwunasta, dosłownie i w przenośni, spłaci wierzycieli. Jak فZPN chciał kasę do południa w poniedziałek – pieniądze znalazły się dopiero w weekend, a formalności dopinano kilkadziesiąt minut przed upływem czasu. Wnioski licencyjne? Się złoży. Kiedyś, wkrótce, w najbliższym czasie. Wypłaty? Gdy już będziemy pod murem. I tak to się toczy…
Nie zdawałem sobie wcześniej z tego sprawy, ale pierwszy obrazek jaki pamiętam w całym swoim życiu to właśnie piłkarski stadion. Niewiele się zmienił, dodano wiaty jak na przystanku autobusowym i rozkopano sektor gości. Zamontowano trochę krzesełek, wymieniono murawę, nie ma też już żużlowo-piaskowej bieżni, ale na trybunę można wejść tym samym tunelem co wtedy. Z tymi samymi napisami co wtedy, łącznie z wybazgranym sprejem hasłem „obywatelu, nie lej w tunelu”. Zegar, ten co zawsze, jeden z bardziej nowoczesnych w szalonych latach siedemdziesiątych, a może i jeszcze wcześniej. Galera – identyczna jak niemal równe dwadzieścia lat temu. Nie wiedziałem wtedy, którzy to „nasi”, a jak chyba każde dziecko, strasznie lubiłem kolor niebieski. Pamiętam, że FC Porto akurat grało w koszulkach w biało-niebieskie, pionowe pasy, nic dziwnego, że ucieszyłem się, gdy strzelili bramkę. Choć parę rzędów niżej od miejsca w którym siedziałem z moim tatą powstawał wtedy bohomaz równie kultowy jak ten z tunelu. „FC Porto is deah”.

Reklama

Angielski w 1994 roku nie był jeszcze tak popularny jak dziś. FC Porto i zdechł, po prostu. Miałem cztery lata, nie pamiętam z tamtego okresu nic, prócz biało-niebieskich koszulek portugalskiego klubu i imponującego, monumentalnego, pokrzywionego budynku, który okazał się trybuną główną stadionu przy al. Unii 2.

Gdy już zacząłem sobie te podróże w przeszłość, od razu przyszedł mi do głowy Ryan Giggs, który właśnie przedłużył kontrakt z Manchesterem o kolejny rok. W 1998 byłem już nieco bardziej kumaty piłkarsko, wiedziałem którzy są „nasi”, ale i tak idolem nie stał się ani Niżnik, ani tym bardziej Wyciszkiewicz. Mój ulubiony „Sagan” był już wówczas po wypadku motocyklowym, a resztę piłkarzy zwyczajnie lubiłem. Bez szaleństw, bez młodzieńczego zafascynowania, bez gonienia za autografami, czy koszulkami (poza Saganowskim naturalnie). No i wtedy, w programie meczowym, poczytałem sobie o Giggsie, o jego historii, jego osiągnięciach. Na boisku też musiał prezentować się nieźle, choć ni w ząb, nie pamiętam z tego meczu prawie nic, a biorąc pod uwagę wynik 0:0 – jakimiś niesamowitymi asystami, czy strzałami raczej mnie nie zachwycił. Tak czy owak, w sierpniu 1998 postanowiłem sobie, że jak pójdę już trenować do klubu, to będę grał na lewej pomocy. Z jedenastką.

Potem było jeszcze kilka wzlotów i kamieni milowych, które w jakiś sposób zdefiniowały to kim jestem teraz. To na ŁKS-ie pierwszy raz napisałem coś na kształt artykułu. Potem jakieś relacje z meczów, jeszcze szereg innych aktywności. Nie ukrywam, było wiele radości, ale nieporównywalnie więcej porażek. Zaczynałem przygodę z kibicowaniem akurat wtedy, gdy klub wjechał na bandę. Spadał do II ligi, a po odejściu Ptaka miał zły miesiąc. Rok. Pięciolecie. Złą dekadę. Staram sobie przypomnieć, kiedy można było z pełną świadomością, będąc zdrowym na umyśle i analizując sytuację obiektywnie, bez kibicowskiego zabarwienia powiedzieć: w ŁKS-ie jest dobrze. Niestety, zawodzi mnie albo pamięć, albo przewrotna historia ostatnich dziesięciu lat.

Reklama

Czasem śmieję się, że bycie kibicem فKS-u, biorąc pod uwagę tylko formę sportową i organizacyjną sekcji piłki nożnej, to odpowiednik poziomu weterana w grach wojennych na konsolach. Trochę jak z noworodkami w Sparcie – ledwo się zorientujesz, gdzie dół, a gdzie góra i już ładują cię do lodowatej wody. Te słabsze jednostki od razu wyrzucano w przepaść, te, które przeżyły – doświadczano dalej. Wychowanie spartańskie… Ciągłe próby wytrzymałości, bezustanne kary, zero odpuszczania, zero taryfy ulgowej. Jak nie właściciel-bankrut, to piłkarze-pierdoły, które znowu zlatują z ligi. Byliśmy o krok od zjechania na trzeci poziom rozgrywkowy, pierwszy raz w niemal stuletniej historii klubu. Byliśmy o krok od upadłości finansowej, jakieś osiem razy. W ostatnich dziesięciu latach. Jak robiliśmy awanse – to w stylu umęczonego życiem, byłego mistrza bokserskiego, który nawet kelnerów ogrywa dopiero na punkty. Wracaliśmy do Ekstraklasy, potem znowu spadaliśmy, zabierano nam licencję, a los zsyłał do klubu całą armię cwaniaków, kombinatorów i typów spod najciemniejszej gwiazdy. Dodatkowo cały czas te nadzieje – idzie sponsor, ponoć z Dubaju. Idzie nowy stadion, teraz to już na pewno.

Starałem sobie przypomnieć kiedy pierwszy raz słyszałem o planach modernizacji obiektu przy al. Unii 2, nie dam sobie ręki uciąć, ale mogło to być krótko po meczu z Manchesterem. O mitycznym inwestorze, który czeka już za rogiem, trzy kilometry od klubu i wypłaca właśnie 5 miliardów w bankomacie, żeby nam od razu kupić skład na mistrza Polski słyszeliśmy mniej więcej od początku rządów Daniela Goszczyńskiego. Słyszymy zresztą o tym do dziś, ostatnio ponoć upodobano sobie Wingerta. Przed Wingertem byli Voigt, Drzymała, Profus, Osuch, biznesmeni z Francji, biznesmeni z Dubaju, biznesmeni z Węgier, buddyści ze świątyni Wat Pho i przybysze z Marsa prosto ze Strefy 51 („już jadą, tylko czekają aż miasto podpisze przetarg na budowę obiektu”). Jeśli ktoś rozbudzał nadzieje, wchodził w klub, coś reformował, jak choćby Kenig z Urbanowiczem – wkrótce okazywało się, że to i tak pic na wodę. Wszystkie okienka transferowe odkąd tylko sięgam pamięcią polegały na gwałtownej, robionej po omacku rewolucji. Czasem, w ramach wyjątku potwierdzającego regułę, piłkarzom udawało się utrzymać jako jeden zespół przez dwie rundy. Ale wtedy starano się w zastępstwie wymienić zarząd i strukturę udziałowców. Zresztą, dopinanie budżetu to kolejna partyzancka walka z niewidzialną ręką rynku – bezlitośnie ściągającą w dół nie tylko ŁKS, ale całą فódź. Pieniędzy nie było nigdy, a to że teraz ich nie ma też nie powinno nikogo dziwić. I tak każdy wiedział – w końcu coś się „zorganizuje”. W końcu się to jakoś „załatwi”.

Ale chyba formuła się wyczerpuje. Na szczęście piłka idzie do przodu. Kluby zaczynają pracować na zdrowych zasadach, prowizorka staje się niemile widziana, a w końcu pewnie zaczną się kary za opieszałość. Ba, już się zaczęły, biorąc pod uwagę zawieszenie licencji. Zawieszenie, które wyznacza kierunek, moim zdaniem jedyny słuszny. Ostatnio rozmawiałem z Tomaszem Wieszczyckim, który uderzył w bardzo górnolotne tony, że Niemcy w ostatnich czterystu, czy pięciuset latach bankrutowały kilkakrotnie. Argentyna. Islandia. Nie wspominając o różnych firmach, klubach, stowarzyszeniach. A mimo to trwają. Ligi, pieniądze, właściciele – to bowiem przybudówka, przepis na sukces, na mnóstwo radości, ale żadna gwarancja ciągłości klubu. Gdzie jest Groclin? Amica? „Wieszczu” ciągnął dalej, że ŁKS to kilka sekcji, ponad sto lat historii i tysiące kibiców – ta garstka fanatyków, która nawet teraz jeździ po Polsce za zdziesiątkowanym klubem, ta nieco większa grupa ludzi, którzy nadal są na tyle odważni, by siadać na trybunach rozsypującego się stadionu oraz cała banda ludzi, którzy czekają na zmianę. Aż będzie normalnie. Aż kupnem swojego biletu nie będą wspomagać nieudolnych działaczy, aż przestaną się wstydzić za kolejne „fachowe inaczej” decyzje.

Drogę wyznaczyło już tyle klubów reaktywowanych, Pogoń, Lechia, GKS Katowice, nie wspominając o tych nieco mniejszych, jak Stilon Gorzów Wielkopolski, Odra Wodzisław, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, niedawno opisywany przez nas Wielim Szczecinek, czy nawet Górnik فęczna. Chyba czas odłączyć aparaturę, a przede wszystkim wyciąć komórki rakowe, które już od dawna trawią 105-letni klub. Chemioterapia może być długa i bolesna, ale im dłużej zwleka się z jej rozpoczęciem – tym gorzej dla pacjenta.

Reklama

Kluczem powinno być dziś dogranie pierwszej ligi, czyli wyczarowanie ugody z tymi piłkarzami, którzy zgłosili się po swoje, należne im pieniądze. Potem jednak, zamiast trwać w tym beznadziejnym pacie, warto wreszcie podjąć męską decyzję. Patrząc na słowa Wieszczyckiego, Saganowskiego, Wyparły i wielu innych – są ludzie, którzy chcą to stawiać od początku. Na zdrowych zasadach.

Dwadzieścia lat temu w najczarniejszych snach nie pomyślałbym o tym, jak będzie wyglądał ten klub w 2013 roku, naturalnie gdybym odróżniał wówczas koszulki فKS-u i Porto. Po dwumeczu z Manchesterem United i ich późniejszym triumfie w całych rozgrywkach żartowaliśmy, że gdybyśmy na nich nie trafili, spotkalibyśmy się dopiero w finale. Tak nas wtedy ten los nie oszczędzał, że mając pakę na zwycięstwo w Lidze Mistrzów, trafiliśmy na największego rywala już w rundzie kwalifikacyjnej.

Gdy spadaliśmy z Ekstraklasy, w Białymstoku rozpoczęły się śpiewy „za rok wracamy i wszystkich rozpierdalamy”. Nie wspominając o innych, równie szyderczych i ironicznych śpiewkach. Przez ostatnie dziesięć, czy dwanaście lat wszyscy nauczyli się godnie znosić porażki i zawsze się podnosić. Czas przyjąć na barki tę największą, z pozoru ostateczną.

I znów się podnieść. Może od czwartej ligi.

Reklama

JO

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama