Orest Lenczyk oświadczył, że jak jest wojna, to wypuszcza się z więzień przestępców – a później zabrał Cristiana Omara Diaza na mecz z Hannoverem. Nie spodziewaliśmy się, że akurat z Oresta wyjdzie miękka faja, ale niestety tak to wygląda. Nam się zawsze zdawało, że to jest facet, który nawet jak będzie tonąć – to do końca w mundurze. A tu niespodzianka – skamlanie o ratunek u piłkarzyka, który dopiero co nazwał go „chujem”.
Ł»eby jeszcze ten Diaz chociaż udał skruchę, przeprosił nawet nieszczerze. Ale nie, nic z tego, jemu się nie chciało udawać. Nazwał trenera „chujem” i jest z tego dumny, a teraz ten sam trener woła: – Ratuj!
A tam przecież nie ma czego ratować, porażka 3:5 w pierwszym meczu przekreśla wszystko. Gdyby Śląsk wygrał pierwszy mecz 2:1 to mógłby marzyć o awansie. Wtedy Lenczyk mógłby kalkulować: – Przywracać Diaza czy nie? I tak taka kalkulacja byłaby idiotyczna i dla szkoleniowca uwłaczająca, dla szanującego się szkoleniowca – niedopuszczalna. Lenczyk najwyraźniej przestał się szanować i w dodatku teraz przywraca piłkarzyka w sumie nie wiadomo po co, bo przecież nie po to, by wywalczył mu awans do fazy grupowej LE.
Bez sensu. Skądś znamy tę metodę wychowawczą, polegającą na ciągłym „przywracaniu”. Stosowała ją Wisła Kraków wobec Patryka Małeckiego.