Nie trafił do niego dziadek Moratti, prostych rzeczy nie potrafił przetłumaczyć Mourinho, nie rozumiał nawet… o co prosi go matka. Zdawało się, że bardziej nie da się przegiąć, kiedy wjechał na teren więzienia bez przepustki. A jednak – udało się – z kumplami podpalił swój dom. Niedawno mógł pogrzebać swoją karierę, dziś zdobywa kolejne hat-tricki. I na boisku, i w sypialni. Jeśli nie wstał dziś lewą nogą, to kolejnego może odłożyć we Wrocławiu. Przedstawiamy alfabet współczesnego największego „enfant terrible” włoskiego futbolu. Maniaka gadżetów Apple, miłośnika „bunga bunga” i niedoszłego więźnia. Przed wami – Mario Balotelli.
A jak APPLE iPAD. Małe urządzenie, z którym Balotelli najwyraźniej nie może się rozstać. Zabiera je ze sobą wszędzie nawet… na ławkę rezerwowych. Włoscy fotoreporterzy przyłapali go z iPadem w rękach podczas meczu eliminacji do mistrzostw Europy przeciwko Wyspom Owczym. Podobno Mario bardziej niż wydarzeniami na boisku zajęty był zabawą i aktualizowaniem swojego statusu na Facebooku. Z jednej strony trudno mu się dziwić – co może być nudniejszego niż gra piłkarzy z Wysp Owczych. Z drugiej – to skrajny nieprofesjonalizm. Ale tak w zasadzie, to jest coś, co… z Balotellim kojarzy się jak najbardziej. A co na to wszystko sam zainteresowany? – Nie wziąłem go ze sobą na ławkę, a tylko na rozgrzewkę – oświadczył tonem kończącym sprawę. Tak, jakby zabieranie iPada na przedmeczowy rozruch było zupełnie normalne.
B jak BARCELONA. Gdyby historia potoczyła się trochę inaczej, Balotelli mógłby dzisiaj grać w koszulce „Blaugrany”. Kilka lat temu trafił na testy do klubu z Katalonii i zrobił na trenerach ogromne wrażenie. Miał 16 lat. Zagrał trzy mecze w barwach Barcelony B, w których osiem razy trafił do bramki. Zachwyceni działacze natychmiast przygotowali kontrakt. Ale Mario już wtedy nie był człowiekiem łatwym w obejściu. Pogadał ze swoim agentem, zaczął kręcić nosem na warunki zawarte w umowie i ostatecznie wybrał ofertę Interu. A gdyby trafił do Barcelony, ta miałaby aktualnie najlepszy atak na świecie. W końcu sam Mario powiedział kiedyś, że jest „tylko minimalnie gorszy od Messiego”.
C jak CZARNUCH. Jednym z powodów, dla których Mario przeniósł się do Manchesteru było to, jak traktowali go włoscy kibice. Rasistowskie zaczepki pod jego adresem były na porządku dziennym. – Nie ma czarnych Włochów – skandowali fani, wyrażając niezadowolenie z powodu jego gry w koszulce „Squadra Azzura”. „Mówimy „nie” dla wieloetnicznej reprezentacji” – taki transparent przywitał go podczas meczu kadry z Rumunią. – Skacz, a Balotelli umrze – śpiewali z kolei fani Juventusu miarowo podskakując na trybunach. Do pewnego czasu to znosił. Nie wytrzymał podczas meczu z Chievo. Przez całe spotkanie wysłuchiwał obelg pod swoim adresem, a kiedy schodził z boiska, w geście protestu ironicznie bił brawa kibicom. Kosztowało go to siedem tysięcy euro kary. Co ciekawe, fani klubu z Werony nie zostali w żaden sposób ukarani. – Atakują mnie, bo jestem lepszym Włochem niż oni. Założę się, że gdyby spotkał jednego z tych kibiców, to poprosiłby mnie o autograf – podsumował całą sprawę Balotelli.
D jak DERBY. Są piłkarze, którzy potrafią grać w derbach i tacy, którym wtedy z nerwów plączą się nogi. Są też tacy, którzy niezależnie od postawy na boisku zawsze trafią na czołówki gazet. Do nich należy Mario. „Why always me?” Koszulkę z takim napisem zaprezentował podczas ostatnich derbów Manchesteru. Rywalom zza miedzy strzelił dwie bramki i był jednym z głównych autorów historycznego lania na Old Trafford. Ale już we Włoszech zasłynął z wiecznego podgrzewania derbowej rywalizacji. Będąc graczem Interu potrafił pojawić się w telewizji w koszulce Milanu. Zresztą nigdy nie krył się z tym, że tak naprawdę jest fanem „Rossonerich”. Kiedyś dziennikarze przyłapali go nawet śpiewającego hymn tego klubu i skandującego „Forza Milan”.
E jak EKSTRAWAGANCJA. Trudno znaleźć słowo, które lepiej opisywałoby Balotellego. I to zarówno w kwestii ubioru, jak i zachowania. Swego czasu media obiegły zdjęcia Maria noszącego na głowie coś na wzór gigantycznej rękawicy. Niedawno po ośrodku treningowym „The Citizens” w Carrington paradował z kolei w ocieplaczu na szyję, na którym wyszyty był nie kto inny, jak bohater popularnej gry „Mario Bros”. Inna historia – kilka tygodniu temu mama postanowiła wysłać Mario na zakupy. Lista była krótka – miał wrócić z żelazkiem i deską do prasowania. Zniknął na kilka godzin i wrócił w towarzystwie ciężarówki. Po wyładowaniu okazało się, że jest tam wszystko oprócz tego, co było na liście. Co kupił Mario? Między innymi skuter i trampolinę.
F jak FAJERWERKI. Co może robić piłkarz na dzień przed derbowym meczem z Manchesterem United? Berti Vogts powiedziałby pewnie: „wszystko, byle nie uprawiał seksu”. Seks? To by było zbyt proste. Tak pewnie pomyślał Mario, po czym zabrał się z kumplami do sklepu, żeby kupić fajerwerki. Kilka godzin później przy jego ulicy stały już wozy straży pożarnej. Dom stanął w płomieniach, bo odpalanie petard w ogrodzie było dla Balotellego i jego znajomków zbyt pospolite. Postanowili dać ognia w łazience. Nie pomyśleli jednak o tym, że ręczniki mogą być łatwopalne. „Głupi ma zawsze szczęście” mówi przysłowie – i coś w tym jest. Dwa dni później Mario został twarzą kampanii promującej bezpieczne używanie sztucznych ogni. W międzyczasie razem z kolegami na Old Trafford zdążył jeszcze zorganizować brytyjską wersję pewnego serialu – „Six in the City”.
G jak GŁUPOTA. Powiedzieć, że Mario niespecjalnie grzeszy inteligencją, to nic nie powiedzieć. Podczas rozgrzewki przed spotkaniem Ligi Europejskiej z Dynamem Kijów pokazał, że przerasta go czasem nawet założenie treningowej koszulki. Później w samym meczu też błysnął. Osłabił zespół, bo postanowił wypróbować cios karate na Goranie Popovie. Na zakończenie szalonego wieczoru wdał się w słowną przepychankę z kibicami Dynama. I to wcale nie na stadionie, a… na środku ulicy. Kiedy Balotelli zauważył ukraińskich fanów wracających z meczu, zatrzymał swoje białe Maserati i nie zważając na tworzący się za jego samochodem korek wyzwał kibiców na pojedynek.
H jak HAT-TRICK. Ale nie taki na boisku, chociaż tych też Mario już zdążył kilka ustrzelić. Pięć dni, dwie imprezy, trzy kobiety. Brzmi, jak reklamówka podrzędnego filmu porno, ale w tym przypadku rzeczywistość przerosła fikcję. Balotelli nigdy nie był zwolennikiem poważnych związków z kobietami, a prawdziwego wyczynu dokonał w ostatnią noc sylwestrową. Na imprezę przyszedł ze swoją ówczesną partnerką Sophią Reade. Po kilku godzinach wylądował w łóżku na piętrze z jej najlepszą przyjaciółką, co „The Sun” podsumował celną puentą – „Mario musi mieć w domu grube ściany i podłogi”. A pięć dni później szalał już w swoim Maserati z jeszcze inną blondynką. Szkoda, że ona też nie zjawiła się na imprezie sylwestrowej. Wtedy hat-trick mógłby być klasyczny…
I jak INTER. Klub, któremu zawdzięcza wszystko: trzy Scudetta na koncie, Coppa Italia, Superpuchar Włoch i Liga Mistrzów. Pokaźna gablota na nic, bo Mario z podobnych błyskotek cieszyłby się dopiero w barwach Milanu. Za czasów gry na Giuseppe Meazza w kolekcji trofeów zabrakło mu tylko jednego – autografów piłkarzy lokalnego rywala. Kiedyś takie wyzwanie rzucił mu Javier Zanetti. Obyło się bez odzewu.
J jak JOSE MOURINHO. Balotelli to prawdziwa porażka wychowawcza portugalskiego trenera. – Mario to taki duży rozkapryszony dzieciak – tak zwykł o nim mawiać Mourinho. Przez cały okres pracy z niepokornym Włochem próbował go czegoś nauczyć. W zamian za to musiał znosić jego ciągłe wybryki i lenistwo na treningach. Nie pomagały ani prośby, ani groźby. Nawet odsunięcie od składu nie przyniosło zamierzonego efektu. A na odchodne usłyszał jeszcze od Balotellego, że jest niezłym trenerem, ale powinien nauczyć się dobrych manier.
K jak KŁÓTNIE. Mario od dwóch dni z nami trenuje i jeszcze nie zdążył mnie zdenerwować – pochwalił się Cesare Prandelli podczas niedawnego zgrupowania włoskiej reprezentacji. To zdanie pokazuje, jak wredny Mario musi mieć charakter. I tak rzeczywiście jest. Z Roberto Mancinim pokłócił się kiedyś tylko dlatego, że ten ośmielił się zdjąć go z boiska za lekceważący strzał piętą w meczu z Los Angeles Galaxy. W ośrodku treningowym „The Citizens” też nie zawsze skupia się na grze w piłkę. Kiedyś postanowił urządzić sobie trening bokserski i pobił się z kolegą z zespołu – Jeromem Boatengiem. Obiadu również nie potrafi zjeść spokojnie. Kilka miesięcy temu w restauracji wdał się utarczkę słowną z niejaką Jenny Thompson – prostytutką, którą dziennikarze brytyjskich bulwarówek przyłapali kiedyś z Waynem Rooneyem. Niewiele brakowało, a awantura zakończyłaby się bójką, bo krewki Włoch proponował towarzyszowi Thompson wyjście na zewnątrz i mały „sparing”.
L jak LUCKY. Takie imię nosi jedyna prawdziwa miłość Balotellego. I jak nie trudno się domyślić, nie chodzi wcale o kobietę. Lucky to pies. Konkretnie – czarny labrador. Kobiety zmienia, jak rękawiczki, ale psa darzy stałym uczuciem. Wielokrotnie podkreślał, że bardzo przeżył półroczną rozłąkę ze swoim pupilem, kiedy przeniósł się do Manchesteru. Psa nie mógł od razu ze sobą zabrać ze względu na obowiązującą kwarantannę. Gdy Lucky trafił już na Wyspy, Balotelli nie chciał rozstawać się z nim nawet na chwilę. Poprosił nawet włodarzy City, aby mógł zabrać go na fetę z okazji zwycięstwa w finale FA Cup nad Stoke City. Zgodę otrzymał, ale Lucky’emu nie było ostatecznie dane przejechać się odkrytym autobusem. Jego pan miał ciekawsze zajęcia i postanowił olać mistrzowską fetę.
M jak MANCINI. Człowiek, który ujarzmił bestię. Czasu na zagłębianie tajników psychologii miał jednak sporo, bo przed przybyciem Mario do City, panowie nie widzieli się przez dwa lata. Bywało nerwowo, włoski menedżer niejednokrotnie sprawiał wrażenie, że weźmie podopiecznego na buty. Albo odwrotnie – to Mario skoczy mu do gardła, jak w meczu sparingowym z Los Angeles. Fakty są jednak takie, że Mancini zaszczepił w Balo mentalność zwycięzcy, gwarantując pierwszy medal w dorosłej karierze za wygranie Scudetto. W Anglii razem ugrali na razie tylko FA Cup, ale jeszcze kilka miesięcy i efekt współpracy przejdzie najpewniej najśmielsze oczekiwania. Wystarczy tylko uniknąć konfliktów i powiększać przewagę nad rywalami. Wygląda na to, że piłkarz dojrzał na tyle, że trener nie musi dłużej pudrować noska. Na wypadek, gdyby musiał ukryć na twarzy atak furii.
N jak NEAPOL. Trudno powiedzieć, czy za poszerzanie horyzontów podopiecznego również odpowiadał Mancini, ale Mario wpadł przed rokiem na pomysł, że pora się wreszcie odchamić. Za mola książkowego byśmy go nie posądzali, ale filmy robią na nim spore wrażenie. Ekranizacja kasowej „Gomorry” wciągnęła go na tyle, że z ciekawości wylądował w przestępczej dzielnicy Neapolu, Scampii. Patrząc na jego wizerunek, nie byłoby jeszcze w tym nic dziwnego, gdyby nie towarzystwo podejrzanych elegancików. Burżujscy przewodnicy Balo w dzielnicy biedy i dragów zbytnio nie pasowali do skrótu myślowego „syf, brud i malaria”, który na myśl o tym mieście przychodził do głowy Wojciechowi Kowalczykowi. Sprawa znalazła finał na komendzie, gdzie Mario uparcie powtarzał w charakterze świadka: – Skąd miałem wiedzieć, kim oni są? – podpowiadamy: mafiosami z Camorry.
O jak OPIEKUŁƒCZOŚÄ†. Ekscesy z Neapolu należało zamieść pod dywan, więc Mario kilkakrotnie wypruwał naszywkę z napisem „bad guy” i wskakiwał w strój Supermana. Kiedy zgarnął blisko 30 tysięcy funtów w kasynie, rzucił tysiaka bezdomnemu koczującemu pod wejściem. Większy respekt wzbudził jednak, kiedy przejechał się do szkoły. Nie w charakterze ucznia, a obrońcy wyśmiewanego chłopca, który zamiast na lekcje – jeździł pod ośrodek treningowy Man City. Nie wiemy nic o jego dalszych losach, ale podejrzewamy, że po takiej obstawie nikt więcej mu nie podskoczył, zwłaszcza, że wujek Mario zapragnął takiej deklaracji z ust wychowawcy. Aż trudno pomyśleć, że bohaterski samarytanin może mieć tylu wrogów. Czyhających po najciemniejszych kątach:
P jak PARKING. Właśnie w tym miejscu, po raz pierwszy mógł dostać w czapę. Okazja ku temu była wyborna, bo świeżo po meczu z Barceloną, w którym zdeptał klubową koszulkę. „Ta zniewaga krwi wymaga” – cytując klasyka. Gdyby nie sprawna interwencja ochrony, piłkarz nie uniknąłby linczu z rąk kibiców Interu. Jeszcze sprawniej od stadionowej obsługi zadziałał Massimo Moratti, który o bezpieczeństwo niesfornego piłkarza zadbał w najlepszy możliwy sposób – szukając mu pracy emigracji. Nazajutrz po zajściu gazety nie pozostawiły już żadnych złudzeń: „Balotelli musi odejść” i w lecie piłkarza puszczono samopas do Manchesteru.
R jak RZUTKI. Jedno z bardziej medialnych przewinień, w dodatku dość kosztowne, bo równające się karze 100 tysięcy funtów. Zanim piłkarz ogarnął angielski na poziomie komunikatywnym, zaczepiał młodszych. Niestety, nie na Facebooku i nie po to, by pogawędzić, a sprawić im ból. Z nudów, jak mówił bezczelnie. Balotelli urządził sobie trening strzelecki… rzutkami z okna na pierwszym piętrze klubowego ośrodka treningowego. W roli żywej tarczy – młodzieżowcy z klubowej akademii. Na ich widok nie drgnęła mu nawet powieka. Cel, pal.
S jak SAMOCHODY. Z Neapolu wyjechał ponoć bez dragów, choć dodatkowe zastrzyki nie są mu specjalnie potrzebne. Adrenaliny poszukuje na wszelkie sposoby, choć za kółkiem brakuje mu jeszcze równie dobrego refleksu, jak w rzutkach. Na krótko po przeprowadzce na Wyspy roztrzaskał swoje sportowe Audi R8. Określenie „jazda po bandzie” nabiera w jego kontekście nowego znaczenia. Ostatnio ponoć wziął się za ostre treningi i wybudował we własnym ogródku… tor dla quadów. Odwagi do szarżowania mu nie brakuje, bo dotąd wychodził z wszelkich kolizji bez szwanku.
T jak TOTTI. Paradoksalnie, większe niebezpieczeństwo niż na szosach, spotkało go kiedyś w meczu z Romą. W roli zamachowca na jego karierę wystąpił Francesco Totti. Jak by na to nie spojrzeć – finał Pucharu Włoch zwiastował wybuch wulkanu z jednej lub z drugiej strony. Kiedy bezradna Roma nie miała już szans na wyrównanie stanu rywalizacji, „Il Capitano” dłużej nie zwlekał i postanowił pobiec do szatni. Na odchodne traktując solidnym kopniakiem Balotellego. Takim, po którym pękają ochraniacze. Piłkarz miał niesamowite szczęście, że nie ucierpiał i silne nerwy, bo wcześniej miał ponoć wysłuchiwać rasistowskich obelg.
U jak UMRZYJ. Pobożne życzenie fanów Juventusu. Śpiewy „se saltelli, muore Balotelli” oznaczały po polsku „jeśli skaczesz, Balotelli umrze”. Przyśpiewka dość skoczna i melodyjna, ale za takie rzeczy banda turyńskich półgłówków powinna wylądować na dołku. O więzieniu nawet nie mówimy, bo patrząc na liczbę członków niegdysiejszej grupy fanów tego „przeboju” na Facebooku – nastąpiłoby przeludnienie. Może to i lepiej, że napinki ograniczyły się później tylko do Internetu, bo Mario straciłby w kiciu status półboga.
W jak WIĘZIENIE. We wrześniu tego roku przed meczem ze Słowenią pojechał do jednego z zakładów karnych w towarzystwie Prandellego i Buffona. Ł»eby było zabawniej – trener i legendarny bramkarz nie zrobili na nikim wrażenia i przeszli niemal niezauważeni. W centrum zainteresowania był tylko Balo, który czuł się jak wśród swoich. – Od razu zgodziłem się, kiedy poproszno mnie o przyjazd do was. Chłopaki, nie poddawajcie, bo każdy ma w życiu szansę – motywował. Z pewnością siebie w rozmowie z więźniami nie miał najmniejszych problemów, bo w zakładzie karnym… gościł nie po raz pierwszy. Rok temu bez zezwolenia wjechał na teren kobiecego więzienia, gdzie ponoć chciał odwiedzić jedną ze skazanych. Jak widać, dla kobiet byłby gotów zrobić wiele, choć na razie w relacjach damsko-męskich ponosił porażki.
Z jak ZWIÄ„ZKI. – Gdybym mógł cofnąć czas, nie spotykałbym się z tyloma głupimi dziewczynami, które potrzebowały tylko mojej sławy. Wolałbym już pozostać singlem, niż zadawać się z bezmózgimi ludźmi, choć… ewidentnie sam jestem głupi, skoro ciągle na takie trafiam – komentarz Balo wystarcza za odpowiedni opis. W dorobku ma już awanturę z prostytutką i zdrady dziewczyny. A wszystko przed nim, bo status nieokrzesanego amanta widocznie przypadł mu do gustu.
FILIP KAPICA i MACIEJ SYPUŁA




