W środowisku piłkarskim od lat jest tematem tabu. Gdy ktoś wymienia w jednym zdaniu słowa „piłkarz” i „depresja”, wszystkim zapala się czerwona lampka alarmowa – niebezpieczeństwo, zmienić temat. Przecież piłkarz ma być macho. Najlepiej, gdyby bez przerwy tryskał testosteronem na lewo i prawo. Zawsze ma być uśmiechnięty i pewny siebie. Niezależnie od sytuacji. Niektórzy, na przykład taki Marcin Burkhardt, opanowali tę sztukę do perfekcji. Przegraliśmy mecz? Trudno. Hollywoodzki uśmiech na twarz i jedziemy dalej. W końcu śmiech to zdrowie. Gorzej, jeśli jest to tylko przykrywka do tego, co kryje się głębiej. A tam, pod powłoką niezniszczalnego superbohatera, często czai się ona – depresja.
Dziwnym trafem nikogo nie dziwi, gdy do problemów mentalnych przyzna się prezes banku albo sprzątaczka w szkole. Chandra może w końcu dopaść każdego. Ale piłkarz? Niemożliwe. Przecież on ma wszystko. Pieniądze, samochody, dziewczyny – i to w niemalże nieograniczonych ilościach. Hulaj dusza, piekła nie ma. W takim otoczeniu depresja wydaje się być tak egzotyczna, jak wizja Franciszka Smudy na konkursie oratorskim. A jednak… Zdarza się i to częściej niż się wszystkim wydaje. Sprawa jest prosta. Piłkarz trafia do klubu za grubą kasę i nie ma wyjścia – musi spełnić pokładane w nim nadzieje. Kibic jest wymagający. Nie wybacza potknięć czy słabszych meczów. Kiedy wszystko idzie dobrze – wymyśla pieśni pochwalne i klepie po plecach. Gdy karta się odwraca, potrafi zmieszać z błotem tego, o którego autografie marzył jeszcze tydzień wcześniej. Piłkarz zawodzi – trener sadza go na ławce. Jeden mecz w rezerwie, potem drugi, trzeci i zawodnik traci rezon. Zapieprza na treningach, ale pewność siebie zaczyna coraz szybciej ulatywać. Wtedy idzie do kiosku i w gazecie widzi swoje nazwisko w rankingu rozczarowań sezonu. Zaczynają się problemy, ale piłkarz nie próbuje z nimi walczyć. Nie poprosi o pomoc. I nie przyzna się do słabości. Ma tylko jeden cel – zdusić to w sobie i nie dać nic po sobie poznać.
– Publiczne opowiadanie o moich problemach było dużo trudniejsze niż gra w derbach przeciwko Rangersom – przyznał kilka lat temu na łamach „Daily Mail” Neil Lennon. Były gracz i obecny trener Celticu Glasgow od lat walczy z powracającymi stanami depresyjnymi. Jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o tego typu problemy. Na boisku przypominał Gennaro Gattuso. Znacie ten typ – walczak, który nie odpuszcza nikomu, a obok siebie przepuszcza tylko piłkę, zawodnika już nie. Poza murawą też sprawiał wrażenie zawsze pewnego siebie. Ale Irlandczyk przyznaje, że to były tylko pozory. – Na zewnątrz byłem twardy, a w środku czułem się zupełnie wypalony. Byłem jak taka pusta skorupa – wspomina. Postanowił się leczyć i regularnie wygrywa, chociaż przyznaje, że zdarzają mu się gorsze okresy. Pomaga też innym mężczyznom w walce z ich problemami. Wie, jak to zrobić. Sam przez to przeszedł.
Taka pomoc parę lat temu przydałaby się Sebastianowi Deislerowi. Jego historia, jako jedna z pierwszych nagłośniła sprawę depresji wśród profesjonalnych piłkarzy. Miał być niemieckim Beckhamem, ale sława, pieniądze i nienawiść kibiców spadły na niego zbyt wcześnie. Niemały udział miał w tym niemiecki „Bild”. Deisler był wtedy wyróżniającym się piłkarzem Herthy Berlin, a po sezonie miał przejść do Bayernu Monachium. Sprawa była już zaklepana, ale piłkarz zawarł umowę z trenerem, że transfer przynajmniej do końca sezonu ma pozostać tajemnicą. Wtedy do akcji wkroczyli dziennikarze „Bilda”. W sobie tylko znany sposób włamali się na konto bankowe Deislera i na swoich łamach zamieścili zdjęcie przedstawiające wyciąg z konta piłkarza. Sekret wyszedł na jaw – na koncie widniała pokaźna kwota z wiele mówiącym dopiskiem „Bayern Monachium”. Piłkarz nie złamał umowy i nie sypnął. Zrobili to za niego dziennikarze bulwarówki.
W trybie natychmiastowym i nieodwołalnym Deisler został okrzyknięty zdrajcą oraz największym wrogiem Berlina. – Już wtedy powinienem zakończyć przygodę z futbolem – przyznawał później w wywiadach. Nie zrobił tego, chociaż z rosnącą presją nie potrafił sobie poradzić. Już jako dziecko miał słabą psychikę. Gdy grał z kolegami pod blokiem był zdecydowanie najlepszy, ale i tak bardzo bolały go docinki na temat niewielkiego wzrostu. Pech chciał, że w dniu publikacji artykułu w „Bildzie”, podczas meczu Herthy doznał poważnej kontuzji kolana – jednej z wielu, które prześladowały go przez kolejne lata. Chciał wrócić na boisko i udowodnić kibicom, że dopóki gra z herbem Herthy na koszulce, jest w stanie oddać drużynie całe serce. W końcu to właśnie ten zespół wypromował go do reprezentacji Niemiec. Ale nie mógł tego zrobić. Kolano nadal nie dawało mu spokoju. Zamiast grać, siedział na trybunach i wysłuchiwał wyzwisk od kibiców, którzy jeszcze niedawno go podziwiali. Przeszedł do Bayernu, ale raz uszkodzone kolano odzywało się coraz częściej. Kontuzja wykluczyła go później z udziału w dwóch mundialach, a w gabinetach lekarskich spędzał więcej czasu niż na boisku. W końcu, w wieku zaledwie 27 lat, postanowił dać sobie spokój. Nie wytrzymała nie tylko noga, ale przede wszystkim psychika.
Podobna historia miała miejsce w Bawarii całkiem niedawno. Tylko piłkarz był młodszy, a zakończenie jego historii mogło być o wiele bardziej tragiczne. Brazylijczyk Breno trafił do Bayernu w wieku 18 lat. Z powodu ciągle powracających kontuzji nie potrafił przebić się do pierwszego zespołu monachijczyków. Po czterech latach niepowodzeń w końcu nie wytrzymał. Kilka tygodni temu trafił do więzienia za podpalenie własnego domu. Na szczęście ani jemu, ani nikomu innemu nic się nie stało. Nie będziemy przynudzać i się powtarzać – całą historię obrońcy Bayernu możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ.
– Uczucie rezygnacji i samotności towarzyszy mi od kilku miesięcy. Ucieczka w alkohol i narkotyki tylko pogorszyła sprawę – wyznał jakiś czas temu Martin Fenin na łamach czeskiego portalu „Sportovni Noviny”. Piłkarz Eintrachtu Frankfurt szczerą rozmowę z dziennikarzami przeprowadził ze szpitalnego łóżka. Dzień wcześniej nie było jeszcze wiadomo czy przeżyje. Lekarze zgodnie podkreślali, że miał dużo szczęścia. Na oddział intensywnej terapii trafił z wewnętrznym krwotokiem mózgu po tym, jak wypadł z okna na drugim piętrze hotelu. Chociaż słowo „wypadł” może być tu nie na miejscu. Nie bez powodu służby policyjne przy otwartym oknie znalazły postawione krzesło. Chociaż w momencie wypadku 24-letni Czech był najprawdopodobniej pijany, to przyczyn całego zajścia trzeba szukać znacznie głębiej. Zresztą sam zawodnik wyznał, że powodem była właśnie depresja. Nie szło mu w klubie, nie szło mu w życiu. Problemy chciał zwalczać lekami i zalać alkoholem. Nie udało się. – Próbowałem sam sobie z tym poradzić, ale już wiem, że bez fachowej pomocy się nie obejdzie. Jestem chory. Robię przerwę od futbolu i podejmę intensywne leczenie – wyznał otwarcie, czym w końcu przełamał pewne tabu.
Niestety trochę za późno, żeby zapobiec innej tragedii. Sceną tamtego dramatu też były okolice Hannoveru. Lada dzień miną dwa lata od tragicznej śmierci Roberta Enke. Wiadomość o samobójstwie niemieckiego bramkarza zmroziła wtedy cały świat i wznowiła dyskusję o depresji wśród piłkarzy. Niestety tylko na chwilę. Wszyscy zastanawiali się, dlaczego właśnie on? Przykładny mąż, ojciec, spokojny człowiek. Niewielu wiedziało, że tak naprawdę od lat zmagał się z mentalnymi problemami. Wszystko zaczęło się od tragedii, która dotknęła jego rodzinę. W 2006 roku stracił dwuletnią córkę – Larę. Od urodzenia zmagała się z wrodzoną wadą serca i nie przeżyła jednej z operacji. Razem z żoną adoptowali później dziewczynkę, a Enke nie dawał po sobie poznać, że nadal bardzo cierpi po stracie ukochanej córki.
Na sportowym polu wszystko wydawało się być w porządku. Dopiero co wrócił z zagranicznych wojaży. Liznął wielkiej europejskiej piłki – zahaczył o Lizbonę, Barcelonę, Stambuł. W końcu zakotwiczył w Hannoverze, odnalazł dawną formę i został nagrodzony tytułem najlepszego bramkarza Bundesligi. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie on będzie pierwszym golkiperem ekipy Joachima Loewa podczas mundialu w RPA. Tę wspaniałą – jak by się mogło wydawać – passę, przerwał pędzący ponad 160 km/h pociąg relacji Brema – Hannover. Dopiero wtedy wszyscy przypomnieli sobie, jak w wywiadach wielokrotnie wspominał, że straty dziecka nigdy nie da się zapomnieć. Zawsze był osobą zamkniętą w sobie, a to było jego ciche wołanie o pomoc. Niestety nikt go nie usłyszał.
Depresja to choroba. Nie taka, jak grypa czy lumbago, bo cierpi nie ciało, a umysł, ale jednak. Ł»eby porównanie było trafniejsze – jest czymś w rodzaju kontuzji. I tak samo, jak po zerwaniu więzadeł w kolanie konieczna jest przerwa w grze i interwencja chirurga, tak depresja wymaga regularnych wizyt i wsparcia psychologa. Z tą tylko różnicą, że opuchlizna z kontuzjowanej nogi zejdzie po pewnym czasie sama nawet bez pomocy lekarza, a Robertowi Enke, który nie otrzymał w porę pomocy, nic już życia nie przywróci.
MACIEJ SYPUŁA



