W Ameryce Południowej produkuje się najlepsze telenowele świata, co do tego chyba wszyscy się zgodzimy. A jeżeli ktoś jeszcze miał wątpliwości, ciągnąca się niczym „Moda na sukces” sprawa transferu Neymara do Madrytu (albo do Barcelony) powinna go ostatecznie przekonać.
Gwoli ścisłości trzeba dodać, że media hiszpańskie, a także ogólnoświatowe, istotnie się przyczyniły do rozdmuchania tej historii. Gazetom nie potrzeba wiele, by sklecić artykuł z „Neymarem” w tytule. Wystarczy osoba, która kojarzy się jednocześnie z którymś w wielkich klubów w Hiszpanii i Brazylią.

Neymar. Odcinek tysiąc trzysta pięćdziesiąty ósmy

Deco kichnął? Oho, to znak, że Neymar przejdzie do Barcelony. – Zawsze kicham, kiedy któryś z moich rodaków szykuje się do przenosin na Camp Nou. Jak Barca kupowała Daniego Alvesa, dosłownie ciekło mi z nosa, a oczy miałem tak spuchnięte, że nic nie widziałem – zapewnia Brazylijczyk z portugalskim paszportem, sięgając po chusteczkę.

Sam Neymar też nie zrobił nic, żeby spekulacje ukrócić. Bez przerwy widzimy jego pochlebne wypowiedzi, to o Realu, to o Messim, wreszcie o tym, że tak naprawdę, to chce dalej grać w Santosie. Tak, jakby nie mógł wytrzymać jednej chwili, w której mikrofony i lampy błyskowe nie są wycelowane w jego kierunku, a możni piłkarskiego świata uniżenie dopraszają się o jego jedno przychylne spojrzenie.

Taka strategia oczywiście gwarantuje, że jego i tak ogromna popularność wzrośnie jeszcze bardziej, zanim wreszcie cała telenowela znajdzie szczęśliwy finał podczas prezentacji na Santiago Bernabéu, z Neymarem w roli panny młodej (w końcu wystąpi w bieli!), i Floro Perezem prowadzącym go do ołtarza, na którym złoży go tysiącom spragnionych kolejnych galaktycznych transferów madridistas w ofierze.

Mówiąc poważnie, dla serwisu, którego zadaniem jest informować, cała ta sprawa jest nie mniej nużąca niż dla czytelników bombardowanych coraz to nowymi „rewelacjami”. W końcu „nowości” dotyczące Neymara często nie wnoszą nic nowego, a czasami są wręcz sprzeczne. Proste przytaczanie ich za zagranicznymi gazetami tworzy więc raczej chaos informacyjny, zamiast pomagać się ludziom w tej sytuacji odnaleźć. Dlatego spróbuję teraz poskładać w jedną sensowną całość to, co poskładać się da i być może w tym zalewie plotek odnajdziemy pod nogami pewniejszy grunt.

Jakiś czas temu Weszło informowało, czerpiąc z jednego z madryckich dzienników, że porozumienie Neymara z „Królewskimi” jest już faktem i pozostaje załatwić trochę formalności, by całą transakcję pomyślnie zamknąć. Choć żadna ze stron, wbrew oczekiwaniom, nie potwierdziła tych rewelacji, wspomniana wersja wydarzeń wciąż wydaje się najbardziej prawdopodobna.

W końcu nie jest tajemnicą, że Neymar jest kolejnym marzeniem Florentino Pereza. Zaś człowiek, który w jednym sezonie zdołał sprowadzić Ronaldo i Kakę, uznane gwiazdy, zadomowione w największych klubach kontynentu, z pewnością potrafi też pozyskać piłkarza, który został wychowany przez, prowincjonalny bądź co bądź, Santos właśnie po to, żeby go z zyskiem sprzedać do Europy.

Młody Brazylijczyk ma niesłychany potencjał marketingowy, już teraz ustępujący niewielu piłkarzom świata. Co więc będzie, kiedy przeniesie się do największego klubu świata? Dokładnie takie transfery nakręcają finansową i wizerunkową maszynę Florentino i nasz prezes doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Sieci zostały więc zarzucone, a już ryby grubsze niż Neymar nie potrafiły z nich wyswobodzić.

Ale podejrzenie, że tajne porozumienie zostało już osiągnięte ma mocniejsze podstawy niż tylko spójność z polityką transferową „Królewskich”. W tej sprawie pojawiło się po prostu zbyt wiele szczegółów, by mogła być ona całkowicie wyssana z palca przez chcących nabić sobie wskaźnik kliknięć internetowych redaktorów.

Wiemy, że Neymar faktycznie został poddany nocnym testom medycznym w Brazylii i wiemy, że faktycznie był przy nich obecny klubowy lekarz Realu Madryt. A przecież żaden klub nie pozwoliłby innemu wchodzić z butami w szczegóły stanu zdrowia swoich piłkarzy. Santos nie chciał się pochwalić, jaką to zdrową ma gwiazdę. Prędzej zgodził się potwierdzić, że jego perełka jest warta wykładanych przez Real 60 milionów. I to raczej po podpisaniu porozumienia niż przed.

Dalej, wiemy też, jak mają się przedstawiać finanse całej operacji. Real ma zapłacić 58 milionów euro za transfer oraz prawa do wizerunku piłkarza. Umowy reklamowe podpisane przed porozumieniem z Madrytem mają dalej obowiązywać, ale zysk z każdego nowego kontraktu ma być dzielony miedzy zawodnika i Real Madryt. Neymar ma dostawać około sześciu milionów euro rocznie, a więc pensję na poziomie – mniej więcej – Casillasa czy Benzemy.

Brzmi to wiarygodnie zważywszy, że choć Brazylijczyk piłkarsko osiągnął dużo mniej niż Iker oraz (choć zależy, jak na to spojrzeć) mniej niż Karim, to popularnością przewyższa ich już teraz, a przy pomyślnym rozwoju sytuacji, jest w stanie ich obu prześcignąć na przykład w wyścigu po Złotą Piłkę.

Wreszcie, pozostaje pytanie, skoro Real Madryt potrafi przekonać Santos do sprzedaży Neymara właśnie sobie, dlaczego piłkarz nie gra w Madrycie już teraz? W końcu sprawa transferu Aguero nie wyjaśniła się na dzień przed zamknieciem okienka transferowego i Florentino Perez musiał wiedzieć zawczasu, że Kuna nie uda się pozyskać.

Jako odpowiedź na to pytanie nasuwa się kilka spraw. Po pierwsze, Santos nie wydawał się śpieszyć ze sprzedażą Neymara, być może licząc na zainteresowanie i rywalizację kilku największych klubów. Chelsea kupiła jednak Matę i Lukaku, a Barcelona Alexisa Sancheza i Fabregasa. Teraz oba te kluby wydają się dużo mniej zdesperowane, by wykładać grube pieniądze na kolejnego skrzydłowego.

Po drugie, Neymar jest przywiązany do rodzimej piłki i zanim opuści Brazylię (jako piłkarz być może już na zawsze), chce zagrać w barwach Santosu w Klubowych Mistrzostwach Świata.

Po trzecie, sprawa praw do tego piłkarza jest skomplikowana. Także w Hiszpanii dzielenie własności karty zawodnika staje się coraz powszechniej praktykowane. Santos więc ma tylko 55 procent praw do Neymara, reszta pozostaje w rękach prywatnych firm i funduszy inwestycyjnych. W takiej sytuacji, zwłaszcza gdy w grę wchodzą grube miliony, czasami trudno osiągnąć pełne porozumienie wszystkich stron. Zanim Real Madryt wyłoży gotówkę na stół, chce mieć pewność, że transferu nie zablokuje nagle któryś ze współudziałowców, który akurat poczułby się niesprawiedliwie potraktowany.

Wreszcie, pozostaje jeszcze jedna kwestia, kibicom chyba najbliższa. Jak Neymar miałby wpasować się w obecną drużynę „Królewskich”. Przecież latem Real polował na środkowego napastnika, nie na skrzydłowego, grającego w dodatku na pozycji Cristiano. Czy Mourinho, który zdołał pozbyć się z klubu najbardziej zaufanego człowieka prezesa, pozwoliłby sobie wepchnąć do składu zbędnego piłkarza, jednocześnie godząc się z brakiem solidnego zastępstwa na inną pozycję?

Oczywiście, nie, ale ten problem może nie istnieć już latem 2012, na który to czas przyjście Neymara jest awizowane. Jeżeli The Special One pokona wreszcie Barcelonę w lidze albo w Lidze Mistrzów, będzie mógł uznać swoją misję za spełnioną i kto wie, czy zwyczajnie nie odejdzie z Madrytu, jak to mu się zdarzało w poprzednich klubach. Perez uniknąłby w ten sposób tarć na linii gwiazda-trener, znów przejmując pełnię władzy w klubie i kontynuując swój firmowy projekt galacticos.

SEBASTIAN KANIEWSKI

JEŚLI CHCESZ NAPISAĆ SWÓJ TEKST O LIDZE ZAGRANICZNEJ, WYŚLIJ MAILA. DLA NAJLEPSZYCH NAGRODY PIENIĘŁ»NE!

[email protected]
[email protected]
[email protected]
[email protected]