Bernd Stange – człowiek reżimu

redakcja

Autor:redakcja

10 października 2011, 12:31 • 7 min czytania

Reklama
Bernd Stange – człowiek reżimu

Jego kariera trenerska przypomina rollercoaster. Najpierw szybka podróż w górę, potem w dół, następnie znowu w górę, by w końcu – dość niespodziewanie – z hukiem wypaść z torów. Zresztą na własne życzenie. Nie jest tajemnicą, że Bernd Stange, obecny selekcjoner reprezentacji Białorusi, to facet, który ma wyjątkowo podły charakter. Do celu zmierza po trupach i nawet specjalnie się z tym nie kryje. Mecz z Polską w niemieckim Wiesbaden będzie dla niego okazją do wizyty w ojczyźnie. W ojczyźnie, która się go wstydzi.
W czasach komuny radził sobie znakomicie. Wiedział do kogo się uśmiechnąć, na kogo donieść, a z kim żyć w dobrej komitywie. Jego kariera rozwijała się bardzo szybko. Wręcz błyskawicznie. Jako 30-latek prowadził drużynę narodową NRD do lat 21, a sześć lat później był już selekcjonerem pierwszej reprezentacji. Nie miał wielkich trenerskich sukcesów, ale był posłuszny, uczynny i skory do poświęceń, byle tylko nie popaść w zawodowy marazm. Bał się tego i za wszelką cenę chciał utrzymać się na świeczniku. Ówczesna władza lubiła takie marionetki, a takie marionetki lubiły ówczesną władze. I w tej enerdowskiej symbiozie Bernd Stange kwitł aż do upadku muru berlińskiego. Po zmianie ustroju, przywołując porównanie do rollercoastera, zaczął zjeżdżać w dół, aż w końcu się wykoleił. Na oczach całego kraju.

Reklama

Kiedy w Niemczech rozpoczął się czas rozliczeń z komunizmem, kilku bliskich przyjaciół Bernda mogło się mocno zdziwić wiedzą Służby Bezpieczeństwa na ich temat. Teczka Petera Fischera, lekarza, który emigrował z NRD w 1982 roku liczyła aż 200 stron. Znalazła się w niej między innymi szczegółowa relacja z pewnej kolacji w Mexico City, z wakacji 86’. Akurat trwał mundial. Fischer zaprosił do restauracji wąskie grono znajomych, w tym także Bernda Stange, który był wtedy trenerem NRD. Goście jedli, popijali wino, rozmawiali i flirtowali z miejscowymi kobietami. W luźnej, przyjaznej atmosferze. Tym większe było zdziwienie Fischera, kiedy po latach dowiedział się, że szczegółowy raport z tego spotkania zdała osoba o pseudonimie „Kurt Wegner”.

„Kurt” systematycznie donosił także na urodzonego w Gdyni Joerga Bergera, byłego trenera enerdowskiej młodzieżówki, który przy okazji meczu z Jugosławią uciekł do RFN. Po ucieczce otrzymywał mnóstwo pogróżek, a Bernd Stange, jego bardzo dobry kolega, a zarazem były asystent, potrafił do niego zadzwonić z irracjonalnym pytaniem o jego kontakty z kadrowiczami. Obfite teczki w Służbie Bezpieczeństwa, zbudowane na podstawie donosów „Kurta Wegnera”, miało też kilku innych piłkarzy ze wschodnich Niemiec, z Hansem Richterem, Rainerem Ernstem, Joergiem Stuebnerem i Andreasem Thomem na czele.

Każdy z nich dopiero po latach dowiedział się prawdy. Wielu nie mogło w nią uwierzyć. Zdrajcą, sprzedawczykiem, donosicielem okazał się bowiem człowiek, któremu ufali. Człowiek z ich najbliższego otoczenia. Dla niektórych tylko trener, dla innych również przyjaciel – Bernd Stange. To właśnie on pod pseudonimem „Kurt Wegner” przez trzynaście lat współpracował ze Stasi. W 1984 roku otrzymał nawet Order Zasług dla Ojczyzny (NRD). – Miał obsesję na punkcie kariery i pieniędzy – podsumował go po latach, nieżyjący już Joerg Berger, który do końca życia nie wybaczył mu tej perfidnej zdrady.

Kiedy sprawa wyszła na jaw, Stange starał się usprawiedliwić, na siłę wybielić swój wizerunek, karmiąc opinię publiczną opowieściami, że był zmuszony do współpracy ze Stasi, a w swoich donosach głównie kłamał. Ale akta w jego teczce były bogate i bezlitosne. Można było w nich znaleźć między innymi informację, że młody Stange, w 1976 roku wkradł się na ochotnika do mieszkania, żeby ukraść pamiętnik, który mocno frapował bezpiekę, a nawet wydał przyjaciela rodziny, który planował ucieczkę do RFN. Jak widać, nie miał żadnych skrupułów.

Reklama

Ale po tej aferze był już w Niemczech zawodowo spalony. Zyskał status persona non grata. Momentalnie wyrzucono go z Herthy Berlin i o dalszą pracę w ojczyźnie było mu niezwykle ciężko. Na chwilę udało mu się jeszcze zahaczyć w Lipsku, ale po kilku miesiącach stało się jasne, że jeśli dalej chce żyć z trenerki, to musi szukać szczęścia za granicą.

Postanowił więc wyjechać. Nie wybrzydzał, przyjmował niemal każdą ofertę, jaka się pojawiła. Pracował na trzech kontynentach, w sześciu różnych państwach: w Australii, Ukrainie, Omanie, Iraku, na Cyprze, aż w końcu trafił na Białoruś, gdzie pracuje do dziś. Sukcesów nie można mu odmówić. Z Perth Glory sięgnął po wicemistrzostwo Australii, cypryjski Apollon Limassol wyciągnął ze strefy spadkowej, by w kolejnym sezonie sięgnąć po tytuł. Do tego należy doliczyć duży postęp reprezentacji Iraku, która od kilku lat należy do azjatyckiej czołówki i rosnącą w siłę drużynę naszych wtorkowych rywali z Białorusi.

Najgłośniej było jednak o jego pracy w Iraku. Rozpoczął ją jeszcze u schyłku reżimu Saddama Husajna. Wówczas irackim futbolem rządził jego syn Udaj, który po ojcu odziedziczył nie tylko urodę, ale i wyjątkowe okrucieństwo. Gdy w 2000 roku, zawodnik jednej z lokalnych drużyn z Bagdadu – Yasser Abdul Latif uderzył podczas meczu sędziego, reakcja Udaja była natychmiastowa i piłkarz wylądował w więzieniu. Osadzono go w celi o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, ogolono głowę i brwi, a następnie rozebrano. – Później kazano mi robić pompki przez dwie godziny. Gdy nie miałem już siły, to po prostu mnie kopano. Ale nie to było najgorsze, bo potem przychodziło trzech ochroniarzy, którzy chłostali mnie kablem elektrycznym – opowiadał Yasser na łamach „The Guardian”. Podobna kara spotkała bramkarza Hashima Hassana, obrońcę Abdula Jabara i napastnika Katana Chatira, których Udaj uznał za winnych porażki z Japonią w ćwierćfinale Pucharu Azji z 2000 roku. – To wariat. Bił nas, bo to po prostu sprawiało mu przyjemność – wyznał kilka lat później Abdul Jabar.

Stange tłumaczył jednak, że za jego kadencji było spokojnie. Syn Saddama nie wywierał na nim żadnych nacisków, zaczął odsuwać się od futbolu, choć niemiecki trener bardzo szybko odkrył, jak silne piętno na irackich zawodnikach odcisnęły rządy młodego tyrana. – Pamiętam, że graliśmy jakiś mecz towarzyski i sędzia podyktował dla nas rzut karny. Patrzyłem na swoich zawodników i przecierałem oczy ze zdumienia, bo żaden z nich nie chciał podejść do jedenastki. Szybko się wyjaśniło, że to właśnie pozostałość po Udaju, który za niestrzelonego karnego, potrafił torturować zawodnika nawet przez kilka tygodni – opowiadał.

Reklama

Dwa lata pracy w Iraku nauczyły go na pewno jednego: przykuwania większej uwagi do zdjęć. To właśnie przez niefortunne fotografie Stange dwukrotnie wpadał w kłopoty. Najpierw szerokim echem odbiło się jego zdjęcie z portretem Saddama, które „Berliner Zeitung” określił mianem „najbardziej skandalicznej fotografii roku”. – Osoba, która mnie fotografowała kazała mi się uśmiechnąć. Nawet nie zauważyłem, że za mną jest portret Husajna. Ten gość zarobił kilka tysięcy dolarów, ale teraz, kiedy ktoś mnie prosi o zdjęcie, najpierw oglądam się za siebie – mówi Stange.

Niedługo potem zaliczył jednak kolejną wpadkę. Dużo gorszą w skutkach. Tym razem poszło o zdjęcie z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Jack’em Strawem. Miało to miejsce w Londynie, zaraz po meczu Irakijczyków z reprezentacją angielskich parlamentarzystów, wygranym przez Azjatów 11:0. Ł»aden z piłkarzy nie chciał stanąć do zdjęcia ze Strawem, który popierał inwazję na ich ojczyznę. Ale Stange, niczym uczniak pozbawiony wyczucia taktu, wstał, uśmiechnął się i zapozował bez najmniejszego zawahania. – Kiedy irackie gazety opublikowały zdjęcie, grożono mi śmiercią. Nie mogłem wrócić do Bagdadu – nie krył zdziwienia.

Wcześniej w Iraku czuł się w miarę bezpiecznie, choć warunki do pracy miał ekstremalne. Federacja nie miała pieniędzy, czasami piłkarze musieli nocować na lotniskach, a Stange z własnej kieszeni finansował im zgrupowania. Mimo to, udało mu się wyciągnąć tamtejszy futbol z impasu. Już po jego odejściu iraccy piłkarze zajęli czwarte miejsce na olimpiadzie w Atenach, a trzy lata później sięgnęli po Puchar Azji. Jego pracę doceniła FIFA, która odznaczyła go za zasługi dla rozwoju irackiej piłki nożnej.

Reklama

– To był trudny okres, ale absolutnie nie żałuje nawet chwili spędzonej w Iraku. Wykonałem tam dobrą robotę – wspominał na łamach „The Telegraph”. O swoje życie bał się tylko raz, kiedy wraz ze swoim ochroniarzem – Saidem Tarekiem, byłym mistrzem Azji w karate, jechali do hotelu Sheraton. – Said krzyknął żebym uciekał. Chwilę potem ostrzelano nasz samochód. Mnie się nic nie stało, ale on został lekko ranny. Wiedziałem, że to już raczej koniec mojej pracy w tym kraju – dodał.

Trzy lata później podjął pracę w innym reżimie. Nieco bardziej cywilizowanym. U Łukaszenki. Oczywiście, z tego powodu nie brakowało przytyków pod jego adresem, na które Stange miał zawsze gotową odpowiedź, składającą się z czterech słów: „Jestem trenerem, nie politykiem”.

Pracę na Białorusi bardzo sobie jednak chwalił, podkreślając, że w Mińsku ma taką bazę treningową, że nawet Niemcy mogą mu pozazdrościć. Celowo napisaliśmy „chwalił”, bo we wtorek jego białoruska przygoda dobiegnie końca. Mecz z Polską będzie jego ostatnim w roli selekcjonera. Na razie nie wiadomo, co dalej pocznie ten enerdowski obieżyświat. Być może wróci do Perth, gdzie zamierza się osiedlić po zakończeniu kariery i gdzie jest wprost uwielbiany przez kibiców. Choć oczywiście nie jest wykluczone, że znów wybierze jakiś egzotyczny kierunek i pracę pod dyktaturą. Na przykład, pod dyktaturą Wojciechowskiego, na Konwiktorskiej.

JAKUB POLKOWSKI

Reklama

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Leśnodorski o Legii: Nie widzę szans, żeby była w pierwszej trójce

Mikołaj Duda
0
Leśnodorski o Legii: Nie widzę szans, żeby była w pierwszej trójce

Weszło

Reklama