Tomasz Jagodziński twierdzi, że będzie czarnym koniem w wyborach na prezesa PZPN. Radzilibyśmy jego słowa dzielić na sto, ponieważ nie tak dawno spotkaliśmy go na dworcu i oznajmił nam, że lada chwila będzie kimś bardzo ważnym w TVP (prezesem, wiceprezesem albo dyrektorem ds. sportu – nie pamiętamy), a nie dostał nawet posady ciecia. W każdym razie dziś w „Polsce” wywiad z kandydaten na szefa piłkarskiego związku…
Kim Pan jest? Kibice wiedzą mniej więcej tyle, że zamierza Pan ubiegać się o fotel szefa PZPN.
Wiek koło pięćdziesiątki. Pracowałem w wielu miejscach: jako robotnik w kopalni węgla w Bełchatowie, skąd pochodzę. Jako dziennikarz w „Przeglądzie Sportowym”. Jako celnik w Głównym Urzędzie Ceł i doradca ministra finansów. Dyrektoruję Muzeum Sportu. Byłem wiceprezesem Radia Katowice do spraw marketingu. I rzecznikiem PZPN w czasie pierwszej wojny futbolowej. I senatorem wybranym w pierwszych wolnych wyborach I kadencji jako kandydat niezależny. I taki jestem do dzisiaj. A generalnie uważam się za eksperta w dziedzinie futbolu. Od 25 lat. Brzmi nieskromnie.
Ano właśnie. W dawnym „Przeglądzie” zyskał Pan popularność książką „Cwaniaczku, nie podskakuj!”. Cwaniaczkiem był Pan, walczący między innymi z PZPN i patologiami futbolu. Z działaczami fałszującymi paszporty, mafią sędziowską…
Tak, to wszystko w tej książce było, i jeszcze więcej. Koledzy pukali się w czoło i mówili, że będę miał pięćdziesiąt przegranych procesów. Nie miałem ani jednego.
Otóż to. Zastanawia mnie, jak Tomasz Jagodziński, niezależny i odważny reporter, mógł zgodzić się zostać rzecznikiem PZPN i Mariana Dziurowicza. Prezesa, który nie cieszył się dobrą sławą.
Wybuchła ta wspomniana futbolowa wojna. Minister Jacek Dębski chciał wprowadzić kuratora. A ja miałem cel: żeby obronić niezależne stowarzyszenie przed atakami rządu. Niezasłużonymi obelgami pod adresem całego środowiska. I reformować PZPN od środka. Półtora roku wojowaliśmy i wygraliśmy. No a później okazało się, że to nie Marian Dziurowicz zadaje się z przestępcami, tylko pan minister. Dziurowicza strasznie żal, bo był to znakomity gospodarz. Ale jego i mnie zdmuchnęły kolejne wybory, kiedy nastał w PZPN Michał Listkiewicz.
Ile dostał Pan głosów poparcia w obecnych wyborach?
Dwadzieścia siedem, to trzecie miejsce po Lacie [45 – red.] i Kręcinie [36], a przed Bońkiem [17]. Ale nie jest to ważne, bo ja mogłem spokojnie mieć i trzydzieści pięć deklaracji poparcia, tyle że jak przekroczyłem wyznaczony przez władze dolny limit, to zwolniłem kampanię.
OK, ale to i tak chyba za mało na walkę z Latą…
Trzeba rozróżnić dwie sprawy. Każdy klub czy okręg mógł poprzeć nawet trzy osoby. Natomiast na zjeździe każdy delegat ma tylko jeden głos, a wybory będą obowiązkowo tajne. Jaki padnie wynik – naprawdę trudno spekulować. Ale ja jestem pewien, że będę czarnym koniem. I mimo że konkurentów szanuję, pokonam wszelkie przeszkody. No i będę do zaakceptowania dla rządu.
Ale rządowi nie podoba się nikt, także i Jagodziński.
Na szczęście prezesa PZPN nie wybiera ani rząd, ani internauci, ani dziennikarze, tylko środowisko. No i jak ono dziś wygląda? Chce zmian. Tyle że jedni chcą kosmetycznych, w zasadzie kontynuacji, a kluby prą do reform radykalnych.
A Pan czego chce?
Tego, żeby piłkarskich działaczy nie można było od świtu do nocy opluwać. Dość mam najazdów na związek i ja z tym skończę!
Jeśli ataki są bezzasadne, to po cóż te reformy?
Polski futbol jest biedny i musimy poprawić – przede wszystkim z samorządami, gminami i powiatami – infrastrukturę tych tysięcy klubów i byt tysięcy trenerów. To jest moje hasło wyborcze.
Listkiewicz odejdzie?
Tak. Ale trudno go winić za każde niepowodzenie w piłce. Jak aktor słabo zagra w teatrze, to jest cicho. Jak coś sknoci piłkarz lub sędzia, to zaraz zaczynają oceniać go nawet kominiarze. Otóż futbol nie jest skorumpowany do cna. Jest tylko częścią społeczeństwa i skala patologii jest chyba podobna.
Podobno jest Pan czołowym w Polsce kolekcjonerem odznak sportowych?
Jeśli chodzi o znaczki olimpijskie – to na pewno. Znaczków klubowych mam ponad dwadzieścia tysięcy. Trzy klasery Legii, pięć Wisły… Nie do policzenia!
Ł»ona nie wyrzuci Pana z domu z tym złomem?
Każdy powinien mieć jakąś pasję. Gdy brałem ślub, zapytałem małżonkę czy woli znaczki, czy żebym chodził na dziewczyny. I ona wybrała.
Chorwacja zrobiła, co do niej należało. Panama wraca do domu