„W Broni Radom zamiast samochodu wziąłem maszyny do szycia”
Weszło Extra

„W Broni Radom zamiast samochodu wziąłem maszyny do szycia”

O dwustulitrowej beczce piwa na powitanie z Jagiellonią, fali w piłkarskiej szatni i falach na głowie, najlepszym piłkarzu z jakim grał w jednym klubie, o handlu maszynami do szycia, no i rzecz jasna o Stomilu rozmawiamy z trenerem olsztyńskiego klubu – Piotrem Zajączkowskim.

***

Szczupły, średniego wzrostu z długimi blond włosami. Jak trenowałeś ŁKS, to ludzie na łódzkich ulicach nie mylili cię z byłym piłkarzem Widzewa i Hansy Rostock, Sławomirem Chałaśkiewiczem?

Absolutnie Przecież on ma zupełnie inne włosy. Przyjrzałem mu się podczas mistrzostw świata do lat 20. Byłem na meczach reprezentacji Polski na Widzewie. Ja miałem bardziej puszyste (śmiech).

Skąd u faceta w średnim wieku pomysł, żeby wyhodować włosy do ramion?

Z lenistwa. Nie chciało mi się obcinać, to sobie rosły i rosły, aż na głowie zrobiły mi się fale Dunaju. Chałaśkiewiczem nikt mnie nie nazywał, ale inne pseudonimy były. Najczęściej koledzy mówili o mnie Mioduski, albo Dieter Bohlen. To ten gość z Modern Talking. Kiedy grałem ze Stomilem na wyjeździe, z trybun leciały docinki, ale jako, że były żartobliwe, to nie reagowałem. Do czasu. W drugiej kolejce tego sezonu graliśmy na Radomiaku. I kibice zaczęli mi jechać: „ty, Mariolka, siadaj na ławce!”. Wkurzyłem się i skróciłem włosy. Ale już znowu szumią, odrastają.

Myślałem, i mówię to całkiem serio, że skoro w Stomilu przed długi czas wam nie płacono, to nie było cię stać na fryzjera.

Bez przesady. Te parę złotych na golarza zawsze by się znalazło. Tak jak mówiłem – raz, że lenistwo, a dwa ,to może była taka nostalgia za latami 80 – tymi, kiedy dłuższe pukle były modne. Może w człowieku obudziła się jakaś tęsknota za młodością, którą przypominała fryzura?

W domu nie było nacisków na zmianę wizerunku?

I to jeszcze jakie! Pamiętam, że największa nagonka pojawiła się przed ślubem córki. Wszyscy: „zetnij, zetnij”! Jak ty będziesz wyglądał?! Dobra, pomyślałem i poszedłem do znajomego fryzjera. To był środek lata. Aż się zapadłem w fotel, kiedy usłyszałem: „Nie obetnę ci włosów, bo twarz masz opaloną, a jak skrócimy, to kark będzie biały jak u młynarza”. Zacząłem się strasznie śmiać i podziękowałem za usługę. Niedawno żenił się syn. Wtedy sam stanąłem przed lustrem i zacząłem się zastanawiać, co z tymi kudłami zrobić. W podjęciu decyzji pomogli mi kibice Radomiaka (śmiech).

Dziś Stomil to stabilna, dobrze zarządzana firma, ale kiedy w październiku 2018 roku do niego przychodziłeś, klub stał nad przepaścią. W każdej chwili  mógł ogłosić upadłość. Świadomie wszedłeś na minę. Po co?

Telefon ze Stomilu zadzwonił, kiedy znosiłem już bagaże do samochodu. Miałem jechać do nowego klubu. Usłyszałem w słuchawce głos prezesa Macieja Radkiewicza. Zapraszał na spotkanie. Starałem się wytłumaczyć, że wyjeżdżam, ale nalegał. Mieszkam w Olsztynie, traktuje to miasto, jak swój dom, grałem w Stomilu w Ekstraklasie. Nie mogłem odmówić. Rozmowa była krótka. Usłyszałem, że sytuacja jest bardzo trudna i czy pomogę. Rok wcześniej bym się nie zgodził. Wtedy jednak, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, żebym w to wszedł. Powiedziałem „tak”, ale zaznaczyłem, że podejmę pracę, jeśli razem ze mną przyjdą asystenci, legendy Stomilu – Adam Zejer i Sylwester Czereszewski. Prezes się zgodził. Adaś i Sylwek też i zaczęliśmy działać. Kiedy przejmowaliśmy zespół drużyna po 12. kolejkach miała dziesięć punktów i zajmowała ostatnie miejsce w tabeli pierwszej ligi. Piłkarze byli sfrustrowani zaległościami. Nie widzieli pieniędzy od kilku miesięcy. Ale udało nam się to wszystko jakoś poskładać, poszliśmy w górę tabeli.  Na chwilę. Na koniec rundy jesiennej za zaległości finansowe wobec tak zwanych podmiotów zewnętrznych, odebrano nam trzy punkty. I znów pikowaliśmy w dół.

W grudniu pojawiła się informacja, że Stomil ma ogłosić upadłość.

Kiedy te koszmarne wieści dotarły do drużyny, dwunastu czy trzynastu piłkarzy zrezygnowało z gry. Pozostali starsi zawodnicy. Ci najbardziej związani z miastem i klubem oraz juniorzy. Nikt nie wiedział co będzie dalej, na czym stoimy… W klubie kotłowało. O to, by drużyna całkowicie się nie rozpadła dbali liderzy  – Grzesiek Lech, Janusz Bucholc, Piotr Skiba, Michał Leszczyński Łukasz Jedliński czy Piotrek Głowacki. Wspólnie budowaliśmy atmosferę. Trzymaliśmy to wszystko w kupie. Starsi piłkarze, którzy mają na utrzymaniu rodziny, grający bez premii i pensji,  poszli do pracy, a nie zrezygnowali ze Stomilu. Jeden najął się za stróża, inny pomagał w firmie kuzyna, ale mimo dodatkowych obowiązków, solidnie trenowali. To mnie budowało. Dawało nadzieję, że przy takich ludziach, klub po prostu nie może upaść. Na trzy tygodnie przed startem rundy wiosennej, znalazły się pieniądze i pojechaliśmy na obóz do Nieborowa. Razem z nami Sobczak, Niedziela i bracia Gancarczykowie, których przekonałem, że lepiej trenować z drużyną, niż samemu biegać po lasach. Ci chłopcy wiedzieli, że jest krucho z pieniędzmi, ale na to nie patrzyli. Chcieli się odbudować, pokazać, że za wcześnie ich skreślono, że są coś warci. I wiosną stał się cud. Zdobyliśmy, jeśli mnie pamięć nie myli, 22 punkty i się utrzymaliśmy!

Kiedy było tak biednie, z czego żyłeś?

Pracuję już dobrych kilka lat w zawodzie trenera i jakieś zaskórniaki miałem. Z głodu bym nie umarł, choć nie ukrywam, że trzeba było przeliczać, ile i na co można wydać.

KATOWICE 24.04.2019 MECZ 30. KOLEJKA FORTUNA I LIGA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL FIRST LEAGUE MATCH IN KATOWICE: GKS KATOWICE - STOMIL OLSZTYN NZ. SYLWESTER CZERESZEWSKI PIOTR ZAJACZKOWSKI TRENER FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

Podobno po uratowaniu pierwszej ligi stałeś się na Warmii i Mazurach równie popularny, co słynny piewca mowy polskiej, poeta Michał Kajka….

Nie przesadzajmy! Gdzie mi tam do naszego mazurskiego wieszcza! Ale rzeczywiście, często spotykam się z dowodami sympatii kibiców. Zdarza się, że w sklepach, czy na ulicy podchodzą, dziękują, życzą powodzenia. To miłe. Właśnie takie przypadkowe spotkania, napędzają mnie do pracy.  Pokazują, że piłka nie musi być brudna, wyrachowana, nastawiona wyłącznie na zysk.

Przed startem obecnego sezonu sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Właścicielem Stomilu został bogaty biznesmen Michał Brański i olsztyński klub stał się ponoć krainą mlekiem i kasą płynącą.

Pan Brański pomagał Stomilowi już wiosną. Przede wszystkim spłacając najpilniejsze zobowiązania, zażegnał niebezpieczeństwo, że Stomil upadnie. Po przejęciu rządów wprowadził normalność. Wszystkie zaległości wobec zawodników zostały uregulowane. Swoje pieniądze otrzymali również ci piłkarze, których już w Olsztynie nie ma. Chłopakom już nie siedzi w głowach pytanie: – Za co przeżyją do pierwszego? Mogą skupić się na pracy.

Tuż po przejęciu klubu przez Brańskiego w olsztyńskiej „Gazecie Wyborczej” pojawiły się informacje, że nowy szef zamierza zmienić trenera. Skoczyło ci wtedy ciśnienie?

Wcale! Z Panem Brańskim, od pierwszego dnia wspólnej pracy, mam dobre relacje. Pozostajemy w stałym kontakcie, wspiera mnie. Poza tym, ja nie należę do trenerów, którzy nawet boso pobiegliby do właściciela klubu, żeby tylko zachować posadę. Jak mi coś nie pasowało, to szedłem do szefa i dziękowałem za współpracę. Ale miałem też to szczęście, że na swojej drodze zawodowej spotkałem takich ludzi, jak Darek Sapiński, właściciel największego w Europie holdingu mleczarskiego Mlekovita. Jako chyba pierwszy trener w historii Ruchu Wysokie Mazowieckie, przepracowałem tam blisko trzy lata. Darek, który wtedy rządził w klubie, chyba tego nie żałuje, bo regularnie biliśmy się o awans do pierwszej ligi.

To teraz wypada ze Stomilem powalczyć o promocję do Ekstraklasy.

Mamy w tej chwili sześć punktów straty do lidera. Ale nie chcę składać żadnych deklaracji, bo ta liga jest niesamowicie nieprzewidywalna. Kto by przypuszczał, że mający taki potencjał finansowy, doświadczonych i znanych zawodników oraz potężne zaplecze kibicowskie –  GKS Katowice spadnie do drugiej ligi? I to po golu strzelonym przez bramkarza rywali w doliczonym czasie gry?! Albo, że pogodzone z degradacją Wigry Suwałki w ostatniej kolejce ograją Raków Częstochowa i cudem się utrzymają?! I jeszcze Bytovia. Po dziesięciu meczach miała 20. punktów na koncie, a skończyła sezon na miejscu spadkowym! W tej lidze naprawdę wszystko może się zdarzyć.

Poradziłbyś sobie w Ekstraklasie?

Nie mam kompleksów. Jeśli masz warsztat, umiesz postępować z piłkarzami i  wkładasz w pracę serce, to i w Ekstraklasie nie zginiesz.

Stomil z przełomu roku był najbiedniejszym klubem, w jakim pracowałeś?

A skąd. Krucho z pieniędzmi było też w Jezioraku Iława, Turze Turek, czy ŁKS-ie, gdzie byłem ostatnim trenerem na szczeblu centralnym, przed relegowaniem drużyny do czwartej ligi.

W czasach, kiedy grałeś piłkę, kluby raczej nie miały problemów z wypłacalnością?

Zdecydowana większość drużyn była na garnuszku zakładów patronackich. Kiedy w końcówce lat 80-tych grałem w drugoligowej wtedy Broni Radom, to sponsorowały nas Zakłady Metalowe im. Generała Waltera. Przy podpisywaniu kontraktu zaproponowano mi mieszkanie i samochód. Auto już miałem, a nocowałem u przyszłej teściowej, dlatego zrezygnowałem. W zamian zażądałem, by równowartość samochodu przekazano mi w… maszynach do szycia produkowanych w „Walterze”. To był wtedy niesamowicie chodliwy towar. Pakowałem je w samochód i woziłem na Mazury. Szły jak świeże bułeczki. Jedna sztuka zjeżdżając z taśmy produkcyjnej była warta dwa tysiące złotych, a ja sprzedawałem ją za pięć tysięcy. Pamiętam, że jak kiedyś graliśmy na wyjeździe z Lechią Gdańsk, to do bagażnika autokaru zapakowałem kilkadziesiąt maszyn. Po meczu odebrał je brat i błyskawicznie przehandlował w naszej  rodzinnej Ornecie. Już następnego dnia dzwonił, żebym przywiózł tych maszyn dwa razy więcej. Taki był popyt! Przez trzy i pół roku pobytu w Radomiu zbijałem na nich fortunę. Mam sentyment do tego miasta. W Radomiu poznałem żonę. Mamy trójkę dzieci.

Ponoć wtedy piłkarze Broni mocno bratali się z bokserami tego klubu?

Broń miała wiele sekcji. Piłka, boks, piłka ręczna, tenis stołowy, kolarstwo, zapasy. Rzeczywiście, najbardziej po drodze było nam z pięściarzami. Jak się z chłopakami poszło do kawiarni, to człowiek czuł się w stu procentach bezpiecznie. Nikt nie szukał awantury…

W Radomiu były maszyny do szycia, a w Jagiellonii, do której trafiłeś z Broni, co? Słynny „Duch puszczy”?

Bimbru nie sprzedawałem (śmiech.) Ale co prawda, to prawda. Mieliśmy świetną drużynę z twardymi charakternymi chłopakami, jak Andrzej Ambrożej, Antoś Cylwik, nie żyjący już bramkarz Mirek Sowiński, czy obecny właściciel białostockiego klubu Czarek Kulesza i wielu innych kapitalnych chłopaków.

To w szatni musiało być wesoło.

To była paka i do piłki i do wszystkiego. Pamiętam, że na wkupne do zespołu musiałem nabyć kilkanaście kilo kiełbasy na ognisko i dwustulitrową beczkę piwa. Starsi testowali młodego, czy się nada do drużyny, każąc mu pić tzw. „hejnałki”. Należało jak najszybciej opróżnić półtoralitrowy kufel piwa. Zdarzało, się, że po dwóch, trzech „hejnałach” niejeden padał jak kłoda. Pamiętam, też że Czarek Kulesza co jakiś czas latał do Ameryki. Z jednego z takich wojaży przywiózł piękny, biały sportowy samochód. Nie pamiętam marki, ale wiem, że wszyscy mu strasznie tego auta zazdrościliśmy.

Dawał wam się przejechać?

Nie pamiętam, chyba za kierownicę nie wpuszczał, ale podwoził chętnie. Strasznie dbał o to cacuszko. Czarek zawsze miał głowę do interesów. I dobrze, przynajmniej się dorobił. Cenię go za to, że nie składował kasy na koncie, tylko zainwestował w Jagiellonię. Uratował ten klub. To dzięki niemu jest nowy stadion, było wicemistrzostwo Polski, Puchar Polski, europejskie puchary.

Pochwal się, jak do pierwszej drużyny Jagiellonii wprowadzałeś późniejsze gwiazdy polskiej piłki.

Byłem kapitanem, więc do moich obowiązków należała też opieka nad młodymi. Wtedy wchodzili do składy tacy gracze jak Marek Citko, Mariusz Piekarski, Bartosz Jurkowski, Tomek Frankowski czy Jacek Chańko. Powiedzmy na dziewięciu nowych, pięciu później etatowo grało w kadrze narodowej. Ewenement na skalę europejską!

Młodzi się słuchali?

To była szkoła trenera Rysia Karalusa. U niego każdy trzymał poziom. Jak trzeba było to za ucho złapał, do fryzjera wysłał albo kopa zasadził. Zimny chów, ale jakie potem tego były efekty!

Grałeś w wielu klubach, żeby wspomnieć choćby Śląsk Wrocław, Jezioraka, Stomil, Świt Nowy Dwór, i Błękitnych Orneta, których jesteś wychowankiem. Wszędzie było tak wesoło, jak w Jadze?

Bywało. Ale to nie ma co grzebać w przeszłości. Liczy się to co przed nami! Mam tylko satysfakcję, że kiedy w Śląsku ogłoszono, że grupa nowych zawodników, którzy przyszli przed sezonem, w tym gronie byłem i ja, po zakończeniu rozgrywek odejdzie z klubu, to na większość chłopaków przestano stawiać. A mnie trener Aleksander Papiewski wysyłał na boisko w każdym meczu. Aż do końca.

CHORZOW 24.09.2019 MECZ 1/32 FINALU TOTOLOTEK PUCHAR POLSKI SEZON 2018/19 --- 1/32 FINAL OF TOTOLOTEK POLISH CUP FOOTBALL MATCH: RUCH CHORZOW - STOMIL OLSZTYN PIOTR ZAJACZKOWSKI FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

Słyszałem mnóstwo opowiadań o fali, jaka rządziła w tamtych czasach w piłkarskiej szatni. Zetknąłeś się z tym zjawiskiem?

Fala, tra la la la. Gadanie…  Jak młody zachowywał się w porządku, to nikt do niego nic nie miał. Ja się broniłem grą. Poza tym byłem zawsze uśmiechnięty, lubiłem pożartować. I znałem swoje miejsce w hierarchii. Jak trzeba było,  to myłem piłki po treningu, zdejmowałem siatki z bramek. Normalne. Teraz też, jak się idzie do nowej firmy, to raczej słucha się i podpatruje, a nie pcha do ustawiania starszych po kątach. W moich czasach młodzież była bardziej otwarta. Śmiechy, rozmowy, wspólne posiłki.  To budowało klimat w drużynie. A dziś na stołówce młody jedną ręką miesza zupę, a drugą grzebie w smartfonie. To patologia! Jak taki jeden z drugim nie otworzy głowy, to poza trzecią ligę nie wyjdzie.

Najlepszy zawodnik z jakim grałeś?

W Świcie Nowy Dwór spotkałem kozaka nad kozaki. Nazywał się  Andrzej Sazanowicz. Umiał wszystko. Powinien zrobić międzynarodową karierę i przez lata rządzić w reprezentacji. Cóż, życie potoczyło się inaczej…

Dorobiłeś się na grze w piłkę?

Odcisków. Gdybym pieniądze ze sprzedaży maszyn do szycia zamienił na dolary, to byłbym do dziś  ustawiony. A tak trzymałem je w skarpecie, rozszalała się inflacja i zostałem z nic nie wartymi papierkami w ręku.

Teraz młodzi szybciej dochodzą do dużych pieniędzy.

Zdecydowanie. Przede wszystkim są bardziej świadomi, poza tym łatwiej im wypłynąć, bo wystarczy, że dwa razy prosto kopną piłkę z dużego palca, a od razu menedżer pcha ich za granicę. Od moich czasów jedno się nie zmieniło. Tak wtedy, jak i dziś o wszystkim decyduje głowa. Jak masz tam w środku trociny zamiast mózgu, to choćbyś miał nie wiadomo jaki talent, to przepadniesz.

rozmawiał Piotr Dobrowolski

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (4)