Sto kilometrów dziennie przez jedenaście lat. Meta: Śląsk Wrocław
Weszło Extra

Sto kilometrów dziennie przez jedenaście lat. Meta: Śląsk Wrocław

Rodzisz się dokładnie w momencie, gdy twój tata gra mecz i dowiaduje się o tym schodząc z boiska. Przychodząc na świat w takich okolicznościach, jesteś skazany na piłkę. Rodzice Adriana Łyszczarza już od jego najmłodszych lat wiedzieli, że ich syn zwariował na punkcie futbolu. I jest w stanie poświęcić dla piłki tyle, że w przyszłości może stać się ona nie tylko życiową pasją, ale i sposobem na życie.

Bierutów. Miejscowość licząca ponad pięć tysięcy mieszkańców, położona 45 kilometrów od Wrocławia. To właśnie tam 5-letni Adrian stawiał swoje pierwsze piłkarskie kroki. To właśnie tam uparł się, że… chce dojeżdżać codziennie na treningi. Do Wrocławia.

ZOBACZ REPORTAŻ WIDEO O DŁUGIEJ DRODZE ADRIANA ŁYSZCZARZA:

Dziś może spojrzeć w lustro i powiedzieć, że droga się opłaciła. Jest w kadrze pierwszego zespołu lidera PKO Bank Polski Ekstraklasy i ma wszelkie predyspozycje ku temu, by postawić kolejny krok i stać się pełnoprawnym członkiem pierwszego składu. Mimo trudnego roku w GKS Katowice, pojechał na mistrzostwa świata U-20 jako kapitan. Dostaje swoje szanse w Śląsku Wrocław, a młodzieżowcem będzie jeszcze w sezonie 20/21, gdy Przemysław Płacheta, mający obecnie wyższe notowania, straci już swój status. Ale piłkarz z rocznika 1999 nie chce czekać całego sezonu i wie, że już teraz musi wykorzystać swoją szansę.

Nie dostałby jej, gdyby nie rodzina. To głównie mamie, tacie i babci zawdzięcza to, że doszedł do poziomu Śląska Wrocław. Cofnijmy się w czasie o jakieś 15 lat. To mniej więcej wtedy 5-letni Łyszczarz nauczył się czytać. Dorwał się do lokalnej gazety, znalazł ogłoszenie o naborze do szkółki piłkarskiej i rozpoczęła się codzienna, trwająca jedenaście lat tułaczka pomiędzy Bierutowem i Wrocławiem. Tułaczka Adriana i jego rodziny.

Marcin Łyszczarz, tata Adriana: – Chciał, żeby mu kupować gazety sportowe. W lokalnym “Słowie Sportowym” wyczytał, że są zapisy do Wiko Wrocław dla małych dzieci w wieku 5-6 lat. Stwierdził, że chce jechać.

Adrian Łyszczarz: – Pamiętam nawet, w którym to pokoju było. Od zawsze byłem ukierunkowany, by grać w piłkę. Przeczytałem gazetę i wiedziałem, że nie ma wyjścia, muszę pojechać. Na pierwszym treningu spotkałem Pawła Olszewskiego, który dziś jest w Stali Mielec. Każdy był od nas o dwa lata starszy.

Marcin Łyszczarz: – Na pierwszym treningu była grupka 40 dzieci i jedna piłka. Jak to wszystko ruszyło, bałem się tylko, żeby się tylko nie pozabijali! Tak się wszystko zaczęło. Z żoną na zmianę woziliśmy go do Wrocławia. Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, jeden dzień wolnego, w weekend mecz. Potem nazwa zmieniła się na FC Wrocław Academy, skąd Adrian wypłynął na szerszą wodę.

Adrian musiał być skazany na piłkę, skoro o jego przyjściu na świat dowiedział się pan na boisku.

Marcin Łyszczarz: Grałem w Bodzio Goszcz mecz pucharowy. Adrian był jeszcze w brzuchu, żona na porodówce. Dostałem ze stresu dwie żółte kartki do przerwy. Schodząc z boiska otrzymałem telefon, że mam syna. Zaraz wszyscy podbiegli, kołyska. Później grając w Górniku Twardogóra zabierałem go na treningi. Adrianem zajmował się kierownik drużyny, kopali piłkę. Na każdym meczu był ze mną, obserwował, podziwiał zagrania taty.

Alicja Łyszczarz, babcia Adriana: – Tato lewonożny.

Marcin Łyszczarz: – Sprawna lewa noga, ułożona. Woziliśmy Adriana do siedemnastego roku życia, gdy trener Rumak stwierdził, że chce mu się przyjrzeć w pierwszej drużynie. O 8 na Oporowską, czekałem na niego do 15 i koło 17 byliśmy w domu. Tak było przez pół roku. Żona w tym czasie pilnowała interesów rodzinnych. Troszeczkę czasu trzeba było poświęcić.

Alicja Łyszczarz: – Ja ich wspomagałam, jak tylko chcieli. Jeździł jeszcze sam do gimnazjum. Wstawał rano o piątej, pociąg miał o szóstej rano. Sam się przeniósł do Wrocławia, sam sobie zadzwonił, sam sobie załatwił. Z synową pojechałyśmy kiedyś do Miedzi Legnica, gdzie mógł uczęszczać do gimnazjum w Legnicy i rozwijać  się piłkarsko.

Marcin Łyszczarz: – Wcześniej w wieku 10 lat dostał zaproszenie do szkółki do Zagłębia Lubin, ale się nie zdecydowaliśmy, bo był za mały. Lubin leży 130 kilometrów od nas, stwierdziliśmy, że to nie ten czas. Później pojawił się temat Legnicy, ale czego szukać w Legnicy, skoro mamy dobry klub we Wrocławiu? Później zaczęły się powołania do reprezentacji Polski, też jeździliśmy na zgrupowania, mecze. Z Adrianem jesteśmy na każdym meczu – czy to mecz sparingowy, czy ligowy. Od szóstego roku życia dopingujemy i wspieramy.

Panu nawet zdarza się jeździć na wyjazdy autokarem wraz z kibicami.

Marcin Łyszczarz: – Jeżdżę często na wyjazdy z kibicami, bo nie zawsze jest z kim jechać z rodziny, nie zawsze każdemu pasuje. Na pierwszy mecz Adriana w Ekstraklasie pojechałem w ten sposób. Białystok daleko, ale pierwszy raz w kadrze meczowej, powiedziałem: trzeba jechać. Mały włos by dostał szansę, ale trzeba było poczekać cierpliwie.

Jak ty, Adrian, wspominasz te codzienne dojazdy?

Adrian Łyszczarz: – Codziennie pobudka o 5:00 rano. Nieraz budziłem się już bez budzika. Raz wstałem o 2:00, myślałem, że już trzeba iść do szkoły. Zacząłem się ubierać, o 2:30 wyszedłem z domu. Mama przybiegła:

– Co ty robisz?

– No jak, idę do szkoły!

– A spojrzałeś na zegarek?

Już byłem na tym punkcie tak ześwirowany, że chciałem jechać o 2:30, żeby się nie spóźnić. Codziennie o 6:00 pociąg. Chodziłem przez tory, niebezpiecznie, bo ciemno, ale zawsze miałem przy sobie gaz pieprzowy. Jeździli ze mną koledzy, jeden grał w piłkę, drugi w ręczną. Monotonia. Wchodziło się zawsze do tego samego przedziału, zawsze to samo miejsce było wolne, codziennie te same twarze w pociągu. We Wrocławiu byłem już o 7:00, później w autobus, następnie w tramwaj. Starałem się uczyć, ale wiadomo jak jest w klasach sportowych. Trzydziestu chłopaków, nieraz jest ciężko. Po szkole czas na trening, wszyscy jechaliśmy, kończyło się o 18 i z powrotem na stację. O 21:00 byłem w domu taki zmęczony, że kładłem się spać. Jak odrabiałem lekcje, to w pociągu. W pewnym okresie byłem w internacie. Poznałem tam wielu ludzi, przyjaciół, z którymi mam kontakt do tej pory. Usamodzielniłem się trochę, wiemy, jak jest w internatach. Trzeba walczyć o przeżycie, jedzenie nie najlepszej jakości. Sami sobie gotowaliśmy w kuchni po kryjomu klasyczną potrawę makaron z kurczakiem bez sosu, by nie jeść jedzenia z internatu. Rajcowało mnie to, bo miałem z tyłu głowy, że może mi to pomóc i gdzieś mogę w piłkę grać.

Aż w końcu odzywa się Śląsk Wrocław i zaprasza do siebie.

Adrian Łyszczarz: – Dostawałem sygnały ze Śląska już wcześniej. Grając w FC Wrocław w CLJ dostałem pismo, że chcą mnie zaprosić na testy. Zagraliśmy sparing z ŁKS i trenerzy powiedzieli, że chcą bym został, ale nie wiadomo jak będzie z graniem. Po przemyśleniu uznałem, że chciałbym jeszcze zostać w FC Wrocław, bo super mi się współpracowało z trenerem Horwatem. Byliśmy beniaminkiem w CLJ, chciałem dograć sezon do końca, zajęliśmy czwarte miejsce. Wygraliśmy w lidze ze Śląskiem 2:0, strzeliłem dwie bramki. Wtedy już nie było wyboru: powiedzieli, że nie widzą innej możliwości niż bym przyszedł do Śląska. Wtedy już się zastanawiałem, bo wiedziałem, że i tak będę chciał tam trafić.

Kto był większą inspiracją? Pan jako piłkarz czy pani jako prezes klubu?

Alicja Łyszczarz: – Myślę, że syn. Też mógł zrobić karierę piłkarską, miał powołania do kadry za mojego prezesowania. Nie to, że miałam układy czy coś, po prostu dobry był. Jak poszedł do Bodzio Goszcz, zaczynali do B-klasy. Szybko zrobili awans do okręgówki i strzelał im bramki, cała społeczność Goszcza była bardzo zadowolona. Wynagradzany był dobrze. Adrian ma coś po ojcu. Ojciec żyje jego karierą. Nie powiem, że mama nie, bo też, ale Marcin, muszę powiedzieć, bardzo go wspiera. Wszystko się obraca wokół Adriana.

Jak została pani prezesem Widawy Bierutów?

Alicja Łyszczarz: – Pracowałam wtedy w urzędzie. Interesowałam się piłką, jeździłam na mecze, w Widawie grał mój brat. W pewnym momencie działacze stwierdzili: nadawałabyś się, interesujesz się, wiesz, o co chodzi, potrafisz rozmawiać na pewne tematy. Łatwiej się pracuje będąc prezesem, jak się ma układy takiego typu, że burmistrz czy naczelnik pozwalali, by w czasie godzin pracy załatwiać pewne rzeczy. Prezesowałam sześć lat i starałam się jeździć na wszystkie mecze – trampkarzy, juniorów młodszych, starszych, seniorów. Musiałam to tak poukładać, by pieniędzy starczyło na wszystkich. Przede wszystkim stawialiśmy na młodych. Syn od początku grał w Widawie, brat był trenerem.

Później poukładałam sobie wszystko organizacyjnie: ten odpowiedzialny za bilety, ten za wyjazdy, ten za kartki. Wszystko było profesjonalnie, zawsze brakowało tylko pieniędzy. Starałam się negocjować po firmach rabaty. Pogoń Oleśnica chciała z nami współpracować, by zawodnicy się ogrywali, a później szli do nich. Mówię: “zaraz, zaraz, za ogranie trzeba zapłacić”. Z jednego transferu zostały nam pieniądze i zorganizowałam nawet obóz w Wołowie. Dużo zawodników mieliśmy, którzy mogli zrobić karierę, ale każdy szedł za pracą, grali dla przyjemności. Zawsze pomagało się zawodnikom, dokładało na buty. Syn był lewonożny, miał zjechaną lewą nogę, to wymieniał się butami z prawonożnym, bo nie było pieniędzy. Syn sobie zawsze sam kupował buty i zawsze miał pretensje, że mama nie dokłada. Ale mówię: “jak ty masz takie wymagania i chcesz grać w lepszych, to trudno, płać”.

Organizowałam też bale sportowca. Szumnie się nazywało, ale wynajmowaliśmy stołówkę przy szkole i tam wszyscy piłkarze spotykali się z żonami i rodzinami. Tak było co roku. Miałam kucharki, które gotowały po kosztach, za zarobione pieniądze opłacałyśmy a to trenera, a to sprzęt. Później się to urwało, nie miał kto się tym zająć. Bardzo mile wspominam ten czas. Po sześciu latach zmieniłam pracę, poszłam do szkoły i ciężko było to wszystko pogodzić. Poza tym chciałam pomóc też trochę w karierze Adriana. Nie ukrywam, że finansowo nie daliby sobie rady od początku do końca. Samo zatankowanie samochodu na sto kilometrów dziennie to koszta. Pewnie, że nie jeździłam codziennie, ale czasem trzeba było wesprzeć ich jak nie mogli. Jestem bardzo zadowolona z postępów Adriana. Zawsze powtarzam rodzicom, że powinni być dumni. Adrian ma 20 lat i myślę, że się już nie zmieni. Grzeczny, poukładany chłopak. Żeby mu się jeszcze powiodło i nie łapał kontuzji. Dzisiaj najważniejsze to siła, wytrzymałość, odporność na stres, zdobycie zaufania u trenera.

Jakie emocje towarzyszą państwu na meczach?

Alicja Łyszczarz: – U mnie stres, ciśnienie. Pamiętam jak wprowadził go trener Urban. Nie byłam na tym meczu, oglądałam w telewizji. Adrian stracił piłkę i wszedł w niego Nalepa z Arki. Dobrze, że oglądałam mecz sama, strasznie się zdenerwowałam. On chciał dobrze, ale do dziś mam przed oczami, jak wpadł na tę siatkę. Najbardziej się stresuję, jak jadę na mecz i jak się rozgrzewa. W tę, z powrotem, w tę z powrotem. Ten wchodzi, ten, ten, trzy zmiany, do widzenia. Dziecko nie weszło, ale tłumaczę sobie: dobrą zmianę trener zrobił, bo coś dała. Cały czas w stresie. Patrzysz tylko na Adriana, numer i nic więcej.

Marcin Łyszczarz: – U mnie cały czas jest adrenalina. Od wyjazdu na mecz, czyli informacji, że jest w dwudziestce meczowej. Potem dalej: ciekawe czy wyjdzie? Najwięcej czasu patrzę na ławkę: wstaje się grzać czy nie. Tak to wygląda z perspektywy rodzica. Chciałbym, by w przyszłości nie musiał siedzieć i czekać na zmianę, grał od początku.

Alicja Łyszczarz: – Musi walczyć, jak wszędzie. Jak dostał powołanie na mistrzostwa U-20, nasza społeczność bierutowska może nie to, że oszalała, ale kto nas znał to zaczepiał. Idąc do lekarza słyszałam: “a to pani wnuczek gra w reprezentacji!”. Ostatnio nawet pani doktor poprosiła o autograf Adriana dla wnuczka. Każdy gratulował. Nikt tak daleko, mówili, z zawodników z Bierutowa nie zaszedł. Wszyscy czekali na pierwszy mecz z Kolumbią. Nawet chciałam, by Adrian podziękował na łamach naszej społeczności.

Adrian Łyszczarz: – Super uczucie, bo w Bierutowie każdy trzyma za mnie kciuki. Wczoraj pojechałem do cioci na kawę i przyszła pani z domu obok, która chciała sobie zdjęcie zrobić. Mega fajne, bo wie się, że ma się wsparcie też u osób, z którymi nie ma się kontaktu.

Byłeś kapitanem reprezentacji U-20 na mistrzostwach świata, jaka jest twoja diagnoza, dlaczego wyszło jak wyszło?

Adrian Łyszczarz: – Nie byliśmy zgrani jako drużyna. Nie zagraliśmy wiele spotkań w porównaniu do innych w 2019 roku. Nie odczuwałem stresu związanego z mistrzostwami, ale było to widoczne w drużynie. Nie to, że nas to przerosło, ale nie byliśmy przygotowani na tak dużą imprezę.

Bardziej w głowach?

Adrian Łyszczarz: – Myślę, że bardziej w głowach przegraliśmy ten mundial niż na boisku.

Pozostała ci po nim współpraca z Jackiem Magierą.

Adrian Łyszczarz – Zbudował we mnie pewność siebie. Wpajał we mnie, że jestem dobry, że mam wierzyć. Po meczu w rezerwach, gdy strzeliłem cztery bramki w czwartej lidze, zadzwonił do mnie i spytał:

– Co, strzeliłeś cztery bramki?

– Tak, udało mi się.

Nakrzyczał na mnie, że mam odpowiedzieć “tak, strzeliłem”, a nie, że mi się udało. Mam nadzieję w głębi duszy, że kiedyś będę mógł jeszcze z trenerem Magierą współpracować. Nie spotkałem się nigdy z lepszym trenerem.

Rok w Katowicach, gdy nie grałeś zbyt wiele, oceniacie państwo jako rok stracony?

Marcin Łyszczarz: – Katowice nie pomogły. Do grudnia było dobrze, w styczniu wszystko wywróciło się do góry nogami. Chcieliśmy, by poszedł grać i rozwijać się w lidze, w której liczy się przede wszystkim siła. Miał rywalizować z dwoma młodzieżowcami, potem pojawiło się na jego pozycji trzech czy czterech, zaczęły się problemy. Po przerwie zimowej coś nie pasowało, a to to, a to tamto. Zadzwoniłem do asystenta trenera i usłyszałem dziwne rzeczy, że Adrian nie ma postury piłkarza, że nie chodzi na siłownię, ostatni przychodzi do szatni, pierwszy wychodzi. Mówię: jeśli Adrian wam nie pasuje, nie ma postury, coś z nim jest nie tak, trzeba się rozstać. Asystent powiedział: “nie, chcemy by Adrian został”. To skąd takie stwierdzenia? Coś mi tutaj nie grało. Jasno powiedziałem, że są mistrzostwa świata, Adrian może dostać powołanie, musi się ogrywać. Wiadomo, jak Katowice skończyły, mieli ciężko. 

Adrian Łyszczarz: – Po tym co wydarzyło się po przyjeździe z urlopu, byłem podłamany. Nie wiem jak do tego doszło, ale myślę, że jest osoba, która chce mi zrobić pod górkę. Chciała zrobić, bym nie pojechał na mistrzostwa. Mówili, że nie mam postury piłkarza, szukanie igły w stogu siana. Robiłem swoje, żeby pojechać na mistrzostwa. Byłem w kontakcie z trenerem od przygotowania motorycznego z kadry, by mi wysyłał treningi wyrównawcze. Miałem przeczucie, że nie dostanę powołania. Wszyscy grali, tylko nie ja. Ciągnęło mnie to w dół, ale chciałem i tak zrobić wszystko, by na mistrzostwa pojechać. To spełnienie marzeń z dzieciństwa. Ale życzę im jak najlepiej, nie jestem osobą zawistną. Będę robił swoje.

Jak państwo oceniacie potencjał Adriana? Gdzie może zajść?

Marcin Łyszczarz: – Na tę chwilę chciałbym, żeby złapał pierwsze miejsce w Ekstraklasie, ograł się rok, dwa, trzy i spróbował sił za granicą, może gdzieś we Włoszech, może w Hiszpanii, Niemcy blisko. Takie jest moje marzenie. A czy tak daleko zajdzie? Czas nam pokaże. Wszystko zależy od niego.

Alicja Łyszczarz: – Teraz sam jest na swoim garnuszku, sam się żywi, sam dba o siebie, decyduje. Jeżeli wypracuje sobie swój model i wszystko dobrze poukłada, ja bym była przeszczęśliwą babcią. Śląskowi dobrze idzie, trzeba walczyć o skład i będzie dobrze.

Marcin Łyszczarz: – Czekamy i wspieramy go dalej.

A ty Adrian? Jaki cel na ten sezon, jaki na karierę?

Adrian Łyszczarz: – W tym sezonie chciałbym jak najwięcej grać w Ekstraklasie. Śląsk Wrocław jest dla mnie bardzo ważny, chciałbym tu się dalej rozwijać. Po cichu myślę też o reprezentacji U-21, to cel w głowie na ten sezon. Moim marzeniem jest to, by rodzina była ze mnie szczęśliwa. Jak oni będą szczęśliwi, to i ja. Piłkarsko marzy mi się wyjazd do Włoch i gra na najwyższym poziomie i reprezentacja Polski.

Odwiedzaliby we Włoszech?

Myślę, że są nawet tam w stanie przeprowadzić! Tata potrafił jechać samochodem na mecz U-20 do Szwajcarii wraz z ojcem Serafina Szoty. We Włoszech też był, tydzień siedział w tym samym hotelu, co my. Cieszę się z tego, większość zawodników nie ma takiego wsparcia ze strony rodziny. Zawsze powtarzam, że wszystko zawdzięczam rodzinie, gdyby nie oni, w piłkę bym nie grał. Poświęcili się, a teraz chcę, by byli ze mnie dumni. Super uczucie w środku, gdy wiesz, że masz wsparcie, bo to buduje. Nie ma nic lepszego jak się patrzy po meczu na rodziców, gdy są uśmiechnięci, że mają takiego syna.

TEKST I WIDEO: JAKUB BIAŁEK i ADAM ZOSZAK

Fot. newspix.pl / 400mm.pl / własne

KOMENTARZE (3)