Robert Kubica a sprawa polska. Czy możemy być dumni z ostatnich miejsc?
Inne sporty

Robert Kubica a sprawa polska. Czy możemy być dumni z ostatnich miejsc?

Dziś wyścig o Grand Prix Francji Formuły 1. O ile nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, Robert Kubica dojedzie na końcu stawki. Piszemy o tym z dużą dozą pewności i wyjątkowym spokojem, bo jesteśmy pogodzeni z tym faktem, podobnie,jak sam polski kierowca. Oczywiście, chcielibyśmy wierzyć, że nagle sytuacja się odwróci, ale doskonale zdajemy sobie sprawę, że mówimy o sporcie, w którym 80 procent wpływu na ostateczny wynik ma samochód. A ten Kubica ma zdecydowanie najgorszy w stawce. Być może warto więc spojrzeć na temat nieco inaczej. – Zapominamy o najważniejszej kwestii, która jest istotna. Po długiej przerwie kolejny raz mamy polskiego kierowcę w F1 – mówił kilka dni temu sam zainteresowany.

Za nami siedem wyścigów sezonu 2018, pierwszego od ośmiu lat i szóstego w ogóle z udziałem polskiego kierowcy. Póki co jest to sezon pełen frustracji i nerwów dla wszystkich, którzy trzymają kciuki za bolid z numerem 88 i jego pasażera. Właśnie, bardziej pasażera niż kierowcę, bo samochód Williamsa jest wyjątkowo ciężki w prowadzeniu, oporny, raz nadsterowny, raz podsterowny, totalnie nieprzewidywalny. W efekcie Kubica regularnie zamyka stawkę w kwalifikacjach i dojeżdża do mety jako ostatni spośród tych, którzy kończą wyścig (szukając pozytywów trzeba podkreślić, że przynajmniej za każdym razem na tej mecie się melduje).

Ten sport jest skomplikowany i każdy ma swoje problemy. My, oprócz prędkości, mamy wiele innych. Dzieją się rzeczy, które trudno zrozumieć, a w takiej sytuacji trudno budować pewność, a nawet kierunek ustawień. Wyjeżdżam na jedną sesję, bolid się zachowuje tak; wyjeżdżam na następną – zachowuje się zupełnie inaczej. To pokazuje, że problemem jest nie tylko prędkość. Ważne jest to, żeby bolid wreszcie zaczął się zachowywać tak samo, żeby był równy, przewidywalny. Żeby znaleźć te ułamki sekund, potrzeba nam tej równości i przewidywalności bolidu. A to i tak mało zmieni. Niestety, jako zespół na dziś jesteśmy za daleko, żeby walczyć z innymi kierowcami – tłumaczył Robert w ubiegłym tygodniu w długiej rozmowie z Weszło. – Nie jestem pogodzony z tym, że cały sezon taki będzie i że zawsze będę na końcu, ale… jestem realistą i znam ten sport.

Słowem: dopóki w fabryce w Grove nie dokona się jakaś rewolucja, której zresztą ciężko się spodziewać, na torze wiele się nie zmieni. Robert Kubica przegrywa z rywalami, bo ma dużo gorszy bolid. Przegrywa także z kolegą z zespołu, bo George Russell w ewidentny sposób jest lepiej traktowany przez Williamsa, czemu zresztą trudno się dziwić. Skoro angielska ekipa ma w stawce młodego Anglika, o którym wiele osób mówi, jako o przyszłym mistrzu świata, oraz doświadczonego Polaka po przejściach, zupełnie naturalne jest, że bardziej dba o tego pierwszego. Dziwić może to jedynie kibiców w Polsce. Sam Kubica do tematu podchodzi z zaskakującym spokojem. Szukając jasnych stron dramatycznego sezonu zauważa, że sam powrót jest wielkim sukcesem i warto docenić to, że znów nad torami Formuły 1 powiewa biało-czerwona flaga. – Nie jest powiedziane, że w przyszłości nie będę dysponował o wiele lepszym bolidem. Na ten moment sam fakt, że znów mamy Polaka w F1 to jest największym plusem i sukcesem, o czym wiele osób zapomina – mówi.

Tylko 20 miejsc w stawce

Postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest z tą obecnością w Formule 1 i czy naprawdę mamy się z czego cieszyć.

Nie tak dawno temu podobną sytuację mieliśmy w piłce nożnej. O polskich zawodnikach w klubach pokroju Bayernu, Napoli, czy Milanu mogliśmy tylko pomarzyć, cieszyliśmy się, kiedy jako tako radzili sobie w Grecji, czy Holandii. Kiedy reprezentant naszego kraju strzelał bramkę w europejskich pucharach, nad Wisłą strzelały korki od szampanów. Słowem: mieliśmy straszną posuchę. To się w ostatnich latach bardzo zmieniło, Lewandowski od lat jest w światowej czołówce, w jego ślady nie bez powodzenia (choć jeszcze nie na taką skalę) próbują iść inni. Regułą jest raczej kolejka Ligi Mistrzów z polskim golem niż taka, w której żaden z naszych akurat nie trafił. Polak od kilku lat wygrywa klasyfikację strzelców w Niemczech, w tym roku dwóch kolejnych liczyło się w walce o tytuł najskuteczniejszego napastnika we Włoszech. Mamy czołowych bramkarzy Premier League i Serie A, grupę zdolnych juniorów i tak dalej. Słowem: o suchych latach dawno zapomnieliśmy.

A w Formule 1? Cóż, prawda jest taka, że tutaj każdy sukces należy docenić zdecydowanie bardziej. Czemu? Z tego prostego powodu, że sam awans jest niewyobrażalnie trudny. Szybki rachunek matematyczny, na poziomie szkoły podstawowej: policzmy nawet nie szerokie składy, a pierwsze jedenastki. W Premier League daje nam to 220 piłkarzy w pierwszych składach. Za Primera Division, Serie A i Ligue 1 doliczmy po 220, za Bundesligę 198. Szybkie sumowanie i mamy blisko 1,100 piłkarzy grających w pięciu czołowych ligach w Europie. Nawet, jeśli ograniczymy się tylko do ekip, które w tych ligach zajęły miejsca dające prawo gry w europejskich pucharach, wyjdzie nam ponad 300 graczy. Tymczasem, jak doskonale wiadomo, w Formule 1 mamy zaledwie 20 miejsc.

To pokazuje skalę osiągnięcia. Wejście do Formuły 1 oznacza, że w pokonanym polu pozostawiło się dziesiątki tysięcy innych. Prawda jest taka: jeśli ktoś jest naprawdę dobrym piłkarzem, to wcześniej czy później przebije się do poważnej piłki i jednej z czołowych lig. Wiadomo, nie każdy będzie grał w Realu czy Manchesterze City, nie każdy przebije się do Barcelony, albo PSG. Ale jeśli nie uda się tam, to przecież zawsze jest szansa na angaż w Sevilli, Bordeaux, West Hamie, czy Schalke. W Formule 1 takiego wyboru nie ma. 10 zespołów, w każdym po zaledwie dwa miejsca. Oczywiście, także są lepsi i gorsi, bogatsi i biedniejsi, lepiej i gorzej zorganizowani. Ale wciąż – miejsc jest tylko 20. I – co powie wam każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o Formule 1 – wcale nie zawsze zajmują je naprawdę najlepsi kierowcy. W sporcie, w którym podaż jest tak mała, a popyt tak olbrzymi, zawsze miejsce w stawce będzie przedmiotem niezwykle ostrej walki z użyciem przeróżnych narzędzi. Pozostając jeszcze przy piłkarskich porównaniach – wiedzieliśmy, że Legia Warszawa bardzo wyraźnie odstaje od innych uczestników Ligi Mistrzów brutalnie się o tym przekonywaliśmy w Madrycie, czy Dortmundzie. Ale – kurde – fajnie było przez chwilę mieć polską ekipę w elicie. Z Kubicą jest trochę podobnie: jest jak bramkarz, który musi osiem razy wyjmować piłkę z bramki, albo napastnik, który nie strzela goli, bo jego ekipa ani razu nie wychodzi z własnej połowy. Na papierze: dramat i tragedia. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej – widać, że wina nie leży po jego stronie, tylko trafił do fatalnego zespołu…

Średnia: 38 milionów rodaków na kierowcę

W 2019 roku w stawce Formuły 1 mamy reprezentantów 15 krajów. Część z nich to przedstawiciele nacji nierozerwalnie związanych ze sportami motorowymi, regularnie zasilających najmocniejsze ekipy, mogących się pochwalić wieloma mistrzami świata. Nikogo nie dziwi obecność w padoku Formuły 1 kierowców z Niemiec (w tym sezonie dwóch), Francji (dwóch), Finlandii (dwóch), czy Wielkiej Brytanii (trzech). W stawce oczywiście są także reprezentanci Włoch i Hiszpanii (choć tylko po jednym). Mamy także kierowcę z Australii, Kanadyjczyka, Meksykanina i Holendra. Zawodnikiem w Formule 1 mogą się pochwalić kraje o liczbie ludności województwa mazowieckiego, czyli Dania i Finlandia, a nawet Monako, czyli kraj, w którym żyje mniej więcej tyle ludzi, co w… Malborku. Szczyptę egzotyki wyścigowej elicie dodają kierowcy z Rosji oraz Tajlandii, choć tak naprawdę Alexander Albon to zawodnik urodzony i wychowany w Anglii, choć oficjalnie reprezentuje ojczyznę matki. Stawkę uzupełnia nasz, polski rodzynek. W sumie wymieniona piętnastka krajów to łącznie nieco poniżej 800 milionów mieszkańców, czyli mniej więcej 10 procent populacji planety. Liczby w ewidentny sposób zawyżają Sergio Perez (129 milionów kibiców) i Daniił Kwiat (144 miliony), ale za to zaniżają Charles Leclerc (wspomniany Malbork i 38 tysięcy), Kevin Magnussen, Kimi Raikkonen i Valtteri Bottas (po 5 milionów). Średnio na kierowcę Formuły 1 przypada jakieś 38 milionów rodaków, więc nie trudno zauważyć, że Robert Kubica pod tym względem do stawki pasuje idealnie.

Nie da się także nie zauważyć, że w wyścigowej elicie nie ma nikogo z Afryki, z Bliskiego Wschodu, z Chin. Nie ma także nikogo z USA, choć przecież nowi właściciele Formuły 1 to właśnie Amerykanie. Reprezentanta w królowej sportów motorowych nie ma aktualnie także Ameryka Południowa, choć przecież stamtąd pochodzi kilka ikon tej dyscypliny, z Ayrtonem Senną, Nelsonem Piquetem, Emersonem Fittipaldim i Juanem Manuelem Fangio na czele (w sumie 13 tytułów mistrza świata). Widzicie to? Nie ma Afryka (1,2 miliarda mieszkańców), nie ma Ameryka Południowa (prawie pół miliarda), nie ma USA (330 mln). Nie ma przebogaty Bliski Wschód, który kupił sobie piłkarski mundial oraz wyścigi Bahrajnie i Abu Zabi. Nie mają stanowiące jedną trzecią ludności świata Chiny (1,4 mld) i Indie (1,3 mld). A Polska – ma! Polska, która nie jest na tym tle ani bardzo bogata, ani wyjątkowo duża, ani nie ma większych tradycji wyścigowych (ba, nie ma ich praktycznie wcale). A mimo to, kierowcy z naszego kraju udało się dostać do wyścigowej ekstraklasy, wygrać kwalifikacje i wyścig, prowadzić w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata oraz mocno namieszać w stawce. To nie koniec. Udało mu się także dokonać spektakularnego powrotu, być może największego w historii sportu motorowego i po ośmiu latach od koszmarnego wypadku wrócić do ścigania w elicie. Jasne, powiedzą teraz niektórzy: „co to za ściganie, skoro zawsze jest ostatni”. Fakt, Kubica jest jednym z trzech kierowców bez punktów w sezonie 2019 (obok Russella i Antonio Giovinazziego z Alfy Romeo) i wszystko wskazuje na to, że już tak zostanie. Fakt, poza Monte Carlo zawsze dojeżdżał do mety ostatni. Fakt, regularnie przegrywa z partnerem z zespołu. Ale nie zapominajmy też o tym, że mówimy o absolutnej elicie, o zaledwie 20 kierowcach z całego świata, z których w dodatku jeden miał osiem lat przerwy, a do dyspozycji dostał zdecydowanie najgorszy sprzęt w stawce.

Wiem, że kibice chcieliby widzieć mnie w bardziej konkurencyjnym bolidzie. Niestety, na ten moment jestem tu, gdzie jestem. Ale nie jest powiedziane, że w przyszłości nie będę dysponował o wiele lepszym samochodem. Muszę uzbroić się w cierpliwość oraz ciężko pracować. Na ten moment największym plusem i sukcesem jest mój powrót do Formuły 1, o czym wiele osób zapomina – powtarza Kubica.

Cierpliwość przyda się nie tylko Kubicy, ale także wszystkim, którzy trzymają za niego kciuki. Polak wystartuje dziś z 18. pola, choć w kwalifikacjach był 20. Za wymianę części w bolidach na dalsze miejsca zostali przesunięci Kwiat i Russell. Początek wyścigu o Grand Prix Francji o 15:05.

JAN CIOSEK

KOMENTARZE (24)