Polski trener dał Fenerbahce pierwszy od siedmiu lat mistrzowski tytuł
Inne sporty

Polski trener dał Fenerbahce pierwszy od siedmiu lat mistrzowski tytuł

Polscy trenerzy siatkarscy pracujący za granicą to dziś rzadkość, a ci odnoszący tam sukcesy to już w ogóle gatunek na wymarciu. Mariusz Sordyl, który ma za sobą trip po Rumunii i Katarze, zaliczył teraz jednak wejście smoka do ligi tureckiej – na dzień dobry zdobył z Fenerbahce Stambuł mistrzostwo, puchar kraju i wprowadził drużynę do Ligi Mistrzów. Korzystając z przerwy po sezonie spotkaliśmy się z nim, żeby zapytać jak to się stało, że wylądował nad Bosforem, jak wygląda poziom tamtejszej ligi i czy to prawda, że w poprzednim klubie „zapomnieli” mu wypłacić pensji.

***

Jesteś już w Stambule noszony na rękach?

Nie przesadzajmy. Chociaż rzeczywiście cała ta historia wypaliła z grubej rury. Nawet nie z kapiszona czy śrutu, tylko to był naprawdę gruby strzał. Zrobiliśmy coś wyjątkowego, ale też nie byłem sam, dokonała tego grupa ludzi.

Pytam o noszenie na rękach, bo tak często mówi się o tureckich kibicach piłkarskich. Że jak są wyniki, to wynoszą pod niebiosa, ale jak idzie kiepsko, to ponoć strach wychodzić z domu. W siatkówce wygląda to trochę podobnie?

Piłka nożna w tym kraju to zupełnie coś odjechanego i w ogóle nie ma co porównywać. My sobie gdzieś przemykamy innym piętrem, chociaż oczywiście mamy grupę kibiców. Fenerbahce to klub wielosekcyjny i spłynęło na nas dużo pochwał od ludzi także z innych sportów. Kibice cieszą się z każdego sukcesu klubu, bez względu na to, jaka to dyscyplina. Dowodem jest to, że na koniec sezonu nasze oba puchary – za mistrzostwo i Puchar Turcji – zaprezentowano na stadionie przed meczem piłkarzy. Odbiór naszych sukcesów był sympatyczny.

A kibice siatkarscy? Czasami jest ich na meczach trochę więcej, czasami niezbyt wielu. Chociaż na przykład przy okazji finału Pucharu Turcji w Malatyi oraz finału ligi w Izmirze połowę hal zajmowali kibice Fenerbahce.

W miastach oddalonych tak daleko od Stambułu?

Nie będzie to odkrywcze jeśli powiem, że w Turcji każdy jest kibicem Fenerbahce, Besiktasu albo Galatasaray. I nieważne, w której części kraju mieszkasz, w zasadzie w każdym regionie są fankluby tych drużyn. Zarówno w Malatyi, jak i w Izmirze, czuliśmy się świetnie mając za plecami wsparcie licznej grupy kibiców.

Czy niechęć kibiców piłkarskich pomiędzy tymi klubami przenosi się w jakimkolwiek stopniu na siatkówkę?

Mam niewielkie doświadczenie jeśli chodzi o konfrontację kibiców Fenerbahce i Galatasaray z prostego powodu: kiedy gramy mecze ligowe, to na spotkaniach, w których my jesteśmy gospodarzami, w hali nie ma zorganizowanych grup kibiców Galatasaray. To samo dotyczy naszych kibiców w sytuacji, kiedy to my jesteśmy drużyną przyjezdną. Być może właśnie dlatego, aby nie dopuścić do nerwowych sytuacji.

Z drugiej jednak strony, kiedy graliśmy finał pucharu, w hali były obecne dwie grupy kibiców i atmosfera była świetna. Zupełnie nie widziałem żadnych historii, które wprowadzałyby nerwowość, doping był niesamowity. Dla zawodników było to coś świetnego, bo sala żyła, było głośno. W każdym momencie meczu czuliśmy wsparcie kibiców. W turnieju o puchar kraju graliśmy z trzema najlepszymi ekipami po rundzie zasadniczej i z trzema wygraliśmy, dlatego radość była ogromna. Dla zdecydowanej większości obserwatorów była to bardzo duża niespodzianka.

Puchar tak was nakręcił, że w półfinale play-offów najpierw rozbiliście Halkbank Ankara, czyli mistrza z trzech ostatnich sezonów, a później w finale pokonaliście 3:2 w meczach Arkas Izmir.

Zwracaliśmy bardzo dużą uwagę na to, żeby nie popaść w pułapkę dużego sukcesu i nie potknąć się w play-offach. Startowaliśmy z piątego miejsca po rundzie zasadniczej, dlatego cały czas musieliśmy się wspinać. To były dla nas trudne konfrontacje, ale udało się nam okiełznać element samozadowolenia po pucharze. Pokonaliśmy długą drogę, zbudowaliśmy coś fajnego, co ostatecznie doprowadziło nas do szaleńczych rezultatów. Klub czekał siedem lat na mistrzostwo.

Kiedy obejmowałeś zespół w listopadzie zastępując Veljko Basicia, drużyna po siedmiu kolejkach miała na koncie zaledwie dwa zwycięstwa i zajmowała dziewiąte miejsce w tabeli. To musiała być trudna reanimacja.

Klub uznał, że drużyna potrzebuje czegoś innego, pojawiło się moje nazwisko. Darek Stanicki, który jest w Fenerbahce dyrektorem sportowym, wykonał telefon i w ciągu trzech dni byłem już na pierwszym treningu w Stambule. Od samego początku wprowadzałem swoją wizję funkcjonowania zespołu pod względem sportowym, jednocześnie czytelnie określając rolę każdego z zawodników, żeby każdy poczuł się ważny i wziął odpowiedzialność za wynik. Później pojawił się jeszcze oczywiście dodatkowy bodziec w postaci Salvadora Olivy.

To był twój pomysł, żeby ściągnąć go z Jastrzębskiego Węgla?

Wszyscy byli zgodni, że jest nam potrzebny jeszcze jeden transfer. Szukaliśmy zawodnika, który spełniałby nasze oczekiwania. Pojawił się Oliva, był interesujący, wyraził chęć dołączenia do drużyny, więc to wykorzystaliśmy. To był dobry ruch, bo z meczu na mecz łapaliśmy coraz większą pewność siebie. Różnice w poziomie drużyn nie były wcale aż tak drastyczne, dlatego stawiając sobie małe cele na przestrzeni tygodnia, dwóch tygodni, udało się nam je realizować. Rozpędziliśmy się i po zdobyciu pucharu mało kto chciał z nami grać w play-offach.

D5vsdS1WkAA2d8d

60174971_2160358590680254_2327152691316260864_n

Jaki budżet ma Fenerbahce? Będziecie zbroić się przed Ligą Mistrzów?

O szczegółach nie chcę mówić, natomiast był to raczej piąty budżet w lidze. Gdybyśmy porównali nasze finanse do tych z PlusLigi, Fenerbahce nie byłoby w czołówce. Dlatego kluby bardzo spokojnie podchodzą do transferów. Mniej więcej od roku mamy sytuację, w której polityka transferowa jest dosyć mocno stonowana.

A co do Ligi Mistrzów – nie wiemy jeszcze, jak będzie skonstruowany zespół. Co z perspektywy polskiej ligi może wydawać się dziwne, bo w PlusLidze większość transferów zostało już dawno ogarniętych. W Turcji dopiero to wszystko startuje. Nie jest to sytuacja komfortowa dla trenera, ale ma to też swoje dobre strony, bo zespoły są krojone na miarę możliwości.

Chciałbyś wylosować w grupie którąś z polskich drużyn?

Oczywiście byłoby miło. Siedem lat temu z drużyną z Zalau miałem okazję grać w tych rozgrywkach z Resovią, ale różnica poziomów była zbyt duża. Dzisiaj z Fenerbahce konfrontacja z polskimi drużynami to nie tylko prestiż i doświadczenie – to również uzasadniona wiara w grę o punkty. Bez względu na to z kim przyjdzie nam się zmierzyć, chcemy zaznaczyć swoją obecność w Lidze Mistrzów nie tylko samym udziałem. Tak czy inaczej, już sama gra w tych rozgrywkach niesie ze sobie magię dużej siatkówki. Klub to dostrzega i docenia.

Jak oceniasz poziom sportowy ligi tureckiej na tle tych najmocniejszych?

Włochy odjeżdżają wszystkim, Rosjanie stabilizują swój poziom, Polska też stoi mocno na pudle, również za sprawą mediów i kibiców, których mamy na światowym poziomie. Nie ulega wątpliwości, że Włochy, Rosja i Polska to najmocniejsze ligi, ale myślę, że Turcja to bezpośrednie zaplecze tej wielkiej trójki. Mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Galatasaray pokonało rosyjski Kuzbass Kemerowo w Pucharze CEV i to Galatasaray grało w finale (uległo w nim włoskiemu Trentino – red.). Jasne, pewnie gdyby grali z Rosjanami dwadzieścia spotkań, to wygraliby może tylko trzy, ale jednak dali radę.

Potencjał w lidze tureckiej jest, chociaż oczywiście nie ma już takiej sytuacji jak kilka lat temu, kiedy występowały tu światowe gwiazdy pokroju Juantoreny, Sokołowa czy Kurka, a trenerem był chociażby Radostin Stojczew. Wtedy jeszcze kilka klubów było budżetowo bardzo mocno otwartych, bo tutaj każdy chce wygrać i każdy chce trafić do Ligi Mistrzów. Dzisiaj wygląda to inaczej, strumień pieniędzy jest zdecydowanie mniejszy, ale siatkówka jednak trzyma poziom i jest właśnie zapleczem tego europejskiego podium. Ambicje wciąż są spore, chociaż wszyscy zdają sobie sprawę, że trudno jest konkurować z najlepszymi ligami pod względem finansowym. Co doskonale widać zresztą też w Polsce, gdzie również na palcach jednej ręki można policzyć zagraniczne gwiazdy światowego formatu.

Mówisz, że w niektórych tureckich klubach strumień pieniędzy jest mniejszy, ale są takie, gdzie jest on zupełnie suchy. Jaka była historia Jeopark Kula Belediyespor, czyli klubu, z którego trafiłeś do Fenerbahce?

Strumień pieniędzy wręcz nawet nie zaczął tam płynąć. Ale też nie powiedziałbym, że to było dla mnie jakieś wielkie zaskoczenie, bo to było do przewidzenia. Od początku zakładałem, że pojawią się problemy finansowe, natomiast kompletnie nie sądziłem, że klub nie jest przygotowany nawet na codzienne funkcjonowanie.

Nawet na przysłowiowy prąd nie mieli?

Na przykład.

Poważnie?

Tak. Chciałbym jednak krótko powiedzieć, co w ogóle spowodowało, że zechciałem przyjechać w takie miejsce – ja po prostu bardzo chciałem wrócić do Europy. Z góry wiedziałem, że jest to zespół borykający się z problemami finansowymi, dlatego zupełnie nie był to dla mnie wyjazd zarobkowy. To od początku miała być forma przetrwania ekonomicznego. Ale nie to było najważniejsze.

I przez te trzy miesiące wykonaliśmy świetną pracę z chłopakami, chociaż znaleźli się oni dokładnie w takiej samej sytuacji jak ja. Większość z nich pojawiła się w klubie po to, żeby pokazać się na rynku tureckim. Ale po trzech miesiącach to było już w zasadzie nie do uratowania, bo nie pojawiły się żadne pieniądze. Nie było sensu kontynuowania tej „przygody” i po prostu się rozjechaliśmy.

Szedłeś do kierownictwa klubu, pytałeś o pieniądze, a oni…

No nie mamy…”. Dla mnie czymś niezrozumiałym było też to, że klub działał do końca rozgrywek i było to akceptowane. Drużyna chciała skończyć sezon, żeby nie zlecieć od razu do czwartej ligi, tylko do drugiej. To było kiepskie, bo taka historia nie powinna się zdarzyć. Zabrakło tutaj reakcji władz ligi, które powinny tę sytuację rozwiązać, bo zaległości finansowe klubu sięgały ubiegłego roku.

Jak w takich okolicznościach prowadzić w ogóle drużynę?

Paradoksalnie, mimo tego wszystkiego dobrze zorganizowaliśmy się pod kątem pracy i funkcjonowaliśmy naprawdę nieźle. Problemem było wyłącznie to, co działo się wokół. Aż do momentu, kiedy nie było już żadnej nadziei. Mój cel po części został jednak osiągnięty, bo moja trzymiesięczna praca została zauważona. Pomimo tak niefortunnego początku, była to inwestycja, która się zwróciła.

Zgaduję, że odzyskanie pieniędzy w Turcji nie będzie jednak proste.

Nie wiem, ale jak coś odzyskam, to dam znać. Sprawa się toczy.

Niby dziwimy się Turkom, ale w Polsce wiele klubów też nie płaci w terminie. Oczywiście bardzo głośno było o Stoczni Szczecin, bo klub okazał się wydmuszką, ale cały czas są też inne miejsca, gdzie jest kiepsko z finansami. Tylko za wiele się o nich nie mówi, bo to psuje fajny wizerunek ligi.

Moja przygoda z Kulą skończyła się w zasadzie tak samo jak dla zawodników Stoczni, którzy też wyjechali bez żadnych pieniędzy. Jestem jednak przekonany, że będzie to miało pozytywny oddźwięk już przed najbliższymi rozgrywkami, bo to sito będzie bardziej szczelne. Nie mówię już nawet o tak ekstremalnych przypadkach jak ten szczeciński, ale właśnie o takich, kiedy klub nie płaci w terminie lub ma inne problemy organizacyjne. W Polsce są takie miejsca i w kuluarach się o tym mówi. Dobrze jednak, że po Stoczni pojawiła się presja ze strony środowiska. Mam nadzieję, że ta historia wpłynie na polepszenie sytuacji w PlusLidze.

Wróćmy do Turcji. Przypomniał mi się wywiad z Dawidem Konarskim, który po powrocie z Ziraatu Ankara bardzo mocno przejechał się po swoim byłym klubie. Mówił, że działy się tam cuda. Prezes nie znał się na siatkówce, a trener trzy razy w ciągu sezonu chciał rzucać robotę. Takie opinie mogą zrazić innych do gry w tej lidze.

Tu nie chodzi o zrażenie zawodników, tylko o budżet jaki się na nich ma. Bo jeżeli ma się dla kogoś wybitne pieniądze, to niewielu jest takich, którzy się zrażą. Nie oszukujmy się, pieniądze potrafią bardzo mocno zmieniać perspektywę otoczenia, a każda liga ma swoją specyfikę. Ja zawsze w miejscu w którym pracuję, staram się dostrzegać i pamiętać te najlepsze momenty i nawet po swojej historii z Kulą nie jestem negatywnie nastawiony do tego miejsca i szanuję ludzi, z którymi wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Ale być może dlatego, że to ja decyduję, jak pracujemy, a nie wykonuję czyichś poleceń?

A jak wygląda życie w samym Stambule?

Można spotkać się z różnymi danymi dotyczącymi liczby mieszkańców, ale z tego co podpytywałem lokalnie, może tam mieszkać nawet około 20 mln ludzi. Spędziłem tam jak na razie sześć miesięcy, ale przez pierwsze dwa w zasadzie cały czas lało. Nie zwiedzałem za dużo, poza tym ten okres w głównej mierze podporządkowałem pracy. Chociaż oczywiście kiedy pojawiła się u mnie rodzina, to brykaliśmy po Stambule, żeby zobaczyć najważniejsze miejsca.

Odbieram to miasto jako coś zupełnie wyjątkowego. Stambuł tętni życiem. Jestem w głębokim szoku, ile jest tam barów, restauracji, sklepów, sklepików, tłumów ludzi, którzy przesiadują na mieście. Kiedy pogoda się poprawiła, sobota i niedziela były dniami, kiedy Turcy zaczęli celebrować śniadania całymi rodzinami. Stoły w knajpach są wtedy zastawione mniejszymi lub większymi półmiskami i rodziny przesiadują tak godzinami. Jeszcze do godz. 15 można zamówić śniadanie w restauracji. Sam zresztą też bardzo często korzystam z kulinarnej części życia w Stambule. Lubię gotować, chociaż przez te sześć miesięcy tego nie robiłem, bo mieszkam w apartamencie bez kuchni. Turcy to przede wszystkim specjaliści od grillowanego mięsa, fantastycznych przystawek i świetnych ryb. A z innych ciekawych rzeczy, to przez sześć miesięcy wypiłem więcej… maślanki i herbaty niż przez całe swoje życie.

A jak jeździ się samochodem po Stambule? Bo na ten temat krążą legendy.

Nie wiem, bo akurat nie jeździłem tam autem. Chociaż na pewno tym, co powoduje skoki ciśnienia, są gigantyczne korki. Drogę, którą można czasami przebyć w piętnaście minut, jedzie się półtorej godziny albo i znacznie dłużej. Ja na szczęście takiego problemu nie miałem, bo mieszkałem w okolicy klubu, a na trening chodziłem spacerkiem wzdłuż portu.

5cce08f7ae298b6e15f4c39d

W przeszłości prowadziłeś kluby w Rumunii i Katarze. Jak wspominasz ten drugi kraj? Ktoś pomyśli, że praca w Katarze to trochę jak wakacje, ale pewnie nie do końca. 

Byłem w Katarze cztery lata, żaden trener nie pracował tam tak długo z jedną drużyną. W jednym z klubów w tym czasie zmieniono chyba nawet ośmiu szkoleniowców. Jeśli chodzi natomiast o poziom sportowy, to wiadomo – nie była to siatkówka na super wielkim poziomie, ale też nie była to totalna nędza. Miałem zawodników, którzy naprawdę grali w siatkówkę, to nie jest tak, że spotykaliśmy się, żeby tylko sobie poodbijać. To był akurat zespół, który przejąłem po europejskim trenerze, a więc pewne rzeczy funkcjonowały tam już w bardziej europejskich realiach.

W Klubowych Mistrzostwach Azji w zasadzie co roku klub z Kataru jest wysoko. W tym roku na przykład Al-Ryan zajął trzecie miejsce, zaraz za Panasonic Panthers, czyli drużyną Michała Kubiaka. Tam naprawdę gra się w siatkówkę, chociaż problemem na pewno są ograniczenia związane z liczbą zawodników. Powiem szczerze, dosyć trudno pracowało się w grupie dziesięciu-jedenastu zawodników. Z drugiej jednak strony miałem taki komfort, że pracowałem z osobami – mówię tu o działaczach – które były świetnymi partnerami do współpracy. To również było jednym z argumentów, dlaczego tyle czasu zostałem w Katarze.

To prawda, że większość meczów rozgrywa się tam w jednej hali, a kibice – delikatnie mówiąc – nie walą drzwiami i oknami?

Najpierw trzeba byłoby w kimś wykształcić to zainteresowanie, kulturę kibicowania. Na trybunach pojawia się zwykle głównie rodzina, przyjaciele, fascynaci siatkówki, których jest niewielu. Tak to wygląda i raczej to się nie zmieni. Faktycznie, wszystkie mecze rozgrywane są też w hali federacji. Głównie z tego względu, że większość drużyn stacjonuje w Doha, chyba tylko dwa zespoły trenują poza miastem. Kiedy startuje liga, mecze na tym obiekcie są rozgrywane codziennie lub co dwa dni.

Tamtejsza liga bardziej znana jest z kontraktowania największych gwiazd na kończące sezony turnieje, m.in. Puchar Emira. Chyba nigdzie indziej na świecie tak się nie robi.

Tak, ale prestiż tych pucharów jest na tym samym poziomie co wygranie ligi, a dla niektórych jest może nawet większy. Zdarzało się, że oglądałem mecze, w których po przeciwnej stronie siatki grali m.in. Juantorena, Zajcew, Simon i Camejo. Kiedyś była to norma, ale od roku-dwóch lat ta sytuacja nieco się zmieniła. Ligi w Europie kończą się tak samo późno i graczom trudniej jest wyjechać.

Łukasz Kadziewicz, który kiedyś podpisał taki kontrakt w Al-Arabi Doha przy okazji Klubowych Mistrzostw Świata, wspominał, że szejkowie ciągle tylko go pytali, czy niczego mu nie brakuje. Jeśli jakiś zawodnik chciał pojeździć Chevroletem Camaro, to miał Chevroleta Camaro. Jak chcieli spać w dobrych hotelach, to spali w najlepszych itd. Szejkowie ponoć na każdym kroku starali się pokazać, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

W momencie kiedy Łukasz był w Katarze, być może z perspektywy zawodnika zakontraktowanego tam na miesiąc tak faktycznie było. Natomiast w normalnych realiach wygląda to bardzo podobnie do każdego innego klubu: przychodzi się do pracy, po treningu wraca się do domu i prowadzi się normalne życie. Tak jak powiedziałem, może kiedyś ci „krótkoterminowi” zawodnicy mieli lepsze warunki,  ja nie mam takich doświadczeń, ale również czułem się w tym miejscu znakomicie.

Od lat zarabiasz na chleb za granicą. Jak układasz sobie w tym wszystkim relacje rodzinne?

Na pewno jest to największy element poświęcenia. Moje dzieci są już duże. Córka, w momencie kiedy wyjeżdżałem do pracy za granicą, była chwilę przed maturą. W międzyczasie była więc jej matura, a teraz liceum syna. On ma dziś 17 lat, a ja od ośmiu pracuję za granicą. Komunikacja przez internet jest oczywiście coraz łatwiejsza, ale co ja załatwię przez internet z dorastającym chłopakiem? Niestety jednak, na tym etapie życia naszych dzieci w ogóle nie było możliwości wspólnego wyjazdu. To trudna sytuacja, z którą głównie musiała radzić sobie moja żona. To duże poświęcenie z jej strony, ale dzielnie sobie z tym radzi.

Żona jednak wie, jak ważna jest dla mnie praca. Trudno dyskutować z pasją, a my zawsze mieliśmy szacunek do tego, co oboje robimy. Kiedy zapadła decyzja, że będę pracował jako trener, mieliśmy świadomość, że nie będę siedział piętnaście lat w jednym miejscu, żeby ściągnąć rodzinę. Mogę pracować w jednym klubie równie dobrze sześć miesięcy. Mój pierwszy trenerski wyjazd to była Rumunia. Wtedy w zasadzie testowaliśmy jak to będzie wyglądało. Później wyjechałem do Kataru, a teraz do Turcji. To trudna sytuacja, z którą próbujemy sobie radzić, bo rodzina cały czas jest w Polsce. Widujemy się głównie w okresie świąt i dłuższych przerw w szkole, bo raczej nie wracam do kraju w trakcie sezonu.

Dlatego zrezygnowałeś z prowadzenia reprezentacji Polski juniorów?

W jakimś momencie zdaliśmy sobie sprawę, że może dojść do sytuacji, w której przez dwadzieścia kilka miesięcy spędzę może miesiąc w domu. To byłoby szaleństwo. Dodatkowo dochodziło do tego jeszcze moje bardzo duże zmęczenie. Obawiałem się, że mogę coś ważnego przeoczyć w pracy z reprezentacją czy w klubie. Stąd decyzja o rezygnacji z prowadzenia kadry. Okazało się, że w pewnym momencie chyba przeceniliśmy swoje możliwości. Teraz spędzę z rodziną około trzech miesięcy, chcemy wykorzystać to do maksimum i naładować wspólne baterie na kolejne miesiące.

Twoje sukcesy w Turcji odbiły się dość szerokim echem w polskim środowisku siatkarskim. Miałeś w ostatnim czasie propozycje z klubów PlusLigi?

Pojawiały się zapytania, ale nie przerodziły się one w konkrety. Ale być może po części dlatego, że sam bardzo mocno koncentrowałem się na tym, żeby zakończyć sezon jak najlepszym rezultatem. Nie chciałem się rozpraszać, bo pracuję na to, żeby otrzymywać propozycje nie tylko z Plus Ligi.

Pytam o zainteresowanie z kraju, bo sytuacja polskich trenerów w PlusLidze w ostatnich latach nie była za dobra. Dlaczego właściciele klubów bardziej ufają zagranicznym?

W zasadzie nie ma tu nad czym dyskutować, to rynek pracy jak każdy inny. Chociaż na pewno w jakimś momencie oglądając polską ligę można było wyczuć, że trener zagraniczny jest  dobrym alibi dla osób zatrudniających go w przypadku porażki. Bo umówmy się – jest grupa trenerów, którzy wnoszą bardzo wiele do rozwoju naszej ligi, ale przewinęło się też przez nią sporo osób, o których już nawet nikt nie pamięta. Niebezpieczeństwem było to, że w jakimś momencie może tych polskich trenerów zabraknąć, aby rywalizować na plusligowym poziomie.

Ja bardzo chciałem pracować, dlatego po prostu wyjechałem, nie czekałem, aż ktoś mnie znajdzie i coś zaproponuje. Sam szukałem miejsca, w którym mogłem się realizować. To była długa droga, musiałem się trochę nagimnastykować, ale na nikogo nie jestem za to obrażony, takie są po prostu realia. Dobrze, że dzisiaj powoli sytuacja polskich trenerów w lidze się zmienia.

W ciągu pół roku z pracy w Polsce zrezygnowały dwa duże nazwiska: Ferdinando De Giorgi i Andrea Gardini. Jak to odebrałeś?

To były dwa różne przypadki. Jeśli chodzi o okoliczności odejścia De Giorgiego – fakt, nie było to fajne, ale weźmy pod uwagę również to, że kiedy klub nie jest zadowolony z pracy trenera, to po prostu zwalania go w trakcie sezonu. Dlatego uważam, że kiedy trener też nie jest zadowolony, to również ma prawo powiedzieć: „Chcę odejść”. To prawda, był to chyba pionierski wyczyn w PlusLidze, nie w moim stylu, ale dlaczego tylko jedna strona może machać szablą i zerwać kontrakt?

A przy Gardinim ustalmy jedną rzecz: on miał kontrakt do końca sezonu. Normalne jest to, że jedna ze stron może wybrać inną drogę i nie ma w tym niczego specjalnego. Chociaż oczywiście my nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie stwierdzili: „Ale no jak to, tutaj mistrz Polski, a tam  beniaminek?”.

Ale takie są fakty. Andrea Gardini zrezygnował z drużyny mistrza Polski, ekipy która jeszcze rok temu grała w Final Four Ligi Mistrzów, dla beniaminka.

Pamiętajmy, że liga włoska odżyła i to na wielu poziomach. Tam zawodników światowej klasy nie szukają już tylko dwa kluby, dziś na zaproponowanie wręcz gwiazdorskich kontraktów stać też innych. Pojawił się znów rynek, który wysysa z naszej ligi zarówno zawodników, jak i trenerów. To naturalne, że ci drudzy w jakimś momencie wracają do ojczyzny. Wcześniej taka sama sytuacja była z Lorenzo Bernardim, który swoją trenerską karierę na wysokim poziomie rozpoczął tak naprawdę w Polsce, a później przez Turcję trafił do Włoch. Podobnie jest teraz z Gardinim.

Nasza liga jest już mniej sexy niż kiedyś?

PlusLiga trzyma poziom i nieustannie jest świetną trampoliną dla trenerów i zawodników. Należy jednak mieć świadomość, że pod względem atrakcyjności nie jest jedyna, a budżety kluby ograniczają możliwości utrzymania czy zatrudniania największych gwiazd.

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl, Fenerbahce Stambuł

KOMENTARZE (2)