O Kubie z IV ligi, co został legendą
Weszło Extra

O Kubie z IV ligi, co został legendą

– Grzesiek, w co ty się bawisz, w Familiadę jakąś? Nie wygłupiaj się.

Gdy Grzegorz Mielcarski powiedział, że chce sprawdzić siostrzeńca Jurka Brzęczka, reakcja Janusza Basałaja – ówczesnego prezesa Wisły Kraków – była zrozumiała. Kim był przecież wtedy Błaszczykowski?

Chłopakiem z IV ligi, który grał na poziomie Źródła Kromołów i Lotnika Kościelec.

Chłopakiem, na którego po testach nie postawił odważnie ani Lech Poznań, ani ŁKS Łódź, ani GKS Bełchatów, a teraz miała postawić najlepsza drużyna w Polsce, z Żurawskim, Baszczyńskim i Frankowskim?

To się nie trzymało kupy.

A jednak Kuba, którego starsi w internacie Górnika wysyłali po piwo, Kuba, który siadywał na czwartoligowej ławce, Kuba, według skautów za niski i za chudy na profesjonalny futbol, został legendą.

***

ROZDZIAŁ PIERWSZY. CZĘSTOCHOWA

Sezon 93/94, dla piłkarskiej Częstochowy istotny z dwóch przyczyn: po pierwsze, Raków robi historyczny awans do I ligi. Po drugie, Jakub Błaszczykowski zaczyna treningi piłkarskie.

Kuba nie zaczynał na peryferiach, tylko trenował pod skrzydłami klubu pierwszoligowego, który odwiedzali najlepsi w kraju, z Legią i Widzewem na czele. Postacie Grzegorza Skwary czy Jana Spychalskiego nie były przypadkowe, a wychowanek Jacek Magiera został wytransferowany do Legii.

Gothard Kokott w sezonie 95/96 zrobi z Rakowem ósme miejsce.

Screen Shot 02-10-19 at 04.23 PM

Nawet magazyn „Gol” miał problem z imieniem częstochowskiego szkoleniowca

Screen Shot 02-10-19 at 04.35 PM

Źródło: 90minut.pl

Częstochowa żyje futbolem: mało gdzie w kraju ludzie tak tłumnie chodzą na trybuny.

Screen Shot 02-10-19 at 04.36 PM

Źródło: http://www.european-football-statistics.co.uk

Mówimy jednak o szalonych latach dziewięćdziesiątych, czasie ligowych efemeryd, które pojawiały się na futbolowym horyzoncie, by wkrótce spektakularnie z niego zniknąć. Do tego niechlubnego grona dołączył w sezonie 97/98 Raków,  do niedawna konkurencyjny średniak, a teraz chłopiec do bicia, zdobywający raptem siedemnaście punktów przez cały sezon.

Screen Shot 02-10-19 at 11.55 PM

źródło: 90minut.pl

Pieniędzy i zaangażowania wystarczy jeszcze tylko na rok, Raków przegra jednak bój o awans z Dyskobolią Grodzisk i piłkarski sen o potędze pod Jasną Górą się skończy. Spadek do II ligi, a potem koszmarny rok w III, kiedy częstochowianie stracili 139 bramek, strzelili szesnaście, a w tabeli ulokowali się za Zrywem Zielona Góra, Wartą Zawiercie i rezerwami Odry Opole.

Raków staje się peryferiami.

Screen Shot 02-10-19 at 04.44 PM

Źródło: Wikipedia

Edward Flis to jeden z tych przypadków, gdy piłkarz robi prawdziwą karierę dopiero po zawieszeniu butów na kołku. Był solidnym drugoligowcem w Rakowie, a później także w Bełchatowie. Gdy przestał biegać po boisku, poradził sobie świetnie w biznesie – na tyle, by wejść w futbol.

Edward Flis: – Raków leciał na łeb na szyję, koledzy poprosili mnie o pomoc. Wziąłem na siebie pomoc grupom młodzieżowym, finansowałem trenerów, grupy szkoleniowe, wyjeżdżaliśmy nawet na zagraniczne turnieje, w tym do Holandii.

To tutaj pierwszy raz przetną się jego drogi z Kubą Błaszczykowskim. Flis pamięta, że Kuba od początku się wyróżniał, ale wtedy byli od niego lepsi. Ich losy potoczyły się różnie: kogoś pokonały kontuzje, kogoś alkohol. Ot, życie.

Współpraca Flisa z Rakowem trwała dwa lata. Później, aby rozwinąć skrzydła jako działacz, przechodzi do KS Stradom Częstochowa. Z perspektywy historycznej klubu o wiele mniejszego, ale wtedy? Raków będzie grał ze Stradomiem w tej samej lidze. Flis organizuje sponsorów, w tym Wiesława Włodarczyka, dzięki któremu przez pewien czas klub zyska malowniczą nazwę KS Włodar Częstochowa. Flis wykupuje z Rakowa cały szereg młodych talentów, tworzy najlepszą w Częstochowie siatkę trenerów, a pierwszy zespół będzie prowadził sam Gothard Kokott.

Błaszczykowskiego także chce w Stradomiu, ale Jerzy Brzęczek uznaje, że to już czas na większą piłkę. Kontakty reprezentanta Polski przecierają szlak, potem Kuba udowadnia jakość na treningach i trafia do internatu Górnika Zabrze.

Internatu, który cierpiał wtedy na wszystkie grzechy, na jakie może cierpieć piłkarski internat. Brak kontroli, fala,  alkohol, a nawet mocniejsze używki. Dawid Błaszczykowski, brat przyszłego kadrowicza, w biografii „Kuba” wspomni, że na porządku dziennym były tam wówczas nawet narkotyki. Młodsi, wśród nich Błaszczykowski, byli traktowani instrumentalnie, okradani z pieniędzy, wysyłani po alkohol.

To ostatnie zdaje się potwierdzać Flis: – Jego koledzy z drużyny mówili, że starsi posyłali go w nocy po gorzałę. Nie wiem czy Kuba po nią chodził: nie byłem przy tym, nie wiem czy taka sytuacja miała miejsce. Ale takie rzeczy opowiadano.

Juliusz Kruszankin, późniejszy trener Błaszczykowskiego w Stradomiu: – Kiedyś rozmawialiśmy i twierdził, że wyjechał tam za wcześnie. Zmiana środowiska, inni ludzie. A to wyciągają na piwko, a to gdzieś tam do miasta. Może dzisiaj są inne czasy i w bursach to inaczej wygląda, natomiast Kuba wtedy przez to, że miał określony cel i chciał się skupić na piłce, nie miał w grupie łatwiej.

Pamiętajmy, że Brzęczek wtedy wciąż profesjonalnie gra w piłkę w Austrii: pomaga jak może, ale tego problemu nie ma jak rozwiązać. Błaszczykowski chce wrócić do Częstochowy. Pomaga mu w tym Flis, negocjując z Górnikiem, bo kwota wykracza poza oficjalnie podane dwadzieścia piłek – szczegóły transakcji mają jednak pozostać w tajemnicy. Flis pomaga też Kubie znaleźć szkołę i tak Błaszczykowski trafia do zawodówki, w której uczy się na murarza.

Uczy się to pojęcie względne. Jeśli wydaje wam się, że postać Błaszczykowskiego jest aż zbyt kryształowa, by była prawdziwa, to macie rację: w szkolnych ocenach Kuby nie znaleźlibyście, delikatnie mówiąc, samych piątek. Skupiał się na futbolu, miał jasno wytyczony cel, choć nie oznacza to, że nie miał swoich młodzieńczych przygód: dojrzewał jak każdy chłopak. Pokusy istniały, w 2000 otworzono w jego rodzinnych Truskolasach największą dyskotekę w regionie. Wieloletni kierownik Stradomia, Marek Caban, wspomni jednak, że Błaszczykowski nigdy nie opuścił treningu. Młody piłkarz dojeżdżał PKS-em, który czasem w drodze powrotnej mu uciekał, wtedy bywało, że do domu odwoził go Flis. Utrzymywał się ze stypendium, pomagał też babci w kwiaciarni.

Błaszczykowski po powrocie z Górnika wcale nie wyważa drzwi od szatni Stradomia. Gra najpierw zaledwie w występujących w makroregionie juniorach. Wkrótce dołącza go do pierwszej drużyny Gothard Kokott. Doświadczony szkoleniowiec jest zachwycony talentem piłkarza, ale wprowadza go rozważnie.

Marek Caban: – Jak opowiadam, że Błaszczykowski siedział w Stradomiu na ławce, ludzie nie wierzą. A przecież tak było na początku. Wszyscy widzieli, że coś umie, ale najpierw zagrał piętnaście minut, potem dwadzieścia, trzydzieści, połówkę, aż w końcu całe mecze.

Ważny mecz Błaszczykowski rozgrywa w październiku 2004 roku, kiedy KS wygrywa 2:1 z rezerwami Górnika Zabrze, a więc z niedawnymi „kolegami” z internatu. Kuba strzeli zwycięską bramkę. Wspaniale zagra też na GKS-ie Tychy, gdzie KS wygra 5:2, a Błaszczykowski strzeli hat-tricka.

Pewnego dnia przychodzi do klubu Gothard Kokott i oznajmia drużynie, że Błaszczykowski dostał powołanie do reprezentacji swojego rocznika. Jak Andrzej Zamilski wypatrzył Kubę na tak niskim poziomie? Sprawa nie była tak oczywista. Flis:

– Doszliśmy do wniosku z trenerem Kokottem, że taki zawodnik zasługuje na pokazanie się szerszemu gremium. Przeczytałem w „Sporcie”, że w Żywcu jest konsultacja młodzieżowej reprezentacji, którą prowadził Zamilski. Kolegą Zamilskiego był częstochowski trener Janusz Poniedziałek, który prowadził mnie w Skrze. Uruchomiliśmy niego, ze zgrupowania wypadł jeden z graczy. Na treningach przecierano oczy ze zdumienia: gdzie ty się chłopaku uchowałeś, że myśmy cię wcześniej nie widzieli? A widzieli, bo Kuba jako dwunastolatek grał w turnieju z Rakowem w Zawierciu, na którym był trener Zamilski. Wiem, że trafił wtedy do notesu, ale takich nazwisk w notesie było zapewne mnóstwo.

To schemat, który będzie się powtarzał: kontakty pomagają otworzyć drzwi, a później Błaszczykowski wykorzystuje szansę.

Marek Caban wspomni, że kadra nie zmieni nic w podejściu Kuby do obowiązków w KS:

Pozostał tak samo skromny, słuchał starszych. Nie było „ura bura, bo ja gram w reprezentacji”. Jak trener kazał usiąść na ławce, to siadał bez szemrania. Pamiętam, że był bardzo ambitny: strasznie zależało mu, żeby zagrać z Rakowem. W kolejce przed tym meczem sędzia go jednak wykartkował, i ja nic nie sugeruję, ale sytuacji kartkowej Kuba nawet nie brał udziału w akcji.

Problemem Błaszczykowskiego były kontuzje. Brzęczek znał się z doktorem Wielkoszyńskim, kontakt z nim miał także Flis. Pewnego razu również Kuba trafił do renomowanego specjalisty. Chłonął wiedzę, pokazane ćwiczenia wykonywał później w domu, dbając o rehabilitację. Z doktorem Wielkoszyńskim będzie współpracował całą karierę. Biorąc pod uwagę jak często Błaszczykowskiego dotykały kontuzje, opieka takiego fachowca od wczesnych lat jest nie do przecenienia.

Latem 2004 roku w Stradomiu pojawi się trener Juliusz Kruszankin, były piłkarz Legii, ŁKS-u i reprezentacji Polski. U niego także Błaszczykowski w pierwszej chwili wyląduje na ławce, a przyczyną będzie uraz.

– Przyszedł do mnie Edek Flis i mówi: słuchaj, jest tutaj niesamowity talent, ale ma teraz kontuzję. Flis był alfą i omegą w klubie, jak trzeba było, podłączał sanki do Opla i odgarniał śnieg na boisku; szanowałem jego zdanie, ale powiedziałem, że sam ocenię ten talent. Potem powiedziałem Kubie: słuchaj, siadasz najpierw na ławce, byłbym nieuczciwy wobec innych zawodników, gdybym od razu cię wystawiał po kontuzji. Dam ci szansę, wpuszczę cię, zobaczymy jak to będzie wyglądać. Kuba nie miał z tym problemu. Nie był zawodnikiem konfliktowym, roszczeniowym. Szybko mnie przekonał, później grał już od początku.

Kruszankin wystawia Błaszczykowskiego na różnych pozycjach, najczęściej w środku pola, tłumacząc, że nikt w czwartoligowej drużynie nie miał takiej wizji i spojrzenia peryferycznego. Później, trafiając do Wisły, Kuba przedstawi się trenerowi Liczce jako środkowy pomocnik. Na organizowanych przez Kruszankina treningach dodatkowych zostawali nieliczni, ale zawsze późniejszy skrzydłowy Borussii Dortmund. U wszystkich stradomiaków wyrabia sobie opinię tytana pracy.

Błaszczykowski pod Kruszankinem kolejny raz gnębi GKS Tychy, tym razem wrzucając dwie bramki w wyjazdowym 4:1. Na VIP-ach pokonani gospodarze pytają działaczy Stradomia:

Co wy robicie w tej lidze?

Tak naprawdę KS jest średniakiem, ale w poszczególnych meczach Błaszczykowski potrafi wznieść cały zespół i samemu wygrać mecz. Także wewnątrz drużyny czuje się coraz mocniej, czego dowodem sytuacja z meczu z Szombierkami. Kruszankin:

– 1:1, karny dla nas w 90 minucie. W bramce Szombierek stał bramkarz Ambroziewicz, który kiedyś bronił w Ekstraklasie. Kuba bez zastanowienia powiedział „biorę to” i ustawił się do strzału. Nikt nie protestował. Kuba uderzył, Ambroziewicz obronił. Sponsor Wiesław Włodarczyk strasznie krzyczał: „Co ten gówniarz bierze się za karne, przecież są starsi!”. Mnie zirytował tylko jego krzyk. Kuby nie skrytykowałem, bo wiedziałem, że to dobrze, że się odważył. Kolejny dowód, że się rozwija, także mentalnie.

Czwarta liga jest o wiele za ciasna dla Błaszczykowskiego. Klub nie robi mu problemów, sam pomaga znaleźć lepszą drużynę. Flis wykorzystuje kontakty w Bełchatowie.

– Bełchatów zorganizował sparing testowanych z Ceramiką Opoczno. Kuba strzelił dwie bramki, dwie wypracował, wygrali 4:2. W Bełchatowie powiedzieli, że jest dobry, ale za niski i nie dadzą stu tysięcy złotych, bo tyle wynosił wówczas ekwiwalent za młodzieżowego reprezentanta Polski.

Kruszankin z kolei zawiózł Błaszczykowskiego do ŁKS-u.

– Pod koniec roku zawiozłem go do Łodzi, ŁKS grał w I lidze. Ówczesny trener łodzian, Dragan Dostanić, stwierdził, że takich jak Kuba to on przywiezie pięciu z Bałkanów. Dyrektor sportowy Marek Chojnacki miał więcej entuzjazmu do Kuby, ale sponsor nie chciał wyłożyć pieniędzy.

Błaszczykowski przeszedł też testy w Lechu Poznań, wówczas liczącym każdą złotówkę. Flis początkowo… nie wiedział nawet, że Kuba tam jedzie.

– Lecha zorganizował Jerzy Brzęczek. Chyba nawet chcieli Kubę, ale rozbiło się o pieniądze.

Wersje różnią się w szczegółach: to Kubę chciano w Bełchatowie, ale tylko do Młodej Ekstraklasy. To w ŁKS-ie nie ceniono jego warunków fizycznych. Na testy do Tirolu miał pojechać z kontuzją. Zamiast Błaszczykowskiego w Poznaniu jeden z piłkarzy Lecha miał dostać podwyżkę.

Saga transferowa trwała, w 2005 rok Błaszczykowski wchodził wciąż jako piłkarz KS, przygotowując się do rundy pod okiem Kruszankina. Wtedy pojawiła się Wisła.

ROZDZIAŁ DRUGI. KRAKÓW

Grzegorz Mielcarski objął stanowisko dyrektora sportowego w listopadzie 2004 roku. Wymyślił go prezes Janusz Basałaj. Mielcarski nie miał jednak żadnego praktycznego doświadczenia. Zima sezonu 04/05 była jego debiutanckim okienkiem transferowym.

I możecie sobie wyobrazić rezerwę, z jaką w klubie musiano podejść do pierwszej propozycji: nieznanego czwartoligowca, syna kumpla z reprezentacji olimpijskiej. Basałaj:

– Przyszedł do mnie któregoś dnia Grzesiu Mielcarski, powiedział, że ma fajnego juniora na skrzydło. Akurat był na tej pozycji problem, bo odszedł Damian Gorawski, a Kalu Uche znajdował się w Bordeaux. Pytam Grzesia o kogo chodzi. On na to, że o siostrzeńca Jurka Brzęczka. Zareagowałem sceptycznie: „Grzesiek, w co ty się bawisz, w Familiadę jakąś? Nie wygłupiaj się”. Odpowiedział: „To naprawdę fajny chłopak, gra w reprezentacji juniorów”. No dobra, niech przyjdzie. Przyjechał skromny blondynek, sprawiał wrażenie grzecznego chłopaka, z nim Jerzy Brzęczek, którego dobrze znałem. Dobra, spróbujmy. Akurat był trening przed wylotem na cypryjskie zgrupowanie. Kuba wskoczył do gierki, przedryblował kilku, dwa razy rzucił fajne podania do wracającego z wypożyczenia Pawła Brożka. Po treningu przychodzi Licka i mówi zacinając się lekko: „Bie… biierzemy go!” Dobra, jak bierzemy to bierzemy. Licka jest bardzo niedocenianym w Polsce trenerem, a ma świetne oko do młodych, to on między innymi wypatrzył Milana Barosa.

Tomasz Kulawik:

– Trening w Skotnikach na sztucznej powierzchni pod balonem. Ćwiczenia grupami, część zespołu na siłowni, akurat trafiła się Kubie mocna grupa. Wyszedł bez skrupułów, choć rywalizował z doświadczonymi graczami. Od pierwszego treningu było widać, że może rywalizować o miejsce w składzie. Mieliśmy pojęcie kim jest, słyszeliśmy, że był na sprawdzianie w Lechu, ale to co pokazał… duże zaskoczenie.

Janusz Basałaj:

– Grzesiek pyta: masz paszport? Mam, ale w Częstochowie. To jedź. Kuba wsiadł w Volkswagena Polo i pojechał. Jego auto wyglądało śmiesznie na parkingu Wisły, gdzie Majdan, Głowacki czy Frankowski mieli wypasione fury, sprowadzane chyba z USA krążowniki. W samolocie prezes Cupiał przyszedł do Grześka Mielcarskiego. „Słuchaj Grzesiek, to bierzesz ten transfer na siebie”. Grzesiek uśmiechnął się, potwierdził, a potem mnie spytał, lekko zdenerwowany. „Co to znaczy? Będę musiał oddać pieniądze jak nie wyjdzie?”. Wytłumaczyłem, że prezes lubił tak motywować swoich pracowników. Zdzicha Kapkę też brał pod włos: „jakby co Zdzichu, to ty płacisz”.

Na Cyprze Błaszczykowski potwierdza swoją wartość, choć kibice na forach narzekali, że chłopak znikąd zabiera miejsce… Kelechiemu Iheanacho. Na 90minut.pl zachowały się komentarze po podpisaniu Kuby przez Białą Gwiazdę.

„Ale wzmocnienie. Boki zrywać”.

„Wzięli go do Wisły, bo Brzęczek to jego wujek i ma wtyki. Nie wierzę, żeby koleś z IV ligi miał umiejętności pozwalające na grę w drużynie mistrza Polski”.

Był to pierwszy transfer Mielcarskiego. Janusz Basałaj negocjacje transferowe wspomina tak:

– Jurek Brzęczek przyjechał na rozmowy. Pamiętam, upierał się, żeby umieścić w kontrakcie zapis o bonusie w przypadku, gdy Kuba zadebiutuje w reprezentacji Polski. Zacząłem się śmiać. Nie dlatego, że nie wierzyłem, ale dlatego, że moim zdaniem za wcześnie było na rozmowy o kadrze. Ale powiedziałem: „dobrze, wpisz”. Negocjacje z KS Częstochowa były krótkie. Żeby go pozyskać, musieliśmy zapłacić około 70 tysięcy złotych, kwota ustalona według tabelek PZPN za wyszkolenie reprezentanta. Do tego daliśmy komplety sprzętów sportowych. Za moich czasów żeśmy tego nie dopilnowali, ale później Grzesiek dal mi znać, że je wysłano. Były jeszcze z Białą Gwiazdą, musieli je czy przykryć, czy odpruć.

W KS dobrze pamiętają te stroje. Przerobienie ich na stradomską modłę wymagało odrobiny pracy, ale całość udało się zrealizować w jeden dzień. Służyły jeszcze ładnych parę lat.

Kruszankin wspomina, że Kuba przyjechał do klubu, pożegnał się serdecznie z całą drużyną, ale też z działaczami i kibicami. Kuba nigdy nie zapomina ani o swoich częstochowskich korzeniach, ani o starych znajomościach. Już jako gwiazda bywał nieraz zarówno na Rakowie jak i na Stradomiu. KS swój jubileusz dziewięćdziesięciolecia organizował w ścisłej konsultacji z Kubą, tak by mógł przyjechać, znajdując lukę w grafiku. Błaszczykowski zjawił się nie na chwilę, ale na dwa dni, poświęcając je w całości klubowi i wszystkim uroczystościom.

W 2013, gdy Kruszankin przyjechał z zespołami juniorskimi z Lubartowa do Częstochowy, Kuba także znalazł mnóstwo czasu, by poświęcić go wychowankom byłego trenera.

Interesująca, szczególnie z dzisiejszej perspektywy, scenka z dzisiejszym prezesem KS, Markiem Wojtalem.

– Kiedyś, gdy już był znanym piłkarzem, spotkaliśmy się przy jakiejś okazji. Powiedział mi wtedy: „prezesie, kiedyś tu wrócę na pół roku”.

Czy i tej obietnicy dotrzyma?

Flis ze Stradomia wycofał się sześć lat temu: mówi, że gdyby został przy piłce, ta puściłaby go z torbami. Ale niczego nie żałuje, choć zainwestował wiele. Mało: swoim piłkarzom swego czasu mówił, że jeśli się dorobią, niech wchodzą w piłkę. Bo kto to wszystko pociągnie, jeśli nie oni?

ROZDZIAŁ TRZECI. EUROPA

Błaszczykowski trafiał do Wisły, która – delikatnie mówiąc – nie była kojarzona ze stawianiem na juniorów. Pod Wawelem od lat sprowadzano całe tabuny młodych graczy z całej Polski, ale mało kto miał okazję się wykazać. Osławiony jest przykład Dariusza Zawadzkiego, playmakera złotej drużyny Michała Globisza, który mimo papierów na wielkie granie nigdy nie dostał poważnej szansy. Zawadzkim po turniejach młodzieżowych interesowała się – nomen omen – Borussia Dortmund, ale Biała Gwiazda postawiła veto.

Najlepsza Wisła, czyli ta odchodzącego Kasperczaka, posiłkowała się armią zaciężną – ligowe gwiazdy swoją drogą, ale przecież jeszcze kilka miesięcy temu Cupiał wyłożył duże pieniądze na ściągniecie z Zachodu graczy takich jak Tomasz Kłos czy Mariusz Kukiełka.

Kłos: – Wisła była tak silna, że wskoczyć było niesamowicie ciężko. To się praktycznie nie zdarzało młodym zawodnikom.

A przecież rezerwy Wisły grały ligę wyżej niż KS Stradom, potrafiły też w sezonie 03/04 sięgnąć po okręgowy puchar.

Radosław Jacek: – Rezerwy, w których miałem przyjemność trenować, były bardzo mocne. Ale ciężko się było w tamtych czasach zawodnikom z rezerw dostać do pierwszej drużyny, nawet potrenować. W naszych rozmowach było na początku… może nie tyle zdziwienie, ale każdy z nas długo czekał na szansę, jaką dostał Kuba. Ja pretensji nigdy nie miałem, choć w Wiśle byłem od czternastego roku życia. Kuba w pełni się obronił piłkarsko, grałem z nim na jednej stronie w swoim debiucie z Lechem, miał takie podejście bez kompleksów. Młody jak my, ale gotowy by funkcjonować pośród wiślackich gwiazd. Skryty, bardzo spokojny, pomocny: mieszkaliśmy niedaleko siebie, nawet razem jeździliśmy jego Volkswagenem na treningi, zabierał mnie czy Michała Wróbla.

Błaszczykowski błyskawicznie zdobywa sobie teren. Druga wiosenna kolejka ligi, Kuba zaczyna mecz z Polonią w pierwszym składzie.

Pierwszą bramkę strzeli Amice – piękny, zwycięski gol. Gola, wskazując gestem ku niebu, zadedykuje mamie.

U Liczki wiosną nie zagra tylko w dwóch meczach. Już w pierwszej rundzie kibice będą skandować jego nazwisko: młody, znikąd, efektownie grający chłopak – historia, której chce się kibicować. On odwzajemnia uczucia jak może, chętnie i szczerze cieszy się z kibicami, buduje się silna więź. O Błaszczykowskiego zapyta Basałaja nawet Jan Nowicki.

– Janek przyszedł i pyta: gdzie to cudo znaleźliście? Powiedziałem, że w Częstochowie. Przecież nie powiem, że sam do nas przyszedł, a wypatrzyliśmy go tyle, co jak podjechał na parking.

Kulawik: – Szybko wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Ciężko pracował, dążył do tego, żeby jak najszybciej wskoczyć do zespołu. Jeszcze przed rundą, w sparingach, w każdym meczu wyglądał lepiej. Drużyna zaczęła go akceptować, zauważyli, że może być z niego pociecha, bo nie tylko wiele umie, ale też zostawia mnóstwo serducha.

W drużynie bliżej trzyma się z młodymi. Wśród nich choćby Mikołaj Kałuda, młodzieżowiec, który miał jechać z kadrą Globisza do Kanady. Kałuda wspomni, że nikt tak jak Kuba nie grał w FIFA na PlayStation. „Ani razu z nim nie wygrałem” powie. Kałuda, uważany za synka Nawałki, bo to późniejszy selekcjoner ściągał go do klubu, chciał w pewnym momencie kupić sobie nowy samochód, pozbywając się starego Renault Clio. Usłyszał to Nawałka, opieprzył młodego i doradził, żeby kandydat na piłkarza zainwestował raczej w mieszkanie w Krakowie. Później trener pomógł nawet ze znalezieniem zaufanego pośrednika.

Jest bardzo ryzykowne twierdzić, że ta sytuacja mocno wpłynęła na Błaszczykowskiego, ale fakt faktem: Kuba także nie pędzi z pieniędzmi do salonu, pierwsza duża inwestycja to także nieruchomość. Wysłużonym Volkswagenem będzie jeździł jeszcze długo.

Inna sprawa, że w Wiśle będzie zarabiał słabo: nawet jako kadrowicz dalej będzie na kontrakcie, który podpisywał jako czwartoligowiec znikąd. Gdy wywalczy pięciokrotną podwyżkę, w praktyce będzie już na walizkach.

Liczka dowiózł pierwsze miejsce w sezonie 04/05, czasy jednak w Krakowie były takie, że choć w praktyce Czech za swojej kadencji powiększył przewagę punktową nad resztą stawki, tak wypominano mu głównie mało efektowną grę, sporo remisów i dotkliwe 1:5 z Legią. Przyzwyczajeni do dominacji Wiślacy nie byli w stanie zaakceptować takiego stanu rzeczy.

Kuba zostaje jednak doceniony, wybrany między innymi „Odkryciem rundy wiosennej” czytelników TWSD. Po odebraniu nagrody przyznał, że nie spodziewał się tak szybkiej aklimatyzacji, dziękował wiślackiej szatni, trenerowi, ale nie zapomniał też podziękować między innymi Kokottowi, Kruszankinowi czy wcześniejszym trenerom: Krzysztofowi Całusowi i Mirosławowi Sieji.

Latem w Wiśle melduje się Jerzy Engel:

 – Kuba miał uraz stawu kolanowego, w związku z tym był traktowany przez nas bardzo delikatnie. Współpracował wtedy z nami Ryszard Szul, który prowadził Kubę bardzo ostrożnie, chcąc przygotować go na mecz eliminacyjny z Panathinaikosem. Wiedzieliśmy, że z PAO nie będzie mógł zagrać Baszczyński, w związku z tym jako alternatywę wyznaczyliśmy Błaszczykowskiego. Zagrał znakomicie, choć grał na Gekasa, później gwiazdę między innymi Bayeru Leverkusen. Błaszczykowski zneutralizował go zarówno w ofensywie jak i w defensywie. W trakcie meczu zgłosił, że najprawdopodobniej złamał kość śródstopia. Lekarz stwierdził, że jeśli Kuba zdejmie but, to już go nie założy. Kuba chciał jednak grać dalej. Od tego momentu w zasadzie przerwała się nasza współpraca, musiał iść na rehabilitację. Ten czas jednak, który mieliśmy szansę pracować razem, wspominam bardzo dobrze. Młody, zdolny piłkarz, świetnie zbudowany, szalenie ambitny, z charakterem do futbolu, nie sprawiający żadnych kłopotów pozasportowych. Myślę, że z Kubą na boisku przeszlibyśmy Panathinaikos. W rewanżu po prawej stronie grał Uche, który wiedział już, że odchodzi i zagrał bardzo słabo.

Kulawik: – Kuba zagrał na boku obrony wcześniej tylko raz, w sparingu na Cyprze. Całą drugą połowę grał z pękniętą kością śródstopia. A jednak zagrał świetnie i dograł do końca. To był jego najlepszy mecz w Wiśle.

Ciekawe też, że dopiero co w ŁKS-ie czy Bełchatowie zwracano uwagę na jego braki w fizyczności, a po paru miesiącach robił posturą wrażenie na byłym selekcjonerze.

Z Engelem za wiele się razem nie napracują, Błaszczykowski będzie się jesienią głównie leczył, w grudniu władze Wisły zatrudnią Dana Petrescu. Rumun nie będzie cieszył się popularnością w szatni. Jego ciężkie treningi stają ością w gardle niejednemu uznanemu graczowi Białej Gwiazdy.

Paweł Kryszałowicz był w wąskiej grupie, dla której nowy dryl treningowy nie będzie problemem. Trudno się dziwić: Kryszałowicz doskonale odnajdywał się nawet u takiego kata jak Felix Magath. As kadry Engela wspomni, że Błaszczykowski także ani razu nie zakręcił nosem na rutyny u Petrescu, pracował ile fabryka dała, co… miało nie podobać się niektórym innym piłkarzom Wisły. Kryszał radził Kubie, żeby nie przejmował się i patrzył na Zachód.

– Wyjedź jeśli będziesz mógł. Tam dopiero będą cię szanować.

Jeszcze inną sytuację wspomina Tomasz Kłos.

– Był taki moment po roku, po obozie zimowym, kiedy Kuba zrobił się troszkę krnąbrny. Kilka razy różki pokazał. Wzięliśmy go na rozmowę, wspólnie między innymi z Maciejem Stolarczykiem, bo chcieliśmy pewne rzeczy mu uświadomić. Jesteś młodym, super zawodnikiem, ale swoje obowiązki na boisku trzeba wykonywać… Wykonywał je, ale my wymagaliśmy od siebie bardzo dużo, a on w pewnym momencie troszkę za bardzo mocny się poczuł. Niemniej chodzi o epizod, który wynikał z jego osobowości, z tego jakim jest mocnym charakterem, niż z tego, że chciał komuś pokazać, że on jest teraz wielki.

W marcu 2006 roku Błaszczykowski dostaje powołanie od Janasa. Na horyzoncie mundial, a wiadomo, że selekcjoner nie bał się zamieszać przy ostatecznych powołaniach. 45 minut z Arabią Saudyjską to jednak wszystko, co otrzyma Wiślak: do Niemiec zamiast niego pojedzie choćby Piotr Giza.

Jesień to eksplozja formy. Beenhakker odważnie stawia na Błaszczykowskiego w meczach eliminacyjnych – Kuba zaczyna źle jak cała kadra, z Finlandią zostaje zdjęty w przerwie wspólnie z Szymkowiakiem. Potem jednak jest jednym z tych, którzy zapewniają historyczne zwycięstwo nad Portugalią.

W tym samym czasie Wisła, już pod wodzą Okuki, gra w fazie grupowej Pucharu UEFA. Biała Gwiazda nie ma tego polotu co za Kasperczaka, kadrowo jest znacząco słabsza. W praktyce tylko dwóch zawodników nawiązuje do wielkich meczów: skuteczny Brożek i porywający na skrzydle Błaszczykowski, który kiwa uznanych rywali jak w grze komputerowej. Kuba łącznie zanotuje pięć asyst, tylko z Basel trzy. Rajd z Feyenoordem to światowa półka.

Zagranicznym wysłannikom więcej nie potrzeba. Mówi się o zainteresowaniu Zenitu, klubów włoskich i hiszpańskich. „Kicker” cytuje Zbigniewa Bońka, który stwierdza, że każdy kolejny dzień Błaszczykowskiego w polskiej lidze będzie dniem straconym. Cupiał wie jakiego ma piłkarza, żąda wiele, ale polscy ligowcy mają słabą reputację: „Magic” Żurawski, największa gwiazda Ekstraklasy ostatnich lat, właśnie rozczarowuje w swoim drugim sezonie w Celtiku.

W końcu Borussia dobija targu. Błaszczykowski podpisuje kontrakt zimą 2007, do BVB ma przejść latem. Finisz sezonu ligowego to nie fajerwerki: mistrzem Zagłębie Lubin, wicemistrzem GKS Bełchatów, Wisła raptem ósma. W Ekstraklasie łączne statystyki Kuby nie powalają: dwa gole, cztery asysty. Ale skauci w ogóle nie patrzą na ligową dyspozycję, liczyły się tylko kadra i puchary, a tutaj grał jak z nut.

Basałaj: – Takiej przebitki nie było w polskiej lidze. 70 tysięcy złotych, potem 3.5 miliona euro. Czasem myślę, że Kieślowski filmem „Przypadek” zobrazował całe nasze życie i, jakby to powiedzieć, postawę człowieka w życiu. Decydują takie historie, których nikt by nie wymyślił, nikt nie przewidział. Kwestia przypadku, że Grzesiek, serdeczny przyjaciel Jurka, trafił do najlepszego polskiego klubu na stanowisko dyrektora sportowego. Gdyby nie było Mielcarskiego, może bym powiedział Jurkowi: daj mi spokój. Może zadzwoniłbym do Górnika, a tam powiedzieliby: był u nas, nie dał rady. Potem akceptacja Wernera Liczki, który świetnie znał się na piłce młodzieżowej, umiał określić skalę talentu, dalej akceptacja zarządu, ciekawość Cupiała… I tak to wyszło.

Kuba, na smutnym 0:0 z ŁKS-em, ostatnim meczu sezonu 06/07, pokazuje kibicom koszulkę:

„Jeszcze tu wrócę”.

Słowa dotrzyma dzisiaj.

Leszek Milewski

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (23)