Mama wciąż mówi, że jak widzi motocykl, to ma łzy w oczach
Weszło Extra

Mama wciąż mówi, że jak widzi motocykl, to ma łzy w oczach

W kolejnym odcinku audycji „W Ciemno” Marcin Ryszka porozmawiał z Przemysławem Świerczem, kapitanem reprezentacji Polski amp futbolu, która rozwija się w zastraszającym tempie, a podczas ostatnich mistrzostw świata sprawiła nam wiele radości. Kuloodporny piłkarz opowiedział o wypadku na motocyklu, radzeniu sobie ze świadomością, że jego życie już nigdy nie będzie wyglądało tak samo, a także między innymi o początkach amp futbolowej reprezentacji. Zapraszamy.

*

Jak zaczęła się twoja przygoda z amp futbolem?

Śmieję się, że przygoda z amp futbolem rozpoczęła się w momencie mojej amputacji. 2009 rok. Po wypadku próbowałem swoich sił w różnych dyscyplinach – w pływaniu, w koszykówce na wózkach, bo wówczas amp futbolu w Polsce nie było. O tym sporcie dowiedziałem się tak naprawdę z internetu, z relacji z pierwszego zgrupowania. Październik 2011, zbierała się drużyna. Zadzwoniłem do Mateusza Widłaka, który zaprosił mnie na kolejne, grudniowe zgrupowania. Przyjechałem podekscytowany, wziąłem udział w treningu. I zostałem do dziś. Wyjątkowa sprawa, amp futbol stał się bardzo ważną częścią mojego życia.

Nie zakochałeś się w innych dyscyplinach?

Przede wszystkim – sport był, jest i będzie w moim życiu. Skończyłem studia sportowo-pedagogiczne. Zarówno koszykówka, jak i pływanie stanowiły bardzo bliskie mi sporty. Przed wypadkiem pracowałem jako instruktor pływania, mam uprawienia instruktorskie w koszykówce. Swego czasu pomyślałem jednak, że skoro łączę pracę zawodową z pływaniem, to może niekoniecznie chcę to robić w czasie wolnym. Po dwóch-trzech miesiącach stwierdziłem, że poszukam sobie czegoś innego. Marzyłem, żeby uprawiać jakąś dyscyplinę na poziomie klubu, a potem, być może, nawet wyżej – na poziomie reprezentacji. Przeskoczyłem na koszykówkę na wózkach. Przeszkadzało mi jednak to, że byłem przypięty do wózka. W mojej głowie, po wypadku, wózek zostało odsunięty. Od razu. Jak ktoś mi go podstawiał, i tak starałem się korzystać z kul. Nie chciałem jeździć na wózku, co być może wpłynęło na to, że moja przygoda z koszem trwała może z dwa-trzy miesiące.

Zacząłem szukać dalej. „Kurde, piłka nożna musi być. Nie jest możliwe, żeby tak popularna dyscyplina nie stwarzała opcji dla osób niepełnosprawnych” – myślałem. Na szczęście Mateusz Widłak wpadł na pomysł, żeby utworzyć drużynę, za co jestem mu bardzo wdzięczny. No i się zaczęło.

Straciłeś nogę w 2009 roku, podczas wyjazdy na motocyklu do Norwegii.

To była fajna, długo oczekiwana wyprawa. Odbywaliśmy spotkania, na których planowaliśmy trasę, motocykle i to, co bierzemy ze sobą. Byłem bardzo podekscytowany, tym bardziej że rok wcześniej z tą samą grupą motocyklistów – bo jechałem ze znajomymi – byliśmy we Włoszech. Niestety, Norwegia okazała się pechowa, choć nie lubię patrzeć w takich kategoriach. Kto wie, może gdyby nie wypadek, to trzy dni później stałoby się coś gorszego. Nie można gdybać. Cieszmy się tym, co mamy. Po prostu.

Wypadek miałem piątego dnia podróży. Akurat zmieniliśmy trasę – mieliśmy jechać w innym kierunku, ale dostaliśmy zaproszenie od znajomego. Zostało 30 kilometrów, końcówka jazdy. Zderzyłem się z kamperem. Wąski odcinek drogi, zderzenie. Lekarze zabrali mnie na salę operacyjną i niemal od razu podjęli decyzję o amputacji nogi, żeby ratować staw kolanowy i generalnie jak najwięcej ciała. Powalczyli o moją nogę, nie wyszli z założenia, że skoro miałem wypadek, to amputują powyżej kolana, żeby mieć święty spokój. Walczyli o każdy kawałek kości czy skóry.

Walczyli o staw kolanowy, który odgrywa bardzo dużą rolę, gdy trzeba uczyć się chodzić z protezą.

To ogromny, bardzo ważny staw w funkcjonowaniu człowieka. Łatwiej uczyć się chodzić z własnym kolanem, to oczywiste. Do tego aspekt finansowy – koszt zakupu protezy podudzia, takiej jak moja, wynosi około 30 tysięcy złotych, a proteza ze sztucznym stawem kolanowym zaczyna się od 100 tysięcy w górę.

Co myślałeś, kiedy jechałeś na salę operacyjną, wiedząc, że noga będzie amputowana. W Norwegii, daleko od rodziny.

Wjeżdżając na salę operacyjną, toczyłem wewnętrzną walkę. O swoje życie. Z jednej strony magiczna ręka, która ciągnie mnie w dół, z drugiej – moja osoba, która tej sile poddać się nie ma zamiaru. „Chcę żyć, nie poddaję się” – myślę, ale czuję, że walkę przegrywam, czuję, że siła ściąga mnie na dno. Tym większa była radość, kiedy obudziłem się po wypadku i zdałem sobie sprawę, że nie jest tak źle.

W końcu powiadomiłem najbliższych, co się wydarzyło Miałem szczęście, bo w Stavanger – w miejscowości, w której do wszystkiego doszło – mieszkała moja była dziewczyna z jej obecnym chłopakiem. Dziewczyny nie było na miejscu, ale przyjechał chłopak. Pomimo tego, że się nie znaliśmy. Mógł powiedzieć, że mnie nie zna, tymczasem przyszedł i opiekował się mną. Rozmawiał z norweskimi lekarzami, dowiadywał się, co się ze mną dzieje. Dużo dała mi obecność faceta, który mówi po polsku, wypracowaliśmy dobrą relację. Pewnego razu przyprowadził polskiego zakonnika, który mieszka w Stavanger. Jestem osobą wierzącą, więc dzięki rozmowie zyskałem pewność, że pan Bóg jest ze mną.

Wypadek umocnił cię w swojej wierze?

Byłem wierzący już wcześniej, nie mówię, że nagle – po wypadku – odnalazłem pana Boga. Rozmowa była dla mnie ważna, bo zakonnik to dla mnie symbol dobra w życiu. Namacalnego dobra. Po kilku dniach przyjechali do mnie najbliżsi – Asia, ówczesna dziewczyna a teraz żona, siostra i szwagier. Od razu raźniej. Po kilku dniach wróciliśmy do Polski.

Bije od ciebie bardzo mocna pewność siebie. Po wypadku cały czas byłeś pogodny, czy miałeś chwilę zwątpienia?

Być może były takie chwile. Zastanawiałem się, co będzie, ale bardziej szukałem drogi rozwiązań niż dołowania się. Sport był lekarstwem. Obszarem, w którym się odnalazłem. Zyskałem większą pewność siebie, wiadomo też, że sport uczy pokory i szacunku. To bardzo ważne. Nie możesz pozwolić sobie na to, żeby jakikolwiek wielki sukces zasłonił ci ciężką, codzienną pracę. Wiadomo, najważniejsza jest praca u podstaw, by dojść do celu. Do swoich marzeń.

Teraz na międzynarodowe turnieje latacie samolotami, można obejrzeć was w różnych telewizjach. Zainteresowanie jest spore, zmieniło się wiele. Kiedyś na treningach każdy miał inny strój, brakowało sprzętu. Generalnie, jakie masz pierwsze wspomnienia związane z amp futbolem?

Doskonale pamiętam wspomniane grudniowe zgrupowanie. Noc przed pierwszym treningiem nie mogłem zasnąć. Myślałem, jak to będzie, dochodziła sportowa ambicja, bo jako facet po AWF-ie chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. Spotkaliśmy się w Warszawie, każdy inaczej ubrany, ktoś przywiózł piłki. Poznaliśmy trenera Marka Dragosza. Pamiętam, że pierwszy trening był udany. Zagrałem fajną klepkę z Bartkiem Łastowskim, strzeliliśmy gola.

Dziś wszystko wygląda inaczej. Sprzęt, otoczka – wszystko profesjonalne. Gdy wybieraliśmy się na mundial do Meksyku w 2014 roku, odbywały się zbiórki pieniędzy, żebyśmy mogli w ogóle polecieć. A w tym roku? Jako zawodnicy, mogliśmy skupić się tylko i wyłącznie na przygotowaniu, treningu i zgrupowaniach. Poczyniono ogromny postęp.

W Meksyku zrobiliście bardzo dobrą robotę, pokazaliście, że niepełnosprawni mogą robić wielkie rzeczy. Odczułeś po powrocie do kraju, że jest o was głośno?

Przede wszystkim zostaliśmy fantastycznie przywitani na lotnisku przez kibiców, potem medialne zainteresowanie się utrzymywało. Doceniano to, co udało nam się w Meksyku pokazać, bo na pewno nie osiągnąć. Czuć, że jest głośniej. Śmieję się, że rok temu – gdy zdobywaliśmy trzecie miejsce na mistrzostwach Europy – to takiego zainteresowania nie było. Wiadomo, dziś wszystko się skumulowało. Dzisiejsze zainteresowanie to nie tylko pokłosie siódmego miejsca, ale też tego, co działo się rok czy dwa lata temu. To wszystko jest fajne, rodzi nowe obowiązki, jednak pamiętamy o tym, żeby nie zapominać o głównym celu. A głównym celem jest codzienna, ciężka praca, bo za dwa lata mistrzostwa Europy. Chcemy je wygrać, więc od dziś trzeba nad tym pracować.

Wiele osób w Polsce chciałoby uścisnąć rękę Lewandowskiemu czy Piszczkowi. Wy mieliście okazje nie tylko poznać takich zawodników, ale i z nimi trenować. Myślałeś kiedy, że gdyby nie wypadek, mogłoby tego wszystkiego nie być?

Gdybanie to błędne koło, ale prawdą jest, że już przed wypadkiem odłożyłem marzenia o uprawianiu sportu na wysokim poziomie na bok. Miałem 29 lat, nie grałem na wysokim poziomie. Jakkolwiek spojrzeć, nie było szans. Na pewno wypadek dał mi nowe możliwości, na czele z grą w reprezentacji.

Wiele osób pytało nie, co bym zrobił, gdybym mógł cofnąć czas? Zawsze odpowiadam, że czasu bym nie cofnął. Po wypadku działo się tyle fantastycznych rzeczy, że tylko się cieszyć. Mogę spełniać marzenia, reprezentować kraj. To fajne. Staram się wychwycić dobre rzeczy po wypadku i korzystać z nich.

Myślę, że spotkania z reprezentantami Polski stanowią małą nagrodę za ciężką pracę. Generalnie, podczas spotkań chcę dostrzec w nich ciekawych ludzi, bo uważam, że wielu rzeczy mogę się nauczyć. I tyle.

Z ciekawości – jeździsz dalej na motocyklu, czy odczuwasz strach?

Nie czuję strachu, pewnie byłoby to możliwe, ale na motocykl nie wsiądę z innego powodu. Z racji tego, co przeżyli moi najbliżsi. Mama, żona, siostra. Moja mama mówi do tej pory, że jak widzi motocykl, to ma łzy w oczach. Nie mogę jej tego zrobić, choć jak tylko widzę motocykl, to się za nim obejrzę. Bardziej z ciekawości, nie jest tak, że myślę, jak bardzo chciałbym na nim usiąść. Zakup motoru byłby egoistyczny. Szukam pasji, które są – przynajmniej teoretycznie – bardziej bezpieczne.

Wracając do medialności. Kiedyś, rozmawiając z dziennikarzami, miałem wrażenie, że niepełnosprawność zawsze wychodzi na pierwszy plan. Aspekt sportowy poruszano dodatkowo. Mam wrażenie, że po waszym powrocie z Meksyku jest inaczej. Mówi się, przede wszystkim jak pięknie walczyliście.

Każdy kibic znajdzie sobie w tym to, co chce znaleźć. Jak ktoś szuka na co dzień pozytywnych emocji, walki i zaangażowania, to wszystko to w amp futbolu znajdzie. Jeżeli ktoś oczekiwał triumfu, będzie narzekał. U nas jest tak, że jechaliśmy po złoto, więc do dziś czujemy złość. Zabrakło niewiele. Być może misja naszego sportu polega na tym, żeby ludzie szukali w nas nie tylko wyników, ale też tego, czego być może w swoim życiu im brakuje. Walki, zaciętości, wytrwałości. Jeżeli nasz sport zainspiruje niektórych, żeby zrobić coś ze swoim życiem, postawić sobie cel i być wytrwać, no to nie mam wątpliwości, że warto im to dawać. Warto pokazywać, że można.

Sam udział na mistrzostwach świata i Europy dla wielu osób jest już czymś wielkim. Jako sportowcy pracujemy ciężko, by zdobywać pierwsze miejsce. Teraz czujemy niedosyt, ale nie możemy nie wiadomo jak bardzo przeżywać i się zamartwiać, teraz najważniejsze jest to, żeby osiągnąć jeszcze więcej na kolejnej imprezie.

W jakimś sensie rozumiem osoby, które mówią nie tylko o wyniku sportowym, ale też o naszej postawie. Z ich punktu widzenia walczymy zarówno z rywalem, jak i z samym sobą. Nasz sport ma misję.

Byłem pod wrażeniem przemowy, którą wygłosiłeś po meczu z Angolą. Chyba w takim momentach najtrudniej być kapitanem.

To był dla mnie trudny moment, ale powiedziałem to, co leżało mi na sercu. W meczu z Angolą zrobiliśmy wszystko, co potrafiliśmy. Uważam, że jesteśmy mistrzowskim zespołem. Dzięki mundialowi jeszcze mocniej scementowaliśmy swoje relacje, zaczęliśmy mówić o sobie jako o braciach i sportowej rodzinie. Łukasz Miśkiewicz pisał na swoim blogu słowa od serca, od siebie które pokazują, jaka w naszym zespole panuje atmosfera.

Nie jest tak, że zrobiliśmy atmosferę na mundialu, to był proces, który zaczął się wcześniej. Teraz najważniejsze jest, żeby nie spocząć na laurach i budować wszystko dalej. Jednak nie ma co ukrywać – czas po meczu z Angolą był bardzo trudny. Stanowił wyzwanie i cenne doświadczenie. Musieliśmy poradzić sobie z tym,  co nas spotkało, tym bardziej że dzień później graliśmy z Anglią o piąte miejsce. Trzeba było podnieść się szybko, ale nie udało się. Przegraliśmy 0:2, zawaliliśmy początek. To jednak ważny moment, tak samo jak mecz z Angolą. Wszystko jest po coś, wszystko stanowi cenne doświadczenie, dzięki któremu – mam nadzieję – na kolejnym dużym turnieju będzie lepiej.

Macie młodą drużynę, ty jesteś jednym z najstarszych. Trudno ci się odnaleźć?

Młodsze pokolenie jest inne, co widać w relacjach, ale każdy członek zespołu jest fantastycznym człowiekiem. Wszyscy są ciekawi świata, ja też jestem ciekawy tego, jak funkcjonują młodzi, jak postrzegają świat. Generalnie, nie można oceniać, czy młodsze pokolenie jest lepsze czy jest gorsze. Jest po prostu inne.

Na koniec – jak wygląda twoje życie poza amp futbolem?

Coaching mentalny to pomysł na moje życie. Chcę dzielić się innymi doświadczeniami, które mam. Chcę rozwijać się w treningu mentalnym. Jeżeli mogę swoim życiem i swoją pokazać, że warto cieszyć się życiem niezależenie od tego, co nas spotka, to chcę to robić.

Rozmawiał Marcin Ryszka

*

Audycja do odsłuchania poniżej:

KOMENTARZE (0)