Ryōyū Kobayashi – młodzieńcza fantazja, perfekcyjne skoki
Inne sporty

Ryōyū Kobayashi – młodzieńcza fantazja, perfekcyjne skoki

Jeszcze przed rozpoczęciem sezonu w japońskim obozie usłyszeć można było, że najlepszym z ich skoczków jest na ten moment Ryōyū Kobayashi. Jak na razie te słowa sprawdzają się w stu procentach – młody Japończyk wygrał oba konkursy Pucharu Świata w Kuusamo, a w Wiśle był trzeci. Podczas gdy w jego ojczyźnie fani mają powody do radości, w Europie wszyscy zadają sobie dwa pytanie: skąd on się właściwie wziął? I jakim cudem skacze aż tak dobrze?

Rodzina

Choć rodzice Ryōyū przesadnie dużo wspólnego ze skokami nie mieli, to ich dzieci wręcz przeciwnie. Najstarszy, Junshirō, to postać już dobrze znana wszystkim fanom dyscypliny. Zeszłoroczny triumfator konkursu indywidualnego w Wiśle, trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Letniego Grand Prix, jedenasty na koniec ostatniego sezonu Pucharu Świata. Przy okazji człowiek o kompletnie innej osobowości niż jego młodszy brat. „W jego przypadku dobrą rzeczą jest to, że nie ma żadnych wahań nastrojów” mówił „The Japan Times” Masao Hiraki, były trener braci. Dodawał też, że Junshirō to gość spokojny i opanowany.

W tym przypadku zupełnie inaczej prezentuje się Ryōyū, który od najmłodszych lat lubił imponować innym. Podobno pewnego razu zdarzyło mu się – krzycząc przy okazji z radości – zjechać w dół stoku, wprost na rampę snowboardową, zrobić salto i od razu upewnić się, czy wszyscy widzieli. Jego ojciec mówił, że „był dzieciakiem, który chciał rozśmieszać ludzi i sprawiać, by się ekscytowali”. Trzeba przyznać, że udaje mu się to do dziś. Choć salta już sobie odpuścił.

Sebastian Szczęsny, dziennikarz i komentator TVP:

– Jego natura sprawia, że to skoczek, który lubi brylować, popisywać się, ale jest też bardzo otwarty. Skacze bez obciążenia i na tej młodzieńczej fantazji może sprawić wszystkim naprawdę dużego psikusa. Jestem bardzo ciekaw, jak poradzi sobie w kolejnych konkursach Pucharu Świata.

Na braciach ta wyliczanka się jednak nie kończy, bo klan Kobayashich jest większy. Poza nimi skacze też 24-letnia Yūka, ich siostra. Ona jednak na ten moment pochwalić może się co najwyżej medalami z Uniwersjad. Drużynowo konkursy na nich wygrywała dwukrotnie, po razie była druga i trzecia, a z rywalizacji indywidualnej przywiozła do domu dwa srebrne medale. W konkursach Pucharu Kontynentalnego czy Pucharu Świata startuje rzadko. Wystarczy napisać, że – gdy chodzi o ten drugi – tylko raz w karierze oddała skoki poza Japonią. Miało to miejsce… na koniec sezonu 2011/12.

A skoro mowa o siedzeniu w Kraju Kwitnącej Wiśni, to warto zaznaczyć, że Ryōyū też długo to robił.

Trzymany w domu

W Europie ten schemat jest prosty. Jeśli pojawia się utalentowany dzieciak, to trzeba doprowadzić go do odpowiedniego wieku – zwykle są to okolice osiemnastki – a potem dać mu zadebiutować w Pucharze Świata i, w miarę upływu czasu, „wręczać” kolejne okazje na zdobycie punktów, pomiędzy startami w Pucharze Kontynentalnym czy FIS Cupie. Jeśli ma potencjał na miarę przyszłego mistrza świata, może zrobić to nawet jako szesnastolatek. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że tak to właśnie działa.

Jak jest w Japonii? Kompletnie inaczej.

Doskonale widać to na przykładzie Kobayashiego. W Pucharze Świata Japończyk zadebiutował na początku 2016 roku w Zakopanem. Pojawił się tam głównie dlatego, że konkurs w Polsce miał być dla niego przetarciem przed mistrzostwami świata juniorów (co dało zresztą niezłe efekty, przywiózł z nich dwa brązowe medale). Później wystartował jeszcze dwa razy w Sapporo i po razie w Titisee-Neustadt oraz Planicy. Łącznie pięć występów w debiutanckim sezonie Pucharu Świata. I to mimo tego, że w pierwszym z nich zajął świetne, siódme miejsce.

Jeśli myślicie, że w tym czasie startował zapewne w Pucharze Kontynentalnym, to… mylicie się. Japończycy rzadko wysyłają swoich młodych skoczków na zawody niższej rangi. Raczej trzymają ich u siebie, by rywalizowali na krajowym podwórku. Skoki są tam „podpięte” do szkół i uniwersytetów, więc okazji do sprawdzenia się na tle rywali trochę jest. I z tego korzystał Kobayashi jeszcze kilka lat temu (jako dzieciak wielokrotnie stawał na podium zawodów w swojej kategorii wiekowej w skokach i kombinacji norweskiej, którą pierwotnie trenował). Z naszej perspektywy wydaje się to dziwne, jednak jest to całkiem dobra strategia. Co zresztą pokazują ostatnie wyniki Japończyka.

Kuba Kot, były skoczek, dziś trener i ekspert telewizyjny:

– Najpierw powiedzieć trzeba o tym, że Ryōyū zaczynał od kombinacji norweskiej. To bardzo ważne, a u nas kuleje. Mamy wczesną specjalizacja, nakierowanie tylko na skoki. Jestem zwolennikiem tego, że fajnie zacząć od kombinacji, to nigdy nie zaszkodzi. On to łączył, a dopiero w pewnym wieku zdecydował się na skoki. Nie pchano go na głęboką wodę, jak to było u nas z Klimkiem Murańką, który w wieku 12 lat został cudownym dzieckiem. Ale co z tego? Nam nie trzeba dwunastolatka w Pucharze Świata, nam trzeba osiemnastolatka, który będzie równo, daleko skakać. Nie wrzucajmy na głęboką wodę kogoś, kto raz skoczył dobrze. Wtedy szybko przychodzi sukces, a potem zderzasz się ze ścianą, której nie jesteś w stanie przepchnąć. Lepiej iść krok po kroku, niż odbudowywać gościa po kilku latach. Biorąc pod uwagę aspekt szkoleniowy – to, co robią Japończycy, jest jak najbardziej na plus.

Oczywiście, to wszystko oceniamy z dzisiejszej perspektywy. Gdyby ktoś zapytał nas o to na koniec sezonu 2016/17, pewnie powiedzielibyśmy, że jest kompletnie inaczej, bo Kobayashi nie zdobył wówczas ani jednego punktu, a był już na stałe włączony do pierwszej kadry i skakał regularnie cały sezon. Zapytacie dlaczego w takim razie nie zdecydowano się go „wymienić” na innego skoczka? Lub dlaczego, gdy był młodszy, nie dostał więcej szans, by mógł się oswoić z tą atmosferą? Wyjaśnia Sebastian Szczęsny:

– W wielu przypadkach Japończycy pojawiają się w zawodach Pucharu Świata wcześniej, w młodszym wieku, tylko w przypadku zawodów, odbywających się u nich. Oni nie jeżdżą do Austrii czy Norwegii, nie są nigdzie wysyłani. Główny trzon, pierwsza kadra, ta, która na co dzień skacze w zawodach PŚ, przyjeżdża do Europy i praktycznie nie ma jej w Japonii. Zjawiają się tam raz na jakiś czas, kiedy zdarzy im się zrobić przerwę od konkursów. A to głównie tutaj są rozgrywane zawody FIS Cupu, Puchar Kontynentalny i Puchar Świata. Stąd też młodzi Japończycy skaczą w nich w bardzo ograniczonej liczbie. To z jednej strony wygląda tak, że oto nagle pojawiają się nowe twarze, które zaczynają brylować w Europie. Dla nas to nowość, ale w Japonii ci zawodnicy obserwowani są od dłuższego czasu i starannie pielęgnowani. Kiedy przychodzi ten czas, zdają ten „egzamin latającego samuraja”, to bierze się ich do Europy i dają radę.

Stąd też w obozie japońskim, gdy patrzą na skoki Kobayashiego, przesadnie się nie dziwią. Wiedzieli, że może walczyć o wysokie lokaty, może nie spodziewali się tylko aż takiej formy swojego zawodnika (on sam mówił, że „zdziwieni są wszyscy, łącznie ze mną”). Ale nawet fani z innych krajów powinni już wcześniej zwrócić na niego uwagę. Z kilku powodów.

Wyskoki

187 punktów i jedno miejsce w pierwszej dziesiątce to może niespecjalnie imponująca statystyka, ale po sezonie, w którym na twoim koncie widniało okrągłe zero oczek, można się uśmiechnąć. Tak wyglądało to w przypadku Ryōyū po ostatnich zawodach Pucharu Świata w marcu tego roku. I wierzcie nam, Japończyk zdecydowanie się uśmiechał. Zresztą, jak już wiecie, robi to często.

Wiele się zmieniło. W poprzednim sezonie ani razu nie byłem w najlepszej trzydziestce zawodów Pucharu Świata. To był bolesny sezon, ale z drugiej strony spowodował, że wiele sobie uświadomiłem. Do tej pory korzystałem jedynie z góry przydzielonego mi treningu, ale tego lata postanowiłem to zmienić.

Jaki dało to efekt – już wiecie. Do tego Japończyk zaliczył m.in. siódme miejsce w konkursie olimpijskim na normalnej skoczni. A to już nie przelewki, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę, że trzeba było rywalizować tam nie tylko z innymi zawodnikami, ale też wiatrem. Później mówił, że to dla niego „wielki krok”, dodając, że wpływ igrzysk widzi m.in. na… Instagramie, gdzie wcześniej miał 1700 obserwujących, a po wspomnianym konkursie doszło drugie tyle. Na Twitterze ta liczba zwiększyła się o kilkadziesiąt osób. Dziś jest ich wszystkich już „trochę” więcej.

Cały świat usłyszał o nim jednak po niesamowitym skoku w jednych z krajowych zawodów. Jury konkursu nie przewidziało, co może się stać i puściło Ryōyū z wysokiej belki. Zresztą nie dziwimy się im, bo chyba mało kto wpadły na to, że Kobayashi skoczy ponad 150 metrów i to mimo tego, że… od połowy skoku hamował rękami, by nie wylądować na płaskim fragmencie zeskoku. Oficjalnie zapisana odległość – 148 metrów, co i tak jest skokiem dłuższym o cztery metry od oficjalnego rekordu – nijak ma się do tego, co faktycznie się tam stało. Podobnie jak czwarte miejsce, które zajął, bo skoku nie ustał. Po takiej próbie po prostu zasłużył na to, by wygrać w konkursie, ale cóż – przepisy są nieubłagane.

Kolejny wyskok przyszedł latem, na innej japońskiej skoczni. W Hakubie Ryōyū wygrał oba konkursy, dwukrotnie wyprzedzając Jewgienija Klimowa. Oczywiście, można było pokusić się o stwierdzenie, że to magia występów na własnym podwórku, ale jego skoki pokazywały, że w tym chłopaku tkwi naprawdę spory potencjał. W drugim z konkursów zwycięstwo zapewnił sobie tak naprawdę już pierwszym skokiem – jego przewaga nad rywalami wynosiła wówczas ponad 15 punktów.

Byłem dziś bardzo zrelaksowany i cieszyłem się występem na „domowych” zawodach, przed zgromadzoną tu publicznością. Myślę, że to jeden z powodów, przez który skoczyłem tak dobrze. Moim celem jest teraz przeniesienie tej formy na zimę – mówił po konkursie. I trzeba przyznać, że na razie mu się to udaje.

Dominator?

– Przed sezonem Kobayashi nie był pewnie faworytem bukmacherów. Ale za to kochamy sport, że dzieje się coś nieprzewidywalnego. Jego kariera jest o tyle fajna, że rozwijał się powoli. Poprzedni sezon miał dobry, potem wygrał w tej Hakubie latem… Idzie po tej drabinie szczebel po szczeblu, a teraz osiągnął po prostu wysoki poziom. Nie jest to gość wzięty z przypadku, który nagle wszedł na szczyt i szybko spadnie. Doszedł do tego ciężką pracą. Najpierw trenował kombinację, potem przerzucił się na skoki. Może nie zawojował mniejszych konkursów, ale bywał w nich obecny. W debiucie w Pucharze Świata był siódmy. Później co prawda na chwilę zniknął, ale w kolejnym sezonie był w dziesiątce na igrzyskach, a to świadczy, że nie jest się tam z przypadku. Teraz dołożył pracę w lecie, wiedział, co ma robić, żeby poprawić dojazd i wzmocnić odbicie. To dało efekt – mówi Kuba Kot.

O pracy nad odbiciem stale mówi sam Kobayashi, podkreśla to też japoński sztab, a zgadzają się z nimi wszyscy eksperci. Sven Hannavald mówił niedawno Onetowi, że Ryōyū „jest perfekcyjny, a jego skoki są czyste. Kiedy je ostatnio zobaczyłem, odebrało mi mowę. Widać u niego to coś, co w ostatnim sezonie u Stocha”. Tu trzeba jednak dodać, że Niemcowi chodzi nie tylko o wyjście z progu – Kobayashi aktualnie jest bliski perfekcji, gdy chodzi o cały skok.

Sebastian Szczęsny:

– Wszystkie obserwacje i analizy wskazują na to, że Ryōyū idealnie trafia w próg, to raz. Dwa, że jest niesamowicie mocny, co w połączeniu z odpowiednim timingiem daje takie efekty. Problemy z odbiciem ma np. Kamil Stoch, który często spóźnia skoki. Tymczasem Ryōyū wszystko się w tym elemencie udaje i powoli przekuwa to w automatyzm. Już w Wiśle, gdyby nie podparty skok, to pewnie by wygrał. Teraz odniósł dwa zwycięstwa w Ruce. To pokazuje, że to nie jest przypadek. Facet przygotował po prostu kapitalną formę na start sezonu.

Kuba Kot dodaje, że u Japończyka fenomenalne jest przejście na narty. Ten moment tuż po wyjściu z progu, gdy trzeba jak najszybciej – ale też jak najlepiej i najdokładniej – ułożyć się w odpowiedniej pozycji i lecieć. Ryōyū robi to bardzo szybko, nie łapie zbędnego oporu powietrza, nic go nie wyhamowuje. Podobnie przy swoich najlepszych skokach zachowują się Kamil Stoch czy Stefan Kraft. Zero zbędnych ruchów. Do tego, dzięki swoim warunkom fizycznym, Ryōyū może „aktywnie” dojechać na próg, co później pozwala mu idealnie wstrzelić się z wybiciem. Jakie daje to efekty – widzieli wszyscy w Kuusamo, gdy, skacząc z rozbiegu krótszego o dwie belki, musiał wyhamowywać skok, by nie przytrafiło się „drugie Sapporo”. Mimo tego wyrównał rekord skoczni. Umacniając się przy okazji na pozycji lidera Pucharu Świata.

Wreszcie udało mi się wygrać konkurs, w którym oddałem dwa dobre skoki. To dla mnie najszczęśliwszy moment w życiu. W tym momencie nie czuję się, jakbym miał zacząć przegrywać. Moim celem na ten sezon jest dziesięć zwycięstw – mówił Kobayashi po drugim z fińskich konkursów. Dziesięć zwycięstw to – dla oddania skali – o jedno więcej niż osiągnął Kamil Stoch w zeszłym sezonie. A wydawało się przecież, że Polak dominował w stawce (co zresztą jest zgodne z prawdą), zostawiając konkurencję daleko z tyłu. Czy Japończyka na to stać?

Sebastian Szczęsny:

– Oczywiście, że może. Zaczął przecież rewelacyjnie, po trzech konkursach ma dwa zwycięstwa. Zostało mu osiem wygranych, a konkursów mnóstwo. Odbicie czy najazd to jedno, ale sposób, w jaki układa się w powietrzu i jak przechodzi nad bulą, to naprawdę wygląda, jakby wykonywał to automatycznie, wiedział, jak przejść, żeby ten skok, był jak najbardziej efektywny. On to realizuje. Trzeba też zwrócić uwagę na to, że rozmawiamy o skoczku, który ma 22 lata i wciąż jest przecież stosunkowo młody.

Kuba Kot:

– To jest tzw. automatyzm. Jeżeli zawodnik jest w formie – pamiętamy czasy Adama Małysza – to nieważne czy wieje, czy sypie śniegiem. Po prostu robi się swoje. Zawodnika cechuje to, że nie musi dużo myśleć czy kombinować. Najlepszy jest tu przykład Maćka [Kota – przyp. red.], który szuka czegoś i się męczy. To jest zawodnik, który ewidentnie nie jest w formie. Natomiast jeśli ktoś w niej jest, to może ominąć serię próbną, trener może obniżyć mu belkę, ale on zrobi swoje. To jest ten automatyzm mięśniowy, kiedy zawodnik czuje się komfortowo. Nie ma zbędnych skurczów mięśniowych, nadmiernej pracy. W skokach to jest kluczowe, po prostu wtedy wychodzisz i wygrywasz. Dopóki się to nie rozreguluje, to jest okej. Czy wygra dziesięć razy? Trudno powiedzieć. Jest w gazie, ale z drugiej strony sezon jest długi, męczący, a do gry powinni włączyć się w końcu Norwegowie i Austriacy, przybędzie mu rywali. Czołówka Pucharu Świata jest bardzo wyrównana, do zwycięstw jest kilkunastu kandydatów.

Poza dziesięcioma zwycięstwami w sezonie, Ryōyū wspomniał też o rekordzie wygranych Gregora Schlierenzauera na przestrzeni całej kariery. Jeszcze nie mówił, że chce go pobić, ale jeśli dalej tak pójdzie, to za kilka sezonów, może o tym wspomnieć. Choć dziś znajduje się dopiero na początku drogi do takich sukcesów. Wszedł na nią jednak z przytupem i warto obserwować jego kolejne kroki.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)