Finansowanie klubów z miejskiej kasy. Rewolucji po wyborach nie widać
Weszło

Finansowanie klubów z miejskiej kasy. Rewolucji po wyborach nie widać

Niektórzy twierdzą, że to największa choroba polskiej piłki. Inni z kolei widzą w tym smutną konieczność. Finansowanie klubów piłkarskich przez samorządy to temat od dawna budzący wiele emocji, który zazwyczaj ożywa w pobliżu wyborów. Przed, kiedy padają różnego rodzaje obietnice czy deklaracje oraz po, kiedy następuje nowe rozdanie i poprzednie praktyki podlegają weryfikacji. A zatem, czy któryś z ekstraklasowych klubów utrzymywanych przy życiu m.in przy użyciu miejskiej kroplówki ma dziś – już po zamkniętym procesie wyborczym – jakieś powody do obaw?

Zacznijmy od tego, że istnieje wiele sposobów wsparcia finansowego dla klubów ze strony samorządów. I nie zawsze są to zwykłe dotacje, którymi zasilane są budżety ligowców. Jako że ogromna większość ekip z ekstraklasy gra na stadionach wybudowanych przez miasta, w normalnych okolicznościach powinny one w zwykłym trybie opłacać czynsz oraz podatek od nieruchomości. Jakiekolwiek zwolnienie z jednego czy drugiego zobowiązania to także nic innego, jak finansowe wsparcie dla klubu. Podobnie wygląda to w przypadku umów sponsorskich podpisywanych z miastami, które najczęściej wykupują miejsca reklamowe, których klub i tak nie potrafiłby sprzedać komukolwiek innemu.

Po zakończeniu ostatniego sezonu nad tematem współpracy z miastami pochyliła się Legia Warszawa, która zleciła firmie EY przygotowanie szczegółowego raportu na temat form wsparcia udzielanego klubom przez samorządy. Wynikało z niego, że warszawianie – w skali całej ekstraklasy – są przez swoje miasto traktowani najgorzej. W 2017 roku nie mogli liczyć na pożądane przez nich zwolnienia z tytułu czynszu za stadion, na który przeznaczyli ok. 3,8 miliona złotych czy z tytułu podatku od nieruchomości, który pochłonął kolejne 1,4 miliona. Natomiast jedynym wsparciem ze strony Warszawy było umieszczenie syrenki na strojach piłkarzy, za co Legia otrzymała ok. 0,6 miliona. Łącznie więc szeroko rozumiana współpraca z miastem oznaczała dla Legii konieczność dopłaty w wysokości 4,6 miliona złotych.

A mistrzowie Polski wychodzą z prostego założenia, że skoro inni są dotowani przez samorządy, to oni także powinni. Innymi słowy, zamiast odejścia od takich form finansowania mamy działanie mające na celu wykonanie kroku w przeciwnym kierunku. Punkt widzenia Legii łatwo zrozumieć, bo – po pierwsze – w 2017 roku ta najgorzej wyszła na współpracy z samorządem i – po drugie – obok Wisły Kraków (-2,6 miliona), Lecha (-0,6 miliona) oraz Cracovii (-0,5 miliona) warszawianie należą do bardzo wąskiego grona ekip będących przy współpracy z miastem na minusie.

Na przeciwnym biegunie są oczywiście kluby, które są własnością miast. Dziś w ekstraklasie są to Górnik Zabrze, Wisła Płock, Śląsk Wrocław, Piast Gliwice i Zagłębie Sosnowiec. Pomijamy tu Zagłębie Lubin, które jest własnością państwowego holdingu KGHM. I tak, w 2017 roku, Górnik w różnych formach otrzymał z miejskiej kasy aż 34,5 miliona złotych, co jest największą sumą w całej stawce (a przy tym zabrzanie byli zwolnieni z podatku od nieruchomości). Po wyborach dotychczasowa prezydent Zabrza, Małgorzata Mańka-Szulik pozostanie na stanowisku na kolejną kadencję, a w przeszłości słychać było z jej ust deklaracje, że Górnik powinien funkcjonować jak normalne przedsiębiorstwo, czyli – przynajmniej w założeniu – powinien dążyć do bycia rentownym. A wtedy nie musiałby być tak potężnie dofinansowywany. Kwota 34,5 miliona to bardzo poważny wydatek w kontekście całego miejskiego budżetu Zabrza, który w 2017 roku wyniósł około 840 milionów złotych. Koniec końców to przeszło 4 procent…

Prezydent Mańka-Szulik deklarowała przed wyborami dalsze wsparcie dla Górnika, ale teraz podejmowanie takiej czy innej decyzji może być nieco utrudnione. A to dlatego, że jej stowarzyszenie Skuteczni dla Zabrza uzyskało ledwie 7 mandatów w radzie miasta, czyli w stosunku do poprzedniej kadencji straciło aż 5. Wcześniej wiele decyzji podejmowanych było w cichej koalicji z PiS-em (obecnie 5 mandatów), ale dziś taki układ już nie zapewnia większości, bo daje tylko 12 z 25 mandatów. Jeżeli posiadająca 9 mandatów KO porozumie się z będącym w opozycji do obecnej prezydent Lepszym Zabrzem (3 mandaty), uzyska dokładnie taką samą liczbę szabel. Decydujący może okazać się więc ostatni radny Kukiza. Jakkolwiek spojrzeć, w Zabrzu w każdym wariancie musi powstać nowa koalicja, a pytanie pozostaje jedno – czy dotychczasowy układ zmieni się tylko nieznacznie, czy o pełne 180 stopni. A to już może przynieść zmiany również w temacie finansowania Górnika, który przez najbliższe tygodnie będzie musiał funkcjonować w cieniu małego znaku zapytania.

Spokojniej powinno być natomiast w innym śląskimi klubie, czyli w Piaście. W Gliwicach bowiem władza za bardzo się nie zmieni. Zostaje ten sam prezydent, Zygmunt Frankiewicz, który został wystawiony przez Koalicję dla Gliwic oraz był popierany przez Koalicję Obywatelską. Oba te ugrupowania uzyskały razem 17 z 24 mandatów do rady miasta (to wzrost o jeden względem poprzedniej kadencji). Innymi słowy, polityka wobec Piasta może być kontynuowana, a warto zaznaczyć, że w 2017 roku gliwiczanie uzyskali od miasta przeszło 12 milionów złotych, co było drugim po Górniku najbardziej znaczącym wsparciem samorządu dla klubu ekstraklasy.

Trzeci najmocniej wspierany przez miasto klub to Wisła Płock, do której przed rokiem z miejskiej kasy trafiło 10,7 miliona złotych. I też raczej może być spokojny o swoją przyszłość. Przez kolejną kadencję urzędować będzie prezydent Andrzej Nowakowski z KO, a – mimo zwycięstwa PiS-u w wyborach do rady miejskiej – koalicja KO z PSL-em dodatkowo się umocni. Poprzednio obie partie miały 13 na 25 mandatów, a teraz będą ich miały 14.

Trochę inaczej sprawy mają się we Wrocławiu, w którym występuje 4. najmocniej dotowana ekipa w 2017 roku. Śląsk dostał wtedy od miasta 7,6 miliona złotych. W radzie miasta utrzyma się koalicja ugrupowania ustępującego prezydenta, Rafała Dutkiewicza z KO – w 37-osobowym składzie te ugrupowania dotychczas miały 21 radnych, dziś wspólnie będą ich mieć już 24. Swoisty znak zapytania należy postawić jednak przy osobie nowego prezydenta miasta, Jacka Sutryka, który stanie na czele obozu rządzącego. Inna sprawa, że z jego pierwszych słów wynika, że koncepcja się nie zmieni, czyli miasto nadal będzie próbować sprzedać klub w prywatne ręce (co do tej pory szło bardzo nieudolnie). Podobną koncepcję dalej realizować będzie także Sosnowiec, gdzie również nie będzie rewolucji we władzach – na swoim fotelu pozostanie prezydent Arkadiusz Chęciński, a większość w radzie miasta utrzyma KO wraz z komitetem Wspólnie dla Sosnowca.

Ciekawa sytuacja ma miejsce za to w Kielcach, gdzie miasto – mimo że w końcu sprzedało klub w prywatne ręce – pozostawiło sobie 28 procent akcji Korony. W zeszłym roku kielczanie zostali dofinansowani kwotą 3 milionów złotych, o czym zdecydował Wojciech Lubawski wspierany w radzie miasta przez przedstawicieli PiS-u. Teraz jednak przyjdzie zupełnie nowe rozdanie, bo prezydentem miasta został Bogdan Wenta (niegdyś startował do Parlamentu Europejskiego z list PO), którego ugrupowanie wraz z KO uzyska 13 na 25 mandatów w radzie miasta. Stąd najprawdopodobniej zmieni się cały obóz władzy. Pytanie jednak, czy zmieni się też polityka wobec Korony, a jeśli tak, to w którą stronę – ściśle związany ze sportem Wenta może bowiem umieścić na liście priorytetów jeszcze większe wsparcie dla klubu. Jak sam zresztą mówił, dla niego Kielce to przede wszystkim miasto mistrzów.

Ogólnie patrząc, ostatnie wybory nie powinny przynieść rewolucji w sposobie finansowania klubów ekstraklasy, bo i realnych zmian będzie niewiele. W Zabrzu zanosi się na zmianę kosmetyczną, a prawdziwą rewolucję – spośród miast najmocniej dotujących ligowców – obejrzymy jedynie w Kielcach. Na wielkie zmiany nie mają co liczyć także ci dotowani najmniej, bo w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu wybory także nie przyniosły większych zmian, przynajmniej w kwestii partii sprawujących władzę. Inna sprawa, że przed wyborami całkiem sprytny zabieg przeprowadziła Legia organizując debatę prezydencką dla wszystkich kandydatów. A na niej obecny prezydent-elekt zadeklarował obniżenie podatku dla klubu oraz zmniejszenie opłat z tytułu dzierżawy. Co jednak oczywiste, tego typu zapowiedzi w skali całego kraju przed wyborami było więcej, ale tutaj dochodzimy do odwiecznego problemu realizacji przedwyborczych obietnic. I naprawdę nie trzeba być specjalnie przewidującym, by stwierdzić, że z tym może być bardzo różnie.

Wydaje się więc, że tam, gdzie strumień z samorządów płynął do klubów, dalej będzie płynął. A z miejsc, w których strumień nie płynął, dalej będzie słychać głosy o wielkiej niesprawiedliwości. Natomiast ogólnego przełomu w relacjach miasta-kluby z pewnością spodziewać się nie należy.

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (41)