Arka zwycięska, Smółka zirytowany. Koniec pucharowej fiesty w Morągu
Weszło Extra

Arka zwycięska, Smółka zirytowany. Koniec pucharowej fiesty w Morągu

MKS Kaczkan Huragan Morąg swoje domowe mecze rozgrywa w urokliwych okolicznościach przyrody. Wkoło skromnych rozmiarów obiektu bujają się na wietrze drzewa, pachnie igliwiem, słychać świergot ptaków. Generalnie – sielska atmosfera. Niech to jednak nikogo nie zwiedzie. To nie jest żaden Stumilowy Las, w którym beztrosko sobie brykają Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem. Prędzej jakaś ponura, ziejąca ciemnością knieja – jeśli raz do niej wejdziesz, wystarczy jeden fałszywy ruch i nic już nie będzie takie samo jak przedtem… 

… Brzmi to jak zapowiedź horroru klasy C, opowiadającego krwawe perypetie grupy amerykańskich studentów, która feralnym zbiegiem okoliczności rozbiła wakacyjne obozowisko w bliskim sąsiedztwie leśnej dziupli, będącej schronieniem psychopatycznego mordercy. Zanim jednak zbagatelizujemy mroczny anturaż, spójrzmy na losy poczciwego Mariusza Lewandowskiego. Jego Zagłębie Lubin zawitało do Morąga mając na koncie szesnaście punktów w lidze. Zajmowało wysoką lokatę w tabeli ekstraklasy, dopiero co w sensacyjnym stylu zatriumfowało w derbach nad Śląskiem Wrocław i rozegrało wspaniałą, choć remisową batalię z Lechią Gdańsk.

Lubinianie mogli ambitnie i z podniesionym czołem spoglądać w przyszłość. Tymczasem minął zaledwie miesiąc od nieszczęsnej potyczki z trzecioligowcem, a Lewandowskiego nie ma już w zespole „Miedziowych”, który poprawił ostatnio swój dorobek punktowy ledwie o jedno oczko. Szkoleniowiec wyleciał z roboty na kopach, okryty niesławą. Zaś Zagłębie z tygodnia na tydzień coraz głębiej pogrąża się w odmętach kryzysu.

Jednak Zbigniewowi Smółce dreszcz przerażenia po plecach raczej nie przebiegł:

– Moim zdaniem trener Lewandowski przed meczem z Huraganem notował bardzo dobre wyniki – skomentował szkoleniowiec Arki. – Być może wystawił na mecz pucharowy zawodników rezerwowych, ale kadra Zagłębia Lubin jest przecież szeroka, liczy przeszło dwudziestu graczy. Trener ma prawo postawić na inne nazwiska niż zwykle, a obowiązkiem tych piłkarzy jest, bez względu na okoliczności, wygrać spotkanie. Jeżeli nie zrobili wszystkiego co w ich mocy i doprowadzili w ten sposób do zmiany trenera, to powinni się za siebie wstydzić.

– Moim zdaniem w żadnym meczu Pucharu Polski nie można wskazać faworyta. Taka jest specyfika tych rozgrywek. Ja sam pracowałem wiele lat w niższych ligach, zatem dobrze wiem, co te mecze z drużynami z ekstraklasy znaczą dla lokalnych społeczności i dla mniejszych klubów. Byłem trenerem w Kluczborku, wtedy my również wyeliminowaliśmy Zagłębie z Pucharu Polski. Wystarczy jedno przypadkowe kopnięcie, piłka gdzieś podskoczy i robi się nieciekawie – dodawał trener.

20181030_115408

Szatnie na obiekcie Huragana.

20181030_123101

Rozgrzewka Arki, na pierwszym planie Kacper Krzepisz, który – swoją drogą – rozegrał bardzo fajny mecz.

Jak można łatwo z powyższych wypowiedzi wywnioskować – dowódca żółto-niebieskiej armii przybył do Morąga w nastroju bojowym, z zachowaniem stuprocentowej koncentracji. Sam zresztą nieźle zamieszał w składzie, ani trochę się nie przejmując kiepskimi doświadczeniami „Miedziowych”. Bez obaw o powtórzenie ich kompromitacji. Najmocniej wyeksploatowanych sezonem zawodników (o ile wypada takich terminów używać w październiku) – Janoty, Zarandii, Jankowskiego, Kolewa, Marciniaka czy Steinborsa – Smółka w ogóle nie zabrał ze sobą na autokarową wyprawę. Postawił przede wszystkim na tych piłkarzy, którym ostatnio brakowało minut spędzonych na boisku. Tych, którzy mogli sobie coś pucharowym występem wywalczyć, coś udowodnić.

Jednak znalazło się w wyjściowej jedenastce na mecz z Huraganem parę nazwisk, które widniały również w programie meczowym Derbów Trójmiasta.

– Kilku zawodników potrzebowało dzisiejszego występu. Przegraliśmy w Gdańsku i nigdy o tym nie zapomnimy. Ani jutro, ani za miesiąc, ani za dwa lata. Ta porażka w Derbach Trójmiasta bardzo nas zabolała – mówił Smółka. On sam też ma olbrzymią żabę do strawienia, bo rzucił pod adresem lokalnego rywala kilka zbędnych, prowokacyjnych uwag. – Dlatego dla niektórych chłopaków było ważne, żeby już dzisiaj wyjść na boisko. Przede wszystkim dla Tadzia Sochy. Nie boimy się gry co trzy dni, jesteśmy na to przygotowani.

*

Natomiast przygotowania do pucharowego starcia z Arką trwały na stadionie położonym przy ulicy Żeromskiego w atmosferze, nazwijmy to, dość gorączkowej. Widać, że działacze klubu rzadko spotykają się z aż takim zainteresowaniem i frekwencją, dlatego co i rusz można było się na nich natknąć w rozmaitych lokacjach. Tak – organizatorzy wszystkie szczegóły imprezy dopinali na ostatni guzik z należytą pieczołowitością, ale i w aurze ogólnego rozgardiaszu. A to ustalali z oddziałami policji, które miejsca mają obstawić. A to opieprzali chłopców z dziecięcej eskorty, że szwendają się nie tam gdzie trzeba. A to dyrygowali stewardami, a to koordynowali sprzedaż wejściówek (ulgowe po dychu, normalne dwie dyszki – kilkanaście osób się nie szarpnęło i obserwowało starcie zza płotu oraz z okien okolicznych domów), a to kierowali gości na odpowiednie miejsca parkingowe.

Rowery – pod płot. Auta na blachach trójmiejskich – w prawo, pod las. Olsztyńskich – w lewo, za szatnie. Albo na odwrót.

20181030_125437

Widzowie zaczęli się gromadzić jakieś pół godziny przed pierwszym gwizdkiem arbitra. Część przychodziła dopiero w trakcie meczu, po pracy albo po lekcjach.

20181030_123236

Artystycznie uchwycona na pierwszym planie chorągiewka, w tle rozgrzewka i jedyna trybuna na obiekcie w Morągu.

Niemniej, atmosfera lokalnego święta w Morągu zdecydowanie rzucała się w oczy. Wspominał o niej obeznany w tego rodzaju klimatach Zbigniew Smółka i miał całkowitą rację. Widać było, że na stadion ściągnęli mieszkańcy, którzy na co dzień niekoniecznie tam zaglądają i nie na każdym trzecioligowym starciu dopingują Kaczkan Huragan. Niewielu widzów miało na sobie elementy związane z klubowymi barwami, choćby szaliki. Po prostu – o drużynie zrobiło się głośno, więc ludzie się tłumnie zeszli, żeby sobie na bohaterów starcia z Zagłębiem popatrzeć i pościskać kciuki za kolejną niespodziankę. Aczkolwiek poważnych, piłkarskich debat też na trybunie nie brakowało i to niekoniecznie toczonych na temat ostatniego starcia gospodarzy z Ruchem Wysokie Mazowieckie.

– Casemiro powiedział w wywiadzie pomeczowym, że to nie jest wina trenera. Winę ponoszą indywidualnie wszyscy zawodnicy! – zacietrzewiał się jeden z mieszkańców Morąga, stając w obronie zwolnionego z Realu Madryt trenera. Jego kumpel dowodził natomiast, że Julen Lopetegui wyleciał o wiele za późno, a w zasadzie to nie należało go w ogóle zatrudniać.

Żeby dopełnić atmosfery swojskiego festynu zabrakło tylko ładnej pogody i stoiska z kiełbaskami. Ale i tak było bardzo sympatycznie i bardzo bezpiecznie – rzesza ochroniarzy, strażników miejskich i policjantów robiła spore wrażenie, zwłaszcza na dzieciakach. Malcy wytrzeszczali oczy na tabuny stróżów prawa znacznie chętniej niż na piłkarskie zmagania.

*

Zanosiło się początkowo, że zawodnicy Arki dość szybko zepsują mieszkańcom Morąga imprezę, bo weszli w mecz z niesłychanym przytupem. Już po dziesięciu minutach gry wykorzystali kompletne zagubienie gospodarzy we własnej szesnastce i wywalczyli sobie rzut karny, którego na gola nie zdołał jednak zamienić Goran Cvijanović. Słoweniec pieprznął tak mocno, że aż zatrzęsła się banda reklamowa. Beznadziejnie wykonana jedenastka miała być jednak dopiero zwiastunem męczarni, na jakie Arka naraziła swoich sympatyków.

Pojawiła się ich zresztą na stadionie w Morągu całkiem niezła grupka. Organizacją dopingu zdecydowanie deklasowali gospodarzy, chociaż nie wznosili się na wyżyny kreatywności, jeżeli chodzi o repertuar przyśpiewek. Jednak sympatycy Huragana prezentowali się pod tym względem jeszcze mniej ciekawie, bo najlepiej wychodziło im wyśpiewywanie: „Co to jest za drużyna…”. Chociaż – całe szczęście – trochę pozytywnego dopingu pod adresem czerwono-czarnych również się pojawiło.

Podopieczni charyzmatycznego, szorstkiego w obyciu trenera Czesława Żukowskiego zdecydowanie na to zasługiwali – stanowią naprawdę umiejętnie poukładany zespół. Zresztą, trener Żukowski zawędrował swego czasu do 1/16 Pucharu Polski z innym trzecioligowcem z regionu, Sokołem Ostróda. Wówczas poległ w starciu z Jagiellonią. I to z kretesem, bo aż 1:8.

Wczoraj o takiej różnicy klas mowy być nie mogło. Arka za cienka w uszach, Huragan zbyt solidny.

20181030_125733

Elegancka otoczka musi zostać zachowana, Puchar Polski to jednak pewien prestiż.

20181030_130850

Loża VIP. – I jaka jest niby różnica między trzecią ligą, a ekstraklasą? – pytał retorycznie jeden z jej gości na widok kolejnego koślawego rozegrania arkowców.

Z racji na brak ogłuszającego dopingu z obu stron, była przynajmniej doskonała okazja, żeby przysłuchać się trenerom. I – trzeba przyznać – momentami obserwowanie, w jaki sposób czyta mecz Smółka było znacznie ciekawsze, niż oglądanie wątpliwej jakości popisów jego podopiecznych. Szkoleniowiec żółto-niebieskich to zdecydowanie nie jest jeden z tych fachowców, którzy polecenia kierowane w stronę zawodników ograniczają do: „gaz”, „wyjazd” i „plecy masz”.

Smółka mecz zaczął w umiarkowanie pogodnym nastroju. Na lekkiej spince, ale bez przesady – nawet spartaczony rzut karny nie wyprowadził go na dłużej z równowagi. Ponieważ, co dla tego trenera bardzo charakterystyczne, nie drażnią go raczej tego rodzaju pomyłki. Przestrzelona jedenastka, przeciągnięte podanie górą, zmarnowana setka – bierze to na klatę, czasem chwali za pomysł, czasem mruknie coś do siebie z niezadowoleniem. Tak czy owak, zachowuje spokój. Co go natomiast doprowadza do szewskiej pasji, to na pewno błędy w ustawieniu.

Karola Danielaka w pierwszej połowie prowadził wręcz na sznurku. Sterował 27-letnim zawodnikiem jak juniorem, monitorował każdy jego ruch.

– Podejdź do mnie, do mnie, do mnie, bliżej do mnie – apelował co kilka chwil do Karola, niestrudzenie domagając się rozciągania pola gry przez swoich podopiecznych. Rąbanka na małej przestrzeni była z korzyścią dla gospodarzy. Akcje skrzydłami rozsadzały natomiast ich szyki obronne. Tymczasem Danielak nieustannie dryfował w kierunku środkowej strefy, gdzie jego przydatność dla zespołu spadała niemal do zera. Co zdecydowanie podnosiło ciśnienie trenerowi. Im dłużej utrzymywał się na tablicy wynik bezbramkowy, tym bardziej rozdrażniony był ex-szkoleniowiec Stali Mielec.

– Teraz się ustaw centralnie – zmienił nagle front Smółka w okolicach czterdziestej minuty. – On nie wie, jak się przesunąć w strefie – podbródkiem wskazał na obrońcę z Morąga. – Zaskoczysz go w ten sposób, przesuń się do środka.

Plan jak najbardziej wypalił, defensor w czerwono-czarnym trykocie faktycznie zgubił krycie przy stałym fragmencie gry, stracił nad Danielakiem kontrolę. Gdyby dośrodkowanie – bodajże Młyńskiego – okazało się bardziej precyzyjne, być może nominalny lewy obrońca Arki już w pierwszej połowie wyprowadziłby gdynian na prowadzenie. I oszczędził trenerowi sporo nerwów, bo o ile do przerwy Smółka był lekko zdegustowany postawą swoich podopiecznych, o tyle w drugiej połowie zupełnie się grą zespołu zniesmaczył.

– Nie no, będziemy teraz rzuty wolne walić z połowy boiska? – załamał ręce na widok przygotowywanego przez żółto-niebieskich dośrodkowania i zasiadł na pojemniku z napojami w stylu Marcelo Bielsy. Ale na szczęście nie oparzył sobie tyłka, z czego zasłynął niegdyś argentyński filozof futbolu.

– Błagam Cię, Tadziu, rozciągnij to. Na stojąco dzisiaj nie wygramy – grzmiał w stronę Sochy, który czekał w miejscu na odegranie, zamiast ruszyć z akcją skrzydłem.

– Co to ma być za ustawienie? Jak my stoimy? Nie wiem co to ma znaczyć. Co oni wyprawiają? – rzucał kolejne retoryczne pytania w kierunku ławki rezerwowych, okraszając je niekiedy słownictwem dalece nieparlamentarnym.

20181030_130952

Zmarnowany rzut karny.

20181030_130154

Smółka w ferworze meczowym. Jego partnerzy ze sztabu wściekali się notorycznie na arbitra, pierwszy trener koncentrował się raczej na piłkarskich aspektach.

Największe cięgi zbierali od trenera Sołdecki i Cvijanović. Ten pierwszy między innymi za „gubienie krycia we własnej strefie” i wychodzenie spod pressingu poprzez długie podania, ten drugi za całokształt twórczości. – Łosiu, przebieraj się szybciej – krzyczał Smółka w stronę Jana Łosia, przygotowywanego na zmianę dla Słoweńca. – Nawet bez butów możesz wejść. Do tego stopnia się trenerowi paliło, żeby wreszcie się Gorana z boiska pozbyć.

Abstrahując jednak od personalnych nagan czy pochwał – a kilku doczekali się w trakcie meczu Deja, Aankour czy Młyński – pięknie można z meczowych reakcji Smółki wydestylować jego sposób myślenia i pomysł na piłkę. Szkoleniowiec Arki naprawdę nie potrafi zdzierżyć prostackiego pałowania dłuższych zagrań na połowę przeciwnika, wzbudza w nim oburzenie każda strata piłki w środkowej strefie, która wynika ze zbyt długiego jej holowania. Arka ma grać szybko, po ziemi i – przede wszystkim – szeroko, z wykorzystaniem pełnej przestrzeni boiska. Przeciwnicy mają ganiać za futbolówką, arkowcy mają ich do tego prowokować i umiejętnie posyłać piłkę w wolne sektory.

Jeśli tego nie robią szkoleniowiec pozostaje niepocieszony, niezależnie od wyniku. – Zawału można dostać. Suchej nitki na nich, kurwa, na analizie nie zostawię – warknął po końcowym gwizdku sędziego, zbijając piątki z resztą ekipy.

*

– Rzeczywiście, w drugiej połowie się trochę zirytowałem – przyznał trener Arki, już spokojny, po zakończeniu spotkania. – Mieliśmy rozciągać grę do boków, nie robiliśmy tego. Ale my tak naprawdę podczas meczu koncentrujemy się na prowadzeniu drużyny, a nie na ocenie czyjejś gry. Dopiero po kilku analizach występów poszczególnych piłkarzy będę wiedział, kto jak się spisał.

Gościom na pewno nie pomagało również grząskie boisko, na którym futbolówka płatała rozmaite figle. Na takiej płycie trudno grać mecz w stylu preferowanym przez Smółkę – technicznie, po ziemi, z finezją. Nędznej jakości murawa na stadionie przy ulicy Żeromskiego foruje zespołu lubujące się w dośrodkowaniach z głębi pola. Huragan o kilka takowych się pokusił i kolejna sensacja wisiała w powietrzu. Kilka razy sztab Arki naprawdę struchlał. Najwięcej strachu napędził gdynianom występujący z numerem dziewięć Brazylijczyk, Joao Augusto. Prezentował poziom co najmniej pierwszoligowy.

Jakakolwiek by jednak murawa w Morągu nie była, do takiego bałaganu w defensywie żółto-niebiescy nie powinni byli w ostatnich minutach dopuścić. Zabrakło im spokoju, umiejętnego poklepania piłki. Smółka ma jeszcze mnóstwo pracy do wykonania, żeby jego filozofia zaczęła w Arce funkcjonować bez zarzutu.

20181030_135341

Piłkarze musieli zadbać o porządne wkręty.

20181030_131908

Kontuzjowany na początku spotkania Arkadiusz Mroczkowski. Zmianę „zamłynkował” jeszcze zanim osunął się na murawę i zawył z bólu.

– Zdajemy sobie sprawę, że nasza murawa niespecjalnie nadaje się do gry w piłkę nożną – uczciwie oświadczył Piotr Łysiak, pomocnik gospodarzy. – Mnie nigdy nie było dane na poziomie ekstraklasy zagrać, więc ciężko mi oceniać różnicę poziomów między nami, a piłkarzami Arki czy Zagłębia. Im na pewno bardziej przeszkadzały warunki panujące na boisku. Wydaje mi się, że te mecze były do siebie dość podobne. Walczyliśmy, stworzyliśmy sobie kilka okazji do zdobycia gola. Z tą różnicą, że wtedy coś wpadło do siatki, a teraz nie.

– Odniosłem wrażenie, że podejście piłkarzy Arki do tego spotkania było inne, niż w przypadku zawodników Zagłębia. Nie wydaje mi się, żeby nas zlekceważyli – dodał Łysiak. – Dla nas dzisiejsza porażka to na pewno rozczarowanie i koniec pięknej przygody. To było niesamowite uczucie, zagrać dla tylu kibiców, przy takiej atmosferze w całym mieście. Wiadomo, że na spotkania trzeciej ligi aż tylu widzów nie przychodzi. Cieszymy się, że mieliśmy okazję zagrać aż z dwiema drużynami z najwyższego poziomu w Polsce. I trochę szkoda, że gol dla Arki wpadł akurat w takich okolicznościach. Kilka lepszych sytuacji zmarnowali, a bramką wpadła trochę z przypadku.

Trafienie na wagę awansu i zwycięstwa 1:0 zapisał na swoim koncie siedemnastoletni Mateusz Młyński. Wykorzystał podbramkowe zamieszanie i szczęśliwy rykoszet. To już kolejny fajny akcent z jego strony w tym sezonie, ale trudno powiedzieć, żeby ten gol miał wywrócić do góry nogami hierarchię w zespole Smółki. Młyński wyróżniał się na tle niemrawych partnerów, jasne, jednak nie zagrał aż tak olśniewająco, żeby szurnąć z wyjściowej jedenastki jednego z jej stałych bywalców.

*

To by było na tyle, jeżeli chodzi o Puchar Polski w malowniczym Morągu. Cichym, spokojnym, fajnym miasteczku, które miało swoje pięć minut na piłkarskim świeczniku, a teraz musi powrócić do szarej rzeczywistości. Czyli – trzecioligowej naparzanki. Widzowie docenili jednakowoż ambitną walkę i dzielną postawę gospodarzy, chętnie zbijali z zawodnikami piątki i gratulowali, pomimo niekorzystnego wyniku. Golkiper Huragana, Mateusz Lawrenc, doczekał się nawet prośby o autograf od jednego z najmłodszych fanów. To są zawsze sympatyczne, urocze scenki.

Arka? Jest awans, czyli krok w stronę – jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie zabrzmiało – trzeciego z rzędu finału Pucharu Polski. Powodów do świętowania jednak zawodnicy żółto-niebieskich nie mają zbyt wielu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę nadchodzącą analizę spotkania, zapowiadaną w ostrych słowach przez Zbigniewa Smółkę.

20181030_133923

20181030_134131

20181030_123353

Michał Kołkowski

KOMENTARZE (4)