Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Kibice Cracovii – o ile słowo „kibice” jest właściwe, ale dla ułatwienia uznajmy, że niestety tak – zamanifestowali, że najbardziej by im się podobał klub bez Janusza Filipiaka, jego ludzi i jego Comarchu. Nawet znaleźli jednego umyślnego, który sklecił coś na kształt manifestu i wyliczył mierne osiągnięcia „Pasów” przez ostatnie 15 lat.

W skrócie – Cracovia nic nie wygrała, jak wdrapała się na czwarte miejsce w lidze to był jej sufit. A więc z tym całym Comarchem to gówno, a nie futbol i – to logiczne przecież? – może warto byłoby spróbować bez Comarchu.

Niestety, autor zapomniał o wyliczance, jak to dobrze „Pasom” szło zanim Filipiak objął stery. A skoro on zapomniał, to ja przypomnę te 15 wcześniejszych sezonów:

2002/03 – III liga
2001/02 – III liga
2000/01 – III liga
1999/00 – III liga
1998/99 – III liga
1997/98 – II liga
1996/97 – II liga
1995/96 – II liga
1994/95 – III liga
1993/94 – III liga
1992/93 – III liga
1991/92 – II liga
1990/91 – III liga
1989/90 – III liga
1988/89 – III liga

Jeśli więc ktoś zestawi 15 sezonów Filipiaka i powie: „ej, tylko czwarte miejsce?”, to znaczy, że mamy jedynie dwie możliwości:

Pierwsza, że głupi.
A druga, że manipulant.

No, przepraszam, jest jeszcze trzecia – głupi manipulant.

Janusz Filipiak zarobił w życiu wielkie pieniądze, z których część wpompował w podupadającą albo wręcz upadłą Cracovię. Znowu zrobił z niej klub poważny. Nie najpoważniejszy w Polsce, ale chociaż klub szczebla centralnego, a docelowo – klub ekstraklasy, który w dodatku nie ma wielkich problemów, by się w niej utrzymać. To już nie jest marka wymieniana obok Szombierek Bytom, czyli „było coś takiego”. Ale czy ja to naprawdę muszę tłumaczyć? Autorzy krakowskiego manifestu albo to wiedzą, ale udają, że jest inaczej, albo nie wiedzą, bo nie rozumieją otaczającego ich świata, więc tego tekstu nie zrozumieją tym bardziej.

W każdym razie mógł Filipiak kupić sobie sto różnych zabawek, można nawet uzbierałoby się na całkiem fajnego jeta, ale wszedł w Cracovię.

I tu pojawia się jedno z najważniejszych pytań w polskiej piłce – co mu to dało? Co bogatym ludziom daje wejście w futbol? W jakim celu mieliby inwestować swoje pieniądze w kluby piłkarskie? Czym chcemy zachęcić ludzi posiadających kapitał?

Jeśli jesteś naprawdę bogatym człowiekiem, futbol dzisiaj da ci:
– rozpoznawalność
– tymczasową frajdę

Zarabianie pieniędzy bywa nudne, a futbol nudny nie jest. Wstajesz rano i masz co robić, poza tym, co robić musisz. Aplikujesz sobie codzienny dopływ adrenaliny – to właśnie definiuję jako tymczasową frajdę. Ale oprócz tego, dostajesz również:
– niewdzięczność
– obcowanie z idiotami
– narażanie się
– wieczne pretensje
– frustrację
– sowite rachunki do zapłacenia

Kiedyś Radosław Osuch powiedział mi: – Kiedy w Hiszpanii prezydent klubu wchodzi na stadion, ludzie biją brawo, chcą podejść, uścisnąć rękę. A co masz w Polsce?

No właśnie – co masz w Polsce? Siadanie do stołu z ludźmi, z którymi w żadnym innym życiowym wariancie przy jednym stole byś nie usiadł, bo po prostu nie są z twojego świata. Multimilioner, właściciel ogromnej firmy, musi liczyć się ze zdaniem chłopaka, który po prostu zawsze najlepiej bił się na osiedlu i zebrał jeszcze kolegów, którzy też dobrze się bili. Z jakiegoś powodu stają się równi sobie, prowadzą negocjacje. Zależnie od klubu, dajesz tym chłopakom zarabiać na cateringu (czyli cię okradają, to ty powinieneś zarabiać na cateringu), pamiątkach (czyli cię okradają, to ty powinieneś zarabiać na pamiątkach), ochronie (czyli cię okradają, to ty powinieneś decydować o ochronie). Idziesz na zgniłe kompromisy, które mają ci zapewnić święty spokój. Oczywiście na dłuższą metę niczego nie zapewniają.

Dajesz kasę, ale z czasem jesteś chujem, w dodatku skąpym, no i głupim, nieudolnym. Mógłbyś jeszcze na jakiś czas przestać być chujem, gdybyś dał więcej niż dawałeś, ale nie na klub, tylko na kibiców. Jest przecież w ekstraklasie prezes, który regularnie płaci najważniejszym kibicom, aby mieć spokój i przez jakiś czas działało, ale potem przestało: i już chujem wedle trybun jest (a przynajmniej był pod koniec poprzedniego sezonu). Może cena poszła w górę.

Dzisiaj bogaty człowiek zanim wejdzie w piłkę zastanowi się, czy chce siadać do stołu z kumplami z Polskiej Rady Biznesu, czy z Sebkami z pobliskiego osiedla, którzy niekoniecznie mają maturę, ale na pewno mają roszczenia. Czy chce sponsorować kogoś, kto mu za to grzecznie podziękuje – dajmy na to, kolarza – czy może klub, który za moment będzie codziennie ciężką kulą u nogi. Dzisiaj w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” Janusz Filipiak mówi: – Nie wiem, czy to jest jasne dla kibiców, ale proszę zwrócić uwagę, że nie ma teraz żadnego polskiego przedsiębiorstwa prywatnego, które chce łożyć na futbol. Jeśli weźmiemy Lecha czy Legię, tam nie ma kogoś, kto dokłada, te kluby, żyją z tego, co zarobią. Comarch jest jedyną firmą, która dokłada tyle, ile uważamy za potrzebne. W tym stanie organizacyjnym, w jakim jest polska piłka, nie będziemy przeinwestowywać. Poza tym nami nikt inny nie daje pieniędzy. Dają jedynie gminy i przedsiębiorstwa państwowe. Nie ma takiego drugiego państwa w Europie, gdzie samorządy miast i przedsiębiorstwa państwowe dają na piłkę nożną. To jest relikt komunizmu w Polsce i to jest jeden z większych problemów.

Prawda? Prawda.

A co z tym zrobić? Znowu Filipiak:

– Przydałoby się, żeby wszyscy prezesi klubów, solidarnie nie akceptowali tych kiboli. My w Cracovii ich nie akceptujemy, mamy z tym problem od dawna. Wyrazem naszego protestu jako zarządu, było zamknięcie trybuny po tych nieszczęsnych wydarzeniach w meczu z Wisłą. Powiem szczerze, czego ja się boję. Załóżmy, że Cracovia zacznie wygrywać, bo zaczniemy, będziemy walczyć o wyższe cele i dojdziemy do europejskich pucharów. I pojawia się sytuacja, jak to miało w Legii wiele razy, że kibole w meczach międzynarodowych zachowują się tragicznie. I tego chciałbym uniknąć, bo wtedy wszystko traci sens. I to wyjaśnia, dlaczego duże firmy prywatne, polskie czy międzynarodowe, nie chcą sponsorować piłki. Wyłożysz dużą kasę, dochodzisz do gry o jakąś Ligę Mistrzów i potem kibole niweczą cały ten wysiłek. Jaki jest więc sens wykładania niemałych przecież pieniędzy?

– Jeżeli chodzi o Cracovię, to możemy rozważać zamknięcie trybuny D. I wyraźnie chcę powiedzieć, że to nie jest problem mojego ego. Jest to natomiast problem taki, że my przez cały mecz mamy antydoping. A potem piłkarze z nieznanych mi przyczyn muszą iść i podziękować kibolom. Bo taka jest tradycja. Na wszystkich stadionach zawodnicy czy wygrają, czy przegrają muszą iść i podziękować kibolom. Kibolom proszę pana, nie kibicom.

– Ja bym się skłaniał raczej do wyrzucenia kiboli. I jesteśmy bliscy tej decyzji. Z ekonomicznego punktu widzenia ich obecność nie ma uzasadnienia. Gdy jest 200 kiboli płacących po 15 złotych, to w sumie daje to trzy tysiące złotych. Koszt organizacji meczu to 100 tysięcy. Jaki mandat mają kibole, żeby domagać się podziękowań od zawodników? A frekwencja? Odwrócę tę kwestię. Polska piłka będzie miała z nią coraz większy problem. Kto będzie chciał przyjść na mecz, gdy kontrola jest tak restrykcyjna, a na większości spotkań jest atmosfera stanu wyjątkowego? Kto chce wchodzić w takie klimaty? Ludzie chcą przeżyć miłe popołudnie, a nie ryzykować udział w zamieszkach.

– Mówię otwarcie: zawsze, gdy Cracovia przegrywa, dochodzi do próby przejęcie władzy przez kiboli. To już kolejny raz.

– Jest kwestia, kto ocenia. Mieliśmy 150-200 kibiców, przepraszam – kiboli, i nie bardzo biorę do siebie ocenę moich działań przez tę grupę ludzi.

– Mniejsza o to, my mówimy teraz o bardzo poważnych sprawach. Jeśli pan spojrzy na to, co dzieje się w polskiej piłce, to mamy grupy kibolskie, które chcą zawładnąć klubami. To nie jest tylko kwestia Wisły. U nas jest to samo. Podstawowe przesłanie kiboli jest takie, że „Filipiak daj kasę, a my mianujemy sobie prezesa pasiaka”. Jeśli spojrzeć wstecz, zawsze gdy Cracovia była w dołku, to kibice zamiast dopingować zespół, przypuszczali ostry atak na zarząd i dochodziło do kolejnej próby przejęcia wpływów. To jest duży problem futbolu. Z jakichś powodów to przyjęło formy ekstremalne. Na Facebooku są kierowane w moją stronę groźby karalne, że np. spalą mi dom. Autor takiego wpisu nawet specjalnie się nie „szczypie”, nie ukrywa, łatwo go zidentyfikować. Co zresztą zrobiliśmy.

– My ciągle mamy problem z tymi demonami przeszłości plus dochodzą do tego zachowania kibolskie, które występują też w innych klubach. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo to widać. Widać w Legii, Lechu, gdzie kibole chcą wpływać na władze klubu i osiągać swoje cele, niezależnie od tego, jakie te cele są. Nie chcę ich w tej chwili nazywać. Nasi kibole chcą osiągnąć to samo. Nie jest mi łatwo o tym mówić w sytuacji, gdy pod moim adresem kierowane są groźby karalne w internecie, ale ktoś musi to powiedzieć na głos. W tej chwili problemem zarządów klubów jest walka ze zorganizowanymi środowiskami kibolskimi. I tej walki nie jesteśmy w stanie sami, jako zarządy klubów, wygrać. Tutaj jest potrzebna duża pomoc państwa. Te hasła, że to są jacyś narodowcy czy coś, ja tego nie kupuję i nie rozumiem. W całym tym głosie społecznym te grupy w sumie kilku tysięcy ludzi nie decydują o niczym, one tylko psują wizerunek.

I wreszcie pada najważniejsze zdanie: „Wiele osób składa mi wręcz wyrazy współczucia, że się za to wziąłem”.

Lista najbogatszych Polaków – czy ta z „Forbesa”, czy ta z „Wprost” – pełna jest byłych właścicieli klubów piłkarskich, a jednocześnie tych aktualnych to ze świecą na niej szukać. Z jakichś przyczyn bardzo wielu bardzo bogatych ludzi w pewnym momencie miało pomysł, by wejść w futbol, ale niemal w komplecie z tej inwestycji wyszli. Kiedy spotykają się na kolacjach przy butelkach wina po 5000 złotych, to wtedy właśnie jeden drugiemu mówi: „wyrazy współczucia, że to wziąłeś”. Krezusi ostrzegają się wzajemnie.

Najgorsze, że nie widać wyjścia z sytuacji. Kluby odcięte od prywatnych pieniędzy, dotowane są z publicznych. Zgniłe kompromisy pomiędzy właścicielami a kibolami w sensie prawnym są dobrowolne i co za tym idzie legalne. Uznać jakąś grupę za „non grata” – nie da się, bo ona nie przyjmie tego do wiadomości, a jeszcze zastraszać będzie tych, którzy dalej na mecze mają ochotę chodzić. No i sam się będziesz musiał bać. W jednym mieście przed nielubianym prezesem ostrzegano na plakatach rozwieszanych na jego osiedlu: „uwaga pedofil”.

Biznesowo futbol powoli staje się coraz atrakcyjniejszy. Ceny praw telewizyjnych idą w górę, ceny transferów również, da się wypracować model, w którym klub na siebie zarabia, albo za moment będzie się dało. Ale jest też ta czarna strona, o której powyżej…

Janusz Filipiak przez 15 lat rzeczywiście bywał nieudolny i wykonywał dziwne, mało logiczne ruchy. Od jakiegoś czasu jednak się opanował. Ale gdyby nawet zarzucano mu: – Hej, jesteś nieudolny, postaraj się bardziej, zatrudnij mądrzejszych ludzi… O, wtedy bym rozumiał, są to normalne żądania sfrustrowanego kibica, który ma prawo… nie mieć racji. Kiedy jednak ów kibic mówi „Filipiak won”, to sytuacja robi się niebezpieczna dla całego naszego futbolu. Czy się komuś podoba, czy nie, jest to jeden z najpoważniejszych biznesmenów, jaki kiedykolwiek nasza ekstraklasa miała po swojej stronie.

Po stokroć człowiek poważniejszy niż ci, którzy próbują go przegonić.

KRZYSZTOF STANOWSKI