Z jakimi wspomnieniami wróciliśmy z Kolumbii?
Weszło Extra

Z jakimi wspomnieniami wróciliśmy z Kolumbii?

Gdy kilka tygodni temu wróciłem z wojaży po Senegalu, Kolumbii i Japonii zorganizowanych we współpracy z firmą PKN Orlen, ludzie często pytali mnie: jak było w tych krajach? I o ile Japonia i Senegal były tak niejednoznaczne, że myślałem co odpowiedzieć, by zbyt bardzo nie minąć się z prawdą, o tyle przy Kolumbii szybko przychodziły do głowy dwa przymiotniki – wesoła i niebezpieczna. Bo tak właśnie było – czasem wesoło, czasem niebezpiecznie.

A często i tak, i tak.

Znajdujemy się po meczu Deportivo Cali. Stadion oddalony 25 kilometrów od miasta. Pytamy policję, gdzie można zamówić taksówkę, wszak nie ma tam ani autobusów, ani kolei. Ich reakcja na dość proste pytanie przerasta nasze jakiekolwiek oczekiwania.

– Oszaleliście?! – wykrzyczała policjantka i przejechała palcami po szyi dając nam jasny znak: taksówka może oznaczać wszystko. Nawet śmierć.

Po pierwsze nie wiadomo, do kogo wsiądziesz i gdzie ten ktoś cię wywiezie – a turysta znajdujący się 25 kilometrów od cywilizacji to nie najtrudniejszy cel. Po drugie, o co policjanci martwili się znacznie bardziej – nie wiadomo, czy do tej taksówki w ogóle dojdziesz. Na postój trzeba przejść bowiem pół kilometra w ciemności, a turysta idący przez pół kilometra w ciemności i znajdujący się 25 kilometrów od cywilizacji to cel wręcz bardzo łatwy.

Dyskutowaliśmy z policją, co zrobić, gdy podszedł do nas przypadkowy koleś i zaproponował, że zabierze nas na pace. Policja zareagowała z entuzjazmem wykrzykując, że jesteśmy uratowani i to świetny pomysł.

Takim sposobem – w deszczu, uciekając spod domniemanego topora i zatrzymując się po drodze, by popchać samochód – zaliczyłem swoją pierwszą w życiu podróż na pace.

Było niebezpiecznie? Było. A wesoło? Także. Jak widać – można połączyć te dwie rzeczy.

Taka jest Kolumbia. Idziesz na imprezę i jest bardzo fajnie (latynoskie imprezy – bueno!), ale wracając z niej natykasz się na gościa, który straszy cię nożem i fajnie już absolutnie nie jest. Kolumbia jest pozytywna, wesoła. Ludzie są otwarci, chcą się bawić, chcą byś się u nich dobrze czuł. Ale w tym kraju czyha o wiele więcej niebezpieczeństw, niż choćby w Europie. Idąc ulicą cały czas czujesz adrenalinę. Wiesz, że musisz być czujny, by nie skręcić w złą dzielnicę. By nie epatować telefonem. By markowe polówki zostawić w hotelu, a najlepiej w Polsce. By nie zakładać na rękę złotego zegarka, bo jeszcze ktoś wpadnie na pomysł, by ci tę rękę odrąbać.

Przy tym całym szambie, jakie widać na każdym kroku – przy ćpunach, mających wypisane całe życie na twarzach, przy prostytutkach, przy bezdomnych, którzy sprzedali nawet ostatni koc, przy fawelach pełnych rzezimieszków – można odnaleźć piękne miejsce.

I my takie odnaleźliśmy. Choćby podczas spotkania z Faustino Asprillą, który tak się przejął, że ma dla nas tylko jedną paczkę prezerwatyw własnej produkcji, że zaprosił nas do auta i w obstawie swojego ziomka pojechał z nami do sklepu, łamiąc tym samym wszystkie przepisy, jakie można było złamać i zbijając sobie na skrzyżowaniu piątkę z policjantami. Goszcząc u Manuela Arboledy, który pokazywał nam, że większość elementów dekoracji z jego apartamentu pochodzi z Polski. Odwiedzając radio i telewizję, w których pracuje przepiękna dziennikarka, Marina Granziera. Wchodząc na środek boiska podczas treningu Envigado FC, pierwszego klubu Jamesa, gdzie zaprosił nas jego pierwszy trener. Podążając szlakiem Pablo Escobara – wizytując jego grób, pozostałości po La Catedral i rozmawiając z ludźmi, którzy uważają go wciąż za półboga i tych, których rodziny mordował.

Kolumbia to kraj niejednoznaczny, ale bardzo wdzięczny do opisania.

Na wesoło. I z klimatem grozy.

JB

***

Rozmowa z legendą kolumbijskiej piłki, Faustino Asprillą o…

– groźbach od karteli wysłuchiwanych podczas mistrzostw świata,

– zabójstwie kolegi z drużyny,

– hojnych prezentach od Pablo Escobara,

– produkcji własnych prezerwatyw.

Asprilla-głóna

CHCIAŁEM, BY MIELI MNIE ZA DOBREGO PIŁKARZA , A NIE HANDLARZA KOKAINĄ

Rozmowa z Manuelem Arboledą o…

– podróży z Warszawy do Lubina bez pieniędzy w samej koszulce i spodenkach,

– niewygasającej sympatii do Polski,

– wychowywaniu Roberta Lewandowskiego i innych reprezentantów Polski,

– biznesach, w których Manuelowi Arboledzie idzie bardzo prężnie.

Dlaczego uważa pan, ze odejście z Realu to najlepsza możliwa decyzja Jamesa Rodrigueza?

To trudny temat. Do momentu przyjścia do Realu James był liderem, sam zagrzewał innych do walki, tak w reprezentacji, jak i drużynach klubowych. W Madrycie tym liderem jednak bezsprzecznie jest Cristiano Ronaldo, który czasami traktuje innych zawodników jak gówno.

Jak gówno?

Tak, jak gówno. Dobrze słyszycie, a co najgorsze James teraz to samo zaczyna robić w reprezentacji w stosunku do swoich kolegów. To są złe nawyki, których nauczył się w Realu grając u boku Cristiano i musi się ich jak najszybciej oduczyć. Dlatego bardzo się ciesze, ze rok przed mundialem zdecydował się odejść. Widać, ze odzyskał świeżość. No i gra z najlepszą dziewiątką na świecie, bo za taką uważam Roberta Lewandowskiego. Prawdziwy crack.

to7Z6FIg

 

ŻONIE NIE PODOBA SIĘ, ŻE ŚPIEWAM POLSKI HYMN. ALE JA KOCHAM TEN KRAJ!

Wywiad z piękną dziennikarką pracującą w Kolumbii, Mariną Granzierą, o…

– tym, czy kobiecie w piłce jest łatwiej i jak często podrywają piłkarze,

– problemach, jakich zagranicznym dziennikarzom przysparzają polskie nazwiska,

– Kolumbijczykach, którzy podczas mundialu bawią się tak grubo, że aż… przypłacają to życiem,

– mocnych stronach i bolączkach reprezentacji.

Przeszkadzało to na początku?

Tak. W Polsce ludzie nie są tak otwarci. Wiadomo, że ostatnio dużo się zmieniło. To już wiele lat od wejścia do Unii, a w Europie musisz być otwarty.

Jesteśmy tolerancyjni? 

Nie bardzo.

A jesteśmy rasistami? 

Rasista to duże słowo, choć wiadomo, że miałem tego typu problemy. Rasistą był nawet mój prezes w Zagłębiu.

Potem podał pana za podobne słowa do sądu i musiał pan mu zapłacić 65 tysięcy.

Ja? Nieeee!

Nie zapłacił pan prezesowi?

Nie! Nigdy!

Tz2KJFp

WOCIEK CZEZNY? BLAZYCYKOSKI? WASZ JĘZYK JEST STRASZNY!

Reportaż o Envigado FC, czyli klubie, z którego wywodzi się James Rodriguez. Sprawdziliśmy…

– jak wspomina go po latach jeden z jego pierwszych trenerów,

– jak wygląda atmosfera na meczu,

– dlaczego rozmawianie o powiązanym z Escobarem menedżerem klubu to zły pomysł,

– jak wygląda trening zespołu z kolumbijskiej ekstraklasy.

Wypowiesz nazwisko naszego bramkarza z Juventusu Turyn?

Wociek Czezny. Jakoś tak, ale to niesprawiedliwe, bo zaczęliście od razu od najtrudniejszego!

Spróbuj zatem naszego skrzydłowego, który ma przeszłość w Borussii Dortmund. 

Mówicie o Blazycykoskim czy Pićku? Te nie są aż takie trudne. Czezny to inny poziom. Gdy patrzę na jego nazwisko, zastanawiam się: co to w ogóle jest? Dużo jakichś dziwnych liter. Łapiesz się tylko za głowę, lecz gdy zaczynasz wymawiać okazuje się, że da się to zrobić.

Z4Ny8uq

O MIEJSCU, KTÓRE WYCHOWAŁO JAMESA RODRIGUEZA

Reportaż o śladach, jakie pozostawił po sobie Pablo Escobar, w którym…

– odwiedzamy jego grób i La Catedral,

– idziemy na mecz klubu, który wspierał, Atletico National, gdzie rozmawiamy z liderem kibiców,

– odwiedzamy fawelę, którą wybudował dla 400 bezdomnych rodzin,

– rozmawiamy z ludźmi, którzy dla niego pracowali i tymi, których rodziny zabijał.

– Panowie, będzie problem. Bo, wiecie… Spytaliście o to… O co się nie pyta…
– O co?
– No wiecie… O…
– O Gustavo Lopeza?
– Cicho! Nie mówcie tego tak głośno! Tego nazwiska się tu nie wypowiada!!!

Rzecznik prasowy, Sebastian, oczekuje od nas, że skasujemy część nagrania dotyczącą gangstera i dopiero wtedy pokaże nam pamiątki. Oczywiście nie możemy się na to zgodzić, więc… wyprasza nas z klubu. Kolumbijczycy wypierają się za wszelką cenę wszelkich powiązań z narkobiznesem, na zasadzie tego złodzieja, którego łapią za rękę, a ten mówi, że to nie jego ręka. Wypytywanie Kolumbijczyków o przeszłość to wbijanie szpilki w najczulszy punkt i najkrótsza droga, by ich do siebie zrazić.

JWyAccsg

SREBRO ALBO OŁÓW. ŚLADAMI PABLO ESCOBARA

– Nie żałuje pan, że uczestniczył w tym gównie? 

– Nie. Parę razy zgłosił się do mnie rząd Stanów Zjednoczonych, który proponował mi nawet 2,7 miliona dolarów za wydanie Pablo. Gdybym żałował, przystałbym na to. Nie żałowałem wtedy, nie żałuję i dziś.

– I nie chciał pan go wydać za taką kasę? 

– Nigdy mi to nawet przez myśl nie przeszło. Jak mógłbym zawieść lojalność swojego wzoru? Kim wtedy byłbym? Jak patrzył w lustro? Dziś patrzę w swoje oczy i widzę człowieka, który ma czyste sumienie. Pamiętajcie: no cocaine, no cocaine! W Kolumbii tylko dziewczyny – kończy swoją opowieść.

Dziś jest busiarzem. Zarabia marne pieniądze, a mógł przytulić trzy bańki i dostać azyl na jakiejś tropikalnej wyspie.

Dobrze jednak znał możliwości Pablo. Doskonale wiedział, że ten byłby zdolny nie tyle odnaleźć go na tej wyspie i zabić, co wysadzić ją całą w powietrze.

Vitay_Senegal

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Uśmiech Koali

To prezenterka z Teleexpressu ma kolumbijskie pochodzenie? 😉

wpDiscuz