Nie tylko Tomasiak. Niespodziewani medaliści zimowych igrzysk z Polski

Sebastian Warzecha

10 lutego 2026, 13:56 • 10 min czytania 1

Nie tylko Tomasiak. Niespodziewani medaliści zimowych igrzysk z Polski

Kacper Tomasiak zdobył wczoraj 24. medal dla reprezentacji Polski na zimowych igrzyskach olimpijskich. Dla wielu to ogromna sensacja. Ale czy naprawdę? Przecież eksperci od kilku dni wieszczyli, że to może się zdarzyć. Postanowiliśmy przyjrzeć się całej naszej zimowej, olimpijskiej historii. I wytypować kilka największych niespodzianek. Jak prezentowałby się taki ranking? 

Reklama

Olimpijskie sensacje. Kto niespodziewanie zdobywał zimowe medale dla Polski?

5. Justyna Kowalczyk. Turyn 2006 – brąz

Cztery lata później po Justynie oczekiwano nawet kompletu złotych medali, ale do Turynu jechała w zupełnie innej roli: młodej zawodniczki, która niedługo wcześniej wróciła po krótkiej dyskwalifikacji za doping wynikający – jak sama mówiła – z niewiedzy. Jasne, przed igrzyskami zaliczyła kilka dobrych wyników – stanęła nawet pierwszy raz na podium Pucharu Świata. Tyle że to było, no właśnie, przed igrzyskami, wiadomym było, że wiele czołowych zawodniczek takie starty odpuszcza, szykuje formę na imprezę docelową.

Reklama

I faktycznie – igrzyska zdawały się potwierdzać, że tak to właśnie wygląda. Justyna – która mogła się cieszyć, że w ogóle tam jest – sobie nie radziła. W biegu łączonym była ósma. Dziesiątki stylem klasycznym nawet nie ukończyła, bo… zemdlała na trasie i musiała uzyskać pisemną zgodę kierownika polskiej ekipy medycznej, by w ogóle wystartować w kolejnych konkurencjach. Dostała ją. I biegała dalej.

W sprincie stylem dowolnym, tak jak się spodziewano – nie miała szans. Skończyła 44.

Generalnie więc wydawało się, że jest po igrzyskach. Jasne, został bieg długi, a Kowalczyk takie lubiła. 30 kilometrów to jej dystans. Tyle że w Pragelato biegano go łyżwą. A to niekoniecznie coś, co Justynie leżało. Jak potem jednak wspominała: była przekonana, że to już po walce o medale, po prostu olała temat, wyszła na trasę i biegła luźno, bez spinania się. I nagle okazało się, że jest w czołówce, że walczy z najgroźniejszymi rywalkami.

CZYTAJ WIĘCEJ O SUKCESACH JUSTYNY KOWALCZYK (I NIE TYLKO) W TYM MIEJSCU

Ba, na finiszu była w grupce trzech biegaczek – z Kateriną Neumannovą i Juliją Czepałową – i przez moment wydawało się nawet, że może obie ograć. Ostatecznie wyprzedziły Polkę, ale ten brąz i tak był ogromnym, i w tamtym momencie zupełnie już niespodziewanym sukcesem. Justyna otworzyła w Turynie nasz dorobek… na ledwie kilka dni przed końcem igrzysk.

Dzień później poprawił Tomasz Sikora – w pewnym sensie też niespodziewanym medalem – zdobywając srebro. I finalnie wróciliśmy z tamtych igrzysk z dorobkiem dokładnie takim, jak ten wywalczony przez Adama Małysza cztery lata wcześniej.

4. Kacper Tomasiak. Mediolan/Cortina d’Ampezzo 2026 – srebro

Na medal w kolejnych włoskich igrzyskach nie musieliśmy czekać tyle, co 20 lat temu, bo o szybsze otwarcie naszego dorobku postarał się Kacper Tomasiak. Medal to o tyle niespodziewany, że – choć gdzieś tam szeptało się o możliwościach naszego młodego skoczka – Kacper jeszcze nigdy nie stał przecież na podium zawodów Pucharu Świata!

Ba, rok temu – gdyby spytać go o plany i cele – powiedziałby, że chciałby w tym PŚ w ogóle zadebiutować. I może, przy odrobinie szczęścia, wywalczyć jakiś punkcik.

A teraz? Teraz jest medalistą olimpijskim. To szalenie szybka droga, na nasze warunki – ekspresowa. Przecież nasi pozostali reprezentanci – ci z wielkiej drużyny: Kamil Stoch, Piotr Żyła, Dawid Kubacki – rozwijali się w późniejszym wieku i wtedy wchodzili na szczyty. Kacper odwrócił to wszystko kompletnie, wywrócił do góry nogami. Gość niedawno świętował 19. urodziny, a teraz zdobył srebro olimpijskie.

To jest sensacja. Nie da się tego inaczej określić.

CZYTAJ TEŻ: FENOMENALNY JUNIOR. KIM JEST KACPER TOMASIAK?

Nawet jeśli niektórzy się spodziewali – zresztą i my pisaliśmy, że przy odrobinie szczęścia może walczyć o podium – to grono faworytów było niezwykle szerokie, a Tomasiak był tym kandydatem numer 10., a może i dalszym. A gdy widzieliśmy, na jaką odległość trzeba poszybować w drugiej serii, by w ogóle dać sobie szansę walki o podium… no to tym trudniejsze to wszystko się wydawało. A on jednak utrzymał tę presję. W wielkim stylu wywalczył srebro.

Nie sposób tego nie doceniać i nie sposób się tym nie zachwycać. Wspaniały był to konkurs.

Na marginesie: kusiło bardzo, by umieścić tu – w miejsce Tomasiaka – Dawida Kubackiego, sprzed czterech lat. Ostatecznie jednak rachunek był prosty: w Pekinie wierzyliśmy w opcjonalne przełamanie któregoś z naszych skoczków. Jasne, niespodziewane było, że padło na Dawida, ale to jednak zupełnie coś innego, gdy z formą na konkurs trafia tak doświadczony skoczek, a gdy robi to gość, który niedawno rywalizował w FIS Cupach, trzeciej lidze.

Dlatego jest tu Kacper.

3. Drużyna panczenistek. Vancouver 2010 – brąz

Kobiecą kadrę łyżwiarek stworzono tak naprawdę kilka lat wcześniej i to w bólach. Przez lat nie było po co takiej robić, bo mieliśmy pojedyncze zawodniczki – przynajmniej tak to tłumaczono – które trenowały z mężczyznami. Z czasem Międzynarodowa Unia Łyżwiarska dodała jednak do kalendarza zawodów bieg drużynowy. W Polsce łączono go głównie z nadzieją na dobry występ mężczyzn.

Ale w efekcie powstała też kadra kobiet.

Okazało się, że mamy w Polsce kilka zdolnych młodych zawodniczek. Pokazała się Luiza Złotkowska, była Karolina Ksyt, Natalia Czerwonka, z czasem doszła też Katarzyna Woźniak. W roku 2004 pierwszy raz Polki pojechały jako drużyna. Ale na igrzyska w Turynie ruszyła tylko Katarzyna Bachleda-Curuś (wtedy jeszcze Wójcicka), najbardziej doświadczona z nich. To kolejne lata miały być czasem na rozwój dla młodych łyżwiarek.

I były. Krok po kroku nasza drużyna szła do przodu. Świetnie rozpisywała plany trenerka, Ewa Białkowska. Przewidywała wszystko: że nie ma sensu jeszcze jechać do Spały, bo to nie ten poziom. Że trzeba na spokojnie, dobrze przeprowadzić te dziewczyny przez te wczesne lata kariery. Nie spalić ich, nie przeciążyć. Ale równocześnie była twarda i stanowcza – jak kazała schudnąć, to trzeba było schudnąć.

Dziewczyny szły jednak za nią. Widziały zaangażowanie trenerki. A w głowie tej ostatniej powoli klarował się skład – Luiza Złotkowska, Natalia Czerwonka i Katarzyna Woźniak. To one miały z czasem napisać historię.

Choć po drodze było sporo niepowodzeń. Po pierwszym podium Pucharu Świata (w 2009 roku) spodziewano się dobrego wyniku na MŚ… ale tam była wpadka. Złotkowska przewróciła się w pierwszym wirażu. Pech? Błąd? Nieważne. W głowie Luizy na długo to zostało. Podobnie jak został sezon olimpijski, w którym Polki do ostatniej chwili walczyły o awans. Wiadomo było w pewnym momencie, że mogą na igrzyska dostać się tylko z czasem. Decydować miały zawody w Salt Lake City, rywalkami do dwóch miejsc były Amerykanki i Chinki.

Polki wygrały z Azjatkami, ale… długo o tym nie wiedziały. Na hali wysiadła tablica wyników, a gdy na chwilę ożyła – pokazała, że Chinki były lepsze. Błąd, ale nasze łyżwiarki o tym nie wiedziały. Były już zrozpaczone, a tu do trenerki dzwoni jej mąż. I mówi: macie awans. A więc wielka ulga, są igrzyska.

Na nich jednak – łyżwiarska wpadka po wpadce. Nie tylko kobiecej reprezentacji, ale też męskiej.

Przed wyścigiem drużynowym nie robiono więc sobie wielkich nadziei, a prezes PKOl, Piotr Nurowski, w mocnych słowach wypowiedział się o naszych łyżwiarkach. Białkowska wiedziała, że została im jedna szansa na pokazanie się. Zmotywowała swoje zawodniczki.

A te w ćwierćfinale – sensacyjnie – pokonały Rosjanki. Rywalki wystawiły na ten bieg rezerwową, Galinę Lichaczową. I to ona sobie nie poradziła, przez nią przegrały z Polkami. W półfinale nasze reprezentantki przegrały z Japonkami. Ale został bieg o brąz, przeciwko Amerykankom, które przecież na igrzyska też weszły z czasem, też miały nie bić się o medale. Kilka godzin wcześniej Polki mogły oglądać, jak medal – złoty, historyczny – zdobywa Justyna Kowalczyk. Teraz one były o krok od brązu.

Vancouver. Drużyna panczenistek

Brązowa drużyna panczenistek. Od lewej: Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska. Fot. Newspix

I ten krok wykonały. Pojechały w składzie Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i Luiza Złotkowska. Całe igrzyska tak przejechały, Czerwonka oglądała koleżanki z ławki i dopingowała je w walce o medal. A Polki jechały równo, tak jak w ćwierćfinale. Traciły co prawda początkowo nieco do rywalek, ale u nich – znów: jak w ćwierćfinale – słabnąć zaczęła jedna z nich, Catherine Raney. Została w tyle.

Polki jechały razem. I tak też przejechały linię mety. Przed ostatnią z Amerykanek. Miały brąz i jakże pięknie ten brąz smakował.

2. Franciszek Gąsienica-Groń. Cortina d’Ampezzo 1956 – brąz

Na igrzyska miał w ogóle nie jechać, ale uparł się trener kadry kombinatorów – Marian Woyna-Orlewicz. Wymógł na sportowych władzach, by te dały Franciszkowi szansę, grożąc tym, że inaczej odejdzie ze stanowiska. Oficjele się zgodzili, Gąsienica-Groń miał zaprezentować się na zawodach w Szwajcarii. Pojechał tam, wygrał i dostał wizę do Włoch.

A na igrzyskach zaczął fatalnie. W pierwszym skoku do kombinacji wybił się za wcześnie, omal nie wywrócił się na zeskok z powietrza. Jakoś się wyratował, ale lądowania nie utrzymał – ostatecznie i tak pacnął na śnieg.

Rozpacz, łzy w oczach.

Uratowały go zasady, zgodnie z którymi oddawano trzy skoki, a liczyły się dwa. Te dwa pozostałe wyszły mu nieźle – był 10. Nikt nie oczekiwał wtedy po nim medalu, raczej nastawiano się na to, że powalczyć może o podium Aleksander Kowalski – 5. po skokach. Ale ten źle spał, stresował się. A Franciszek wypoczął. Na trasę wybiegł świeżutki.

I tak sobie biegł, biegł i biegł, wyprzedzając przy okazji kolejnych rywali. To były inne zawody niż dziś, gdy wypuszcza się na trasę od razu z odpowiednimi przelicznikami. Wtedy zawodnicy startowali wszyscy razem, ich wyniki dopiero potem przeliczano odpowiednio do generalki dwuboju. Gąsienica-Groń dobiegł więc do mety i… nic nie wiedział. Dopiero po chwili zawodnicy ze Związku Radzieckiego powiedzieli mu, że jest trzeci.

On sam nie uwierzył. Wolał poczekać na oficjalne rezultaty, a w czasie tego oczekiwania… poszedł spać. Nagle obudzili go koledzy. Przybiegli z oficjalnymi rezultatami, zaczęli Franciszka podrzucać. Bo faktycznie – był trzeci. Wielki, niespodziewany sukces dla Polski. Pierwszy medal zimowych igrzysk w naszej historii.

I zdobył go ktoś, kto w ogóle miał na te igrzyska nie jechać.

WIĘCEJ O SUKCESACH GĄSIENICY-GRONIA I FORTUNY PRZECZYTACIE W TYM MIEJSCU

1. Wojciech Fortuna. Sapporo 1972 – złoto

Schemat się czasem powtarza. Tak jak Franciszek Gąsienica-Groń, tak i Wojciech Fortuna miał nie lecieć na swoje wielkie igrzyska. Ale to też dlatego, że on zaczął niespodziewanie skakać dobrze właśnie w sezonie olimpijskim. A mieliśmy wtedy kilku skoczków na poziomie, więc teoretycznie stali nad nim. Ale czy było to uczciwe? No nie do końca, bo Fortuna wygrał zakopiański konkurs eliminacyjny na igrzyska.

Trenerzy musieli zdecydować, co liczy się bardziej: równa forma czy pojedynczy wystrzał. Postawili na formę.

Ale kontuzji doznał Józef Przybyła. I w jego miejsce wzięto już 19-letniego Wojciecha Fortunę – do wczoraj najmłodszego zimowego medalistę w historii Polski. Ponoć młody Wojtek był tytanem pracy. Zawsze harował… ale gdy miał 19 lat, to już różnie z tym bywało – tak twierdzili ci, którzy go znali. Niemniej: forma była. I pokazywał to na igrzyskach od samego początku. Na mniejszej z dwóch skoczni zajął 6. miejsce.

A potem przyszła ta większa. 11 lutego, jutro rocznica. Święto narodowe Japonii, Rocznica Założenia Państwa. Idealny dzień na to, by – jak w pierwszym konkursie – wygrali reprezentanci gospodarzy. A tu wielka niespodzianka: Fortuna skoczył 111 metrów, absolutnie genialna próba.

– Kolega Tadeusz Pawlusiak z tyłu, bo go prosiłem, żeby mi założył nogę, żebym się mógł prawą nartą odepchnąć z tej dziupli. Bo to nie było belki, jak dzisiaj – ja wyskoczyłem z dziupli i musiałem wskoczyć w tory i dopiero pełna koncentracja. Odbiłem się w odpowiednim momencie i w pierwszej fazie loty, kiedy dostałem odpowiednią wysokość, to czułem i widziałem, że lecę do czerwonej kreski. Poczułem odpowiedni wiaterek, więc nie cofałem się, tylko wykorzystałem to do samego końca. Skoczyłem o metr za czerwoną i moje ręce same wyskoczyły w górę i zaczęły sobie klaskać – wspominał ten skok Fortuna po 53 latach w materiale Eurosportu.

Jury po jego skoku zastanawiało się, czy aby nie odwołać serii, bo jak to – nieznany nikomu Polak skacze aż tak daleko? Przegłosowano jednak kontynuowanie konkursu. I dobrze, bo Fortuna – mimo ze zawalił drugi skok – wygrał. Zdobył złoto. Absolutnie sensacyjne i takie, z którego późniejszą renomą zupełnie sobie nie poradził.

Ale to już temat na inną historię – w Sapporo był naszym bohaterem. Pierwszym złotym medalistą olimpijskim, który na igrzyska pojechał przez pech kolegi, a na nich miał po prostu jakoś się zaprezentować w debiucie.

A wyszło pięknie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o igrzyskach olimpijskich na Weszło:

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty

Polska potęgą sportu? PrzywoZIMY medal z każdych igrzysk w XXI wieku!

AbsurDB
4
Polska potęgą sportu? PrzywoZIMY medal z każdych igrzysk w XXI wieku!
Reklama

Inne sporty

Inne sporty

Polska potęgą sportu? PrzywoZIMY medal z każdych igrzysk w XXI wieku!

AbsurDB
4
Polska potęgą sportu? PrzywoZIMY medal z każdych igrzysk w XXI wieku!
Reklama
Reklama