Człowiek, który „ustawił” finał. Od rozczarowania do bohatera

Wojciech Górski

03 maja 2026, 08:48 • 8 min czytania 5

Reklama
Człowiek, który „ustawił” finał. Od rozczarowania do bohatera

Pierwszy gol dla klubu? Od razu w finale. Na Narodowym. I na 1:0. Roberto Massimo do tej pory był ogromnym rozczarowaniem, ale kiedy w końcu się przełamał, od razu pomógł Górnikowi Zabrze zdobyć Puchar Polski. Po 54 latach przerwy.

Reklama

Taki scenariusz powtarzał się dotychczas zaskakująco często. Roberto Massimo od dawna miał łatkę dużego talentu, zawsze gdy trafiał do nowego klubu – pojawiały się spore oczekiwania, a on dotychczas nigdy nie potrafił im sprostać.

Tak samo dotąd było w Górniku Zabrze. Sezon przed finałem Pucharu Polski? Jedenaście meczów, zero goli, zero asyst. Żenujący bilans, jak na gościa, który przychodził do Ekstraklasy mając w CV niemal pół setki rozegranych spotkań w Bundeslidze. I za którego Górnik płacił blisko pół miliona euro. – Nie dał nam nic. Rozmawiamy o zawodniku z Bundesligi, który rozegrał tam 50 spotkań i ja czekam na to, aż coś pokaże – denerwował się niedawno trener Michal Gasparik.

No to w końcu się doczekał.

Choć po prawdzie w finale z Rakowem Częstochowa Massimo też nie zagrał wybitnego spotkania – ot, po prostu skierował piłkę do bramki w odpowiednim momencie. Ale piłka nożna to taki sport, w którym jedno kopnięcie – czy tak jak w tym przypadku – jedno zagranie głową, mogą zadecydować o losach całego spotkania

Reklama

Massimo świętuje, wreszcie ma powody do zadowolenia. Jest w końcu zawodnikiem, który wydatnie pomógł Górnikowi po ponad półwiecznej przerwie zdobyć pucharowe trofeum.

No to przyjrzyjmy się – kim jest świeżo upieczony bohater finału Pucharu Polski?

Historia Roberto Massimo: Włochy, Liberia, Ghana, USA i Niemcy

A jest o czym opowiadać, bo Massimo jest efektem prawdziwej mieszanki kulturowej. Jego matka pochodziła z Liberii, ojciec z Włoch. Jakby tego było mało, on sam urodził się w Ghanie, a pierwsze lata życia spędził w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkała jego babcia.

Reklama

Niezła mieszanka, prawda? Tułaczka po kontynentach zakończyła się w końcu na Niemczech, gdzie Roberto znalazł swoje miejsce na ziemi, osiedlając się w Lippstadt, nieopodal Bielefeldu. Tam został dostrzeżony przez skautów tamtejszej Arminii.

A ponieważ Massimo był szybki, wszystko też działo się – no właśnie – szybko. Miesiąc po 17. urodzinach zadebiutował w pierwszym zespole Arminii, miesiąc przed 18. zdobył swoją debiutancką bramkę w 2. Bundeslidze. Mający dynamit w nogach skrzydłowy przykuł uwagę skautów Stuttgartu, który właśnie montował ekipę na powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Zanim transakcję dopięto, VfB awansowało, ale zanim Massimo do klubu trafił – bo umowa kupna za 2,5 mln euro obejmowała roczne wypożyczenie do Arminii – Stuttgart znów zameldował się na zapleczu. Z Massimo w składzie VfB znów awansowało, a choć młody piłkarz dostawał swoje szanse – trzeba uczciwie przyznać, że awans udałby się i bez dołożonej przez niego cegiełki.

Przełomowy miał się okazać się sezon 2020/21. Po powrocie do Bundesligi trener Pellegrino Matarazzo chciał mocno postawić na 19-latka. Na inaugurację z Freiburgiem wystawił go w pierwszym składzie, później dawał mu dłuższe epizody z Leverkusen i Koeln. Niestety – Roberto albo grał kiepsko, albo miał problemy z kolanem. Na koniec sezonu, mimo 18 występów, dorobek skrzydłowego wyglądał mizernie – bez gola, tylko z jedną asystą.

Reklama

Atut: szybkość, wady: decyzje i kontuzje

Problemem, często zaznaczanym w niemieckich mediach, był brak widocznego rozwoju. O Massimo można było powiedzieć to, że jest szybki i… że jest szybki. Na tym lista pozytywów raczej się kończyła.

Młody zawodnik największy problem miał z podejmowaniem decyzji. Kiedy partner wychodził na wolne pole – kiwał. Kiedy trzeba było uderzyć – podawał, a kiedy trzeba kiwnąć – strzelał. Kibice VfB załamywali ręce, ale trener Pellegrino wierzył.

– Cieszę się, że wraca do nas – mówił po kolejnym urazie, które często trapiły młodego piłkarza. – To młody zawodnik, widzę u niego duże możliwości – powtarzał.

Z tym, że czas Matarazzo w Stuttgarcie za chwilę się skończył, a i Massimo – po kolejnym mało przekonującym sezonie (2 gole w 19 spotkaniach, cztery przerwy na kontuzje), dostał sygnał, że może szukać sobie innego klubu.

Reklama

Roberto Massimo

Niemcy – Polska 0:4

W międzyczasie młody zawodnik stanął też przed dylematem: barwy której młodzieżowej kadry chce reprezentować. Odzywali się do niego Włosi (ma włoski paszport – po ojcu), kusić mogły też kraje afrykańskie, a gdyby się uprzeć, pewnie dałoby się powalczyć i o obywatelstwo amerykańskie. Ale Massimo zdecydował się na Niemcy, z nadzieją, że pojedzie na zbliżające się młodzieżowe mistrzostwa Europy.

W zespole Stefana Kuntza debiutował w październiku 2020 roku, kilka miesięcy przed Euro U21. W czerwcu jego koledzy pokonali Danię, Holandię, a na końcu Portugalię, ciesząc się i świętując mistrzostwo Europy. Ale Massimo ich radość oglądał jedynie w telewizji – na turniej nie dostał od Kuntza powołania.

Po zakończonym Euro do młodzieżowej kadry wrócił, zagrał w niej jeszcze trzy razy. Po raz ostatni – w pamiętnym meczu z Polską, gdy rozbiliśmy Niemców 4:0.

Reklama

Antonio Di Salvo, który w międzyczasie zastąpił Kuntza w roli selekcjonera, wpuścił Massimo na boisko już w 25. minucie, ale ten nie był w stanie odmienić losów gry z potężnymi tego dnia Polakami. Więcej powołania do niemieckiej kadry już nie dostał.

No cóż, patrząc z punktu widzenia Massimo – jak pech, to pech.

Kłopoty. Odbitka od drugiej ligi portugalskiej

Dla urodzonego w Ghanie zawodnika martwiące było jednak przede wszystkim to, że czas leciał, a jego kariera stała w miejscu. A nawet zaczęła się poważnie cofać.

Miał już 22 lata, w Stuttgarcie spędził trzy ostatnie i nie był w stanie udowodnić swojej przydatności. A na domiar złego nie potrafił tego zrobić też w… portugalskiej drugiej lidze, do której miał wejść i którą miał pozamiatać.

Reklama

Wypożyczenie do Academico Viseu miało pomóc młodemu zawodnikowi w nabraniu pewności siebie i złapaniu rytmu meczowego. Tylko że scenariusz znów się powtarzał – Massimo raz grał od pierwszej minuty, częściej z ławki, a jeszcze częściej wypadał przez kontuzje. I ostatecznie zamiast grać z rezerwami Benfiki i innymi Vilafranquense, oglądał portugalskie kliniki rehabilitacyjne.

Do Niemiec wracał z raptem 864 minutami rozegranymi w 16 spotkaniach. W wyjściowym składzie zagrał tylko 10 razy, strzelił cztery gole. Mało. Bardzo mało.

A skoro podbój drugiej ligi portugalskiej okazał się nieudany, nie ma się co dziwić, że i Bundesliga okazała się znów zbyt wysokimi progami. Chociaż to tak naprawdę niedopowiedzenie, bo tak słabego sezonu jak 2023/24, Massimo wcześniej jeszcze nie zagrał. Na placu gry uzbierał 79 minut (mówimy o całym sezonie!), a na boisku po raz ostatni pojawił się w styczniu.

I rundę jesienną, i rundę wiosenną kończył z problemami mięśniowymi. Co było o tyle dziwne, że przecież prawie w ogóle nie grał. W Stuttgarcie podjęto więc decyzję – nie ma co przedłużać z gościem kontraktu.

Reklama

Powrót na niemieckie zaplecze

Po 24-latka zgłosiło się drugoligowe Greuther Fuerth. A w klubie z koniczyną w herbie oczywiście przyjmowano go z oczekiwaniami – jak każdego, kto przychodzi z wyższej klasy rozgrywkowej. Z drugiej strony, nie do końca wiadomo, jaki Greuther miało na niego pomysł.

W klubie Massimo był trochę zapchajdziurą – sezon zaczął na lewy wahadle, czasem pograł na prawym, kiedy trzeba było wystawić go na dziesiątce, wystawiano na dziesiątce. A gdy brakowało napastnika, przesuwało się tam Massimo.

Efekt liczbowy – sezon na zapleczu Bundesligi skończył z 3 golami i 4 asystami. Choć gdyby nie mecze z Schalke, bilans brzmiałby… 0 goli, 3 asysty. Roberto szczególnie upodobał sobie rywala z Gelsenkirchen – w pierwszym meczu zapakował Schalke dwa gole, w rewanżu strzelił jednego, dokładając asystę.

Latem znów uznano, że chłopak nie ma w klubie przyszłości. I gdy przyszła oferta z Zabrza, opiewająca na około 300 tysięcy euro, włodarze pewnie aż podskoczyli z radości.

Reklama

Roberto Massimo

Od rozczarowania do bohatera

A w Zabrzu – znów była ekscytacja. Bo na papierze do klubu przychodził obiecujący, ciekawy piłkarz. Niestary, bo niespełna 25-letni. Wciąż mogący się rozwijać, a już doświadczony. Ograny nie byle gdzie, w końcu w CV ma 42 mecze w Bundeslidze, a jeszcze więcej na jej zapleczu. Szybki, dynamiczny, mogący zrobić różnicę.

A że chaotyczny i ze skłonnościami do kontuzji? Cóż, to się naprawi.

Przez długi czas – nie naprawiało się. I przygoda Massimo znów wyglądała tak jak w poprzednich klubach. Pierwszy mecz spędził na ławce, w drugim wszedł na pół godziny, w trzecim dostał szansę w pierwszym składzie. Miał przebłyski, ale generalnie – grał kiepsko.

Reklama

Wracał więc na ławkę, raz na jakiś czas dał impuls, znów wracał do składu. Ale potem znów był niewidoczny i koło się zataczało.

W połowie września nabawił się – kto mógłby się spodziewać – dodatkowo urazu, który wykluczył go z gry na resztę rundy. Później długo wracał do pełnej dyspozycji. Kiedy wrócił, nie potrafił przekonać do siebie trenera Gasparika:

  • z Niecieczą – 7 minut,
  • z Pogonią – ławka,
  • z Katowicami – 23 minuty,
  • z Motorem – ławka,
  • z Rakowem – poza kadrą,
  • z Widzewem – ławka,
  • z Cracovią – ławka,

W końcu sam Gasparik nie wytrzymał. Podczas jednej z konferencji wypalił już pamiętne zdanie:

– Nie dał nam nic. Rozmawiamy o zawodniku z Bundesligi, który rozegrał tam 50 spotkań i ja czekam na to, aż coś pokaże – rzucił po meczu z GieKSą, gdy Niemiec o włosko-liberyjskich korzeniach wszedł z ławki i nie pokazał niczego ciekawego.

Reklama

– Grał na pierwszym i drugim poziomie w Niemczech, więc to nie jest pierwszy lepszy piłkarz – dodawał Gasparik, tłumacząc skąd biorą się jego oczekiwania.

Trener do „zamrażarki” wsadził piłkarza na miesiąc. Z Legią dostał kwadrans, z Koroną znów znalazł się poza kadrą. Przed tygodniem niespodziewanie od pierwszej minuty rozpoczął mecz z Jagiellonią Białystok i – o dziwo – skrzydłowy rozegrał swoje najlepsze swoje spotkanie w tym sezonie. Tyle wystarczyło, by znaleźć się też w wyjściowym składzie na finał Pucharu Polski.

Dalszą historię już znacie – 32. minuta, wrzutka Janży, główka Massimo, sprytna, w kozioł, trudna do obrony dla Oliwera Zycha. Górnik wychodzący na prowadzenie i nie oddający go już do końca spotkania.

Wielki moment Massimo

Massimo, 25-latek, który do profesjonalnego futbolu wszedł już niemal dekadę temu, wreszcie przeżywa swój wielki moment. Wreszcie, być może po raz pierwszy, spełnił pokładane w nim nadzieje. Nawet, jeśli ograniczało się to tylko do tego jednego zagrania – karta wreszcie się odwróciła.

Reklama

Oby odwróciła się już na dobre. Taka bramka, w takim meczu – lepszego momentu do punktu zwrotnego w karierze skrzydłowego już nie będzie.

Trzymamy kciuki, a teraz – po prostu gratulujemy. Górnik, cale Zabrze i Roberto – macie co świętować!

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

Fot. Newspix

5 komentarzy
Wojciech Górski

Uwielbia futbol. Pod każdą postacią. Lekkość George'a Besta, cytaty Billa Shankly'ego, modele expected Goals. Emocje z Champions League, pasja "Z Podwórka na Stadion". I rzuty karne - być może w szczególności. Statystyki, cyferki, analizy, zwroty akcji, ciekawostki, ludzkie historie. Z wielką frajdą komentuje mecze Bundesligi. Za polską kadrą zjeździł kawał świata - od gorącej Dohy, przez dzikie Naddniestrze, aż po ulewne Torshavn. Korespondent na MŚ 2022 i Euro 2024. Głodny piłki. Zawsze i wszędzie.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama