„W końcu zero z tyłu”. Podopieczni Urbana po meczu z Bośniakami

Marcin Ziółkowski

26 września 2026, 00:19 • 4 min czytania 0

Reklama
„W końcu zero z tyłu”. Podopieczni Urbana po meczu z Bośniakami

Przed kamerami TVP Sport, po spotkaniu z Bośniakami wypowiedziała się trójka uczestników meczu – Kacper Potulski, Wiktor Nowak oraz Marcin Bułka. Nie zabrakło z ich strony docenienia pracy zespołu w defensywie, udało się w końcu zagrać na zero z tyłu z uczestnikiem ostatnich MŚ. Pozostał jednak niedosyt, z uwagi na brak „tej jednej” sytuacji, która zakończyłaby się bramką dla Biało-Czerwonych.

Reklama

Nowak podekscytowany możliwością pracy z Zielińskim

W krótkich, żołnierskich słowach występ reprezentacji ocenił Kacper Potulski. Podkreślił dobrą grę w drugiej połowie i przede wszystkim czyste konto. Swój trzeci występ w reprezentacji, a pierwszy w meczu o punkty – uznał za udany.

– Myślę, że więcej próbowaliśmy strzałów z dystansu, próbowaliśmy częściej. W defensywie bardzo dobry mecz i w końcu na zero z tyłu.

– Indywidualnie myślę pozytywnie, zero z tyłu było dla mnie bardzo ważne w tym meczu. Dawno tak nie zagraliśmy.

Reklama

Wiktor Nowak zanotował bardzo dobry debiut. Pomocnik Slavii Praga zameldował się na boisku w drugiej połowie i był jednym z najlepszych piłkarzy w naszych szeregach. Mało brakowało, a zapisałby się golem w debiucie, po świetnym uderzeniu z okolic 60. minuty. Temu występowi towarzyszyły duże emocje.

– Myślę, że wszystko się przypomniało, co miałem w głowie, te marzenia za dzieciaka. Nie miałem żadnego stresu ani ekscytacji, chciałem pomóc drużynie. Mamy tylko remis, ale z przebiegu drugiej połowy, z mojego punktu widzenia powinniśmy strzelić bramkę i wygrać.

Reklama

– Przy tym strzale miałem trochę miejsca, zabrakło. Dużo we mnie emocji, jestem szczęśliwy, że udało mi się zadebiutować. Szkoda, że nie udało się tego meczu wygrać. 

Wiktor Nowak powiedział też, jak to jest grać w jednej formacji z Piotrem Zielińskim. Dla pomocnika Slavii to wielka sprawa, a zawodnik Interu bardzo mu pomaga – nie tylko na boisku. Piłkarz z ligi czeskiej powiedział też, jakie miał obowiązki na murawie.

– Oddać mu piłkę i niech się dzieje (śmiech). To wielki piłkarz i mam ten zaszczyt, że mogę brać z nim udział w treningu. Dużo podpowiada, ja jestem młody i ciągle się uczę. To napędza pozytywnie do dalszego działania. 

Reklama

– Chciałem pomóc w tej środkowej części boiska, miałem zadania. By szybciej szła gra, bez przyjęcia, pograć na jeden kontakt. Przeciwnikowi miało być trudniej. 

Marcin Bułka miał za to raczej spokojny dzień w biurze. Mógł po wszystkim dopisać kolejne czyste konto w reprezentacji.

Reklama

– Pierwsza połowa była troszeczkę mniej dynamiczna, oddawaliśmy piłkę Bośniakom. W drugiej wychodziliśmy parę razy spod pressingu. Mieliśmy też więcej sytuacji po przerwie. Udało się wyciągnąć wnioski z pierwszej. Nie udało się strzelić, trudny mecz, rywal bardzo fizyczny, dużo dośrodkowań, ale na to byliśmy przygotowani. Wydaje mi się, że mogliśmy z tego zyskać więcej.

– Największym minusem jest wynik, bo myślę, że każdy się zgodzi, że sytuacji mieliśmy więcej. Mogliśmy na pewno trafić do siatki w drugiej połowie. (…) Taka piłka.

Bułka przyznał, że nie ma dla niego znaczenia, ilu obrońców ma przed sobą w formacji. Najlepszy bramkarz ligi saudyjskiej we wrześniu dodał, że na koniec i tak wszystko zmienia się z biegiem trwania spotkania.

Reklama

– Jest jakaś różnica przy wyprowadzeniu piłki, przy bronieniu tej różnicy nie odczuwam. Ma się tego jednego więcej w środku pola. Wielkich zmian nie odczuwam. Gra jest dynamiczna, nie jest ważne, jak się wychodzi na papierze. Formacja nie ma sensu, gdy np. gonisz wynik. Najważniejsze, że nie straciliśmy bramki i to cieszy.

Nie wiadomo jeszcze, kto faktycznie zagra w meczu wyjazdowym ze Szwecją. Bułka realnie czuje, że otworzyła się w jego sytuacji możliwość do bycia jedynką w polskiej kadrze.

– Wydaje mi się, że jeśli dostajesz szansę, to ona się otwiera. Dziś chciałem zagrać dobry mecz, skupiam się na kolejnym. Liczy się to zgrupowanie.

Reklama

Fot. Newspix

0 komentarzy
Marcin Ziółkowski

Człowiek urodzony w roku stulecia swojego przyszłego ulubionego klubu. Schodzący po czerwonej kartce Jens Lehmann w Paryżu w finale Ligi Mistrzów 2006 to jego pierwsze piłkarskie wspomnienie. Futbol egzotyczny nie jest mu obcy. Przykład? W jednej z aplikacji ma ustawioną gwiazdkę na tajskie Muangthong United, bo gra tam niejaki Emil Roback. Inspiruje się Robertem Kubicą, Fernando Alonso i Ottem Tanakiem, bo jest zdania, że warto dać z siebie sto i więcej procent, nawet mimo niesprzyjających okoliczności. Po szkole godzinami czytał o futbolu na Wikipedii, więc wybudzony nagle po dwóch godzinach snu powie, że Oleg Błochin grał kiedyś w Vorwarts Steyr. Potrafi wstać o trzeciej nad ranem na odcinek specjalny Rajdu Safari, ale nigdy nie grał w Colina 2.0. Na meczach unihokeja w szkole średniej stawał się regenem Lwa Jaszyna. Esencją piłki jest dla niego styl rodem z Barcelony i Bayernu Flicka, bo Zdenek Zeman i jego podejście to życie, a posiadanie piłki jest przehajpowane

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Narodów

Reklama