Z ziemi włoskiej do Polski nasi skoczkowie wracają zwykle zadowoleni. Skocznie w Predazzo są bowiem dla nich niezwykle przyjazne – na tyle, że trudno wskazać inne, na których skakałoby się im aż tak dobrze. To tam sukcesy odnosili i Adam Małysz, i Kamil Stoch, i Dawid Kubacki. A ostatnio – Kacper Tomasiak. Nie ma drugich takich obiektów. Przynajmniej w XXI wieku. Czy dziś też dadzą nam sukcesy?
Predazzo. Skocznie ukochane przez Polaków
15 konkursów. Tyle odbyło się w Predazzo w XXI wieku. To zakres czasowy, jaki obraliśmy. Dlaczego? Z prostego powodu – na starcie obecnego stulecia zaczęła się dominacja Adama Małysza i najlepsze czasy polskich skoków w całej ich historii. Do tego – jakby nie było – to już ćwierć wieku skakania. Próbka i tak jest duża, zdecydowanie wystarczająca.
Tak więc 15 konkursów (biorąc pod uwagę PŚ, MŚ oraz IO, sprawdzaliśmy też MŚ w lotach, ale ostatecznie żaden mamut się tu nie znalazł). W 11 z nich Polacy stali na podium. To fantastyczny wynik i dowód na to, że z jakiegoś powodu skacze nam się na włoskich skoczniach świetnie. No właśnie, skoczniach. Na potrzeby tego tekstu – oraz wyliczeń z nim związanych – przyjęliśmy jedną zasadę: skocznię normalną i dużą znajdującą się w tym samym miejscu traktujemy jako jedno.
Dlaczego? Bo na normalnych skacze się aktualnie mało, głównie przy okazji wielkich imprez. Gdyby więc rozbijać to wszystko na poszczególne obiekty, to w sporej mierze „zakłóciłoby” wyniki. Efekt byłby wtedy niekoniecznie zgodny z prawdą… choć wiadomo, że i tu można by mieć zastrzeżenia – bo przecież Kamil Stoch mówił na przykład, że skocznia normalna we Włoszech zawsze leżała mu mniej niż ta duża.
Bo to różne obiekty. Ale jednak leżące w tym samym miejscu i – zazwyczaj – jeśli już skacze się na obu, to przy okazji jednej i tej samej imprezy. Stąd ten wybór.
Jak więc wypadają Polacy na skoczniach w Predazzo w porównaniu do innych obiektów?
Nie tylko Kacper Tomasiak
Stadio del salto Giuseppe Dal Ben – tak nazywa się kompleks skoczni we włoskiej gminie. Gminie, nie miejscowości, bo tak właściwie to wszystkie te obiekty leżą w osadzie o nazwie Stalimen. A czasem mówi się jeszcze o Val di Fiemme, od nazwy doliny, w której zostały wybudowane. Nieco to skomplikowane? Może i tak, więc uprośćmy, pisząc, że dla nas może się on nazywać: „Medaglie polacche”.
Polskie medale.
Bo Predazzo to miejsce, które nieodmiennie wiąże się z najpiękniejszymi wspomnieniami polskich fanów. Skocznie we Włoszech co prawda rzadko pojawiają się we współczesnym kalendarzu Pucharu Świata, ale igrzyska olimpijskie 2026 są trzecią wielką imprezą w tym stuleciu, w czasie której rywalizuje się właśnie na nich. Co je łączy?
W czasie każdej z nich medal zdobywał Polak. Jak na razie – za każdym razem inny.
Wiadomo, igrzyska to srebro Kacpra Tomasiaka. Na skoczni normalnej młody Polak poskakał fenomenalnie (swoją drogą jego skok na 107 metrów to – ex aequo z próbą Gregora Deschwandena – rekord obiektu po modernizacji skoczni), a lepszy okazał się tylko Philipp Raimund. W ten sposób Kacper kontynuował piękną biało-czerwoną historię, która łączy nas z obiektami we włoskiej gminie.
CZYTAJ TEŻ: KACPER TOMASIAK JAK GŁAZ. NIE DO RUSZENIA
W Predazzo bowiem trzykrotnie odbyły się wcześniej mistrzostwa świata – w 1991, 2003 i 2013 roku. W latach 90., wiadomo, nasze skoki przeżywały wielki kryzys i Polaków na MŚ nawet nie było. Ciekawostką jest fakt, że dwa złota – na skoczni normalnej oraz drużynowo – zdobył wtedy Heinz Kuttin, późniejszy uznany trener – w tym kadry Polski.
Nas jednak interesują te dwie edycje mistrzostw z XXI wieku.
Tak więc rok 2003 to wielkie sukcesy Adama Małysza, który okazał się najlepszy na obu skoczniach: dużej i normalnej. To te konkursy, w których „sam sobie to wyrwał” i ten, gdy „nie mógł tego skoczyć Hautamaeki”, ale Włodzimierz Szaranowicz postanowił „poczekać i przeprosić państwa”. Przepraszać jednak nie musiał, bo Fin faktycznie tego nie skoczył, a Małysz z obu skoczni wyjechał z ich rekordami – wynosiły one odpowiednio 107,5 oraz 136 metrów.
Dekadę później na te same obiekty z wielkimi nadziejami przyjechał Kamil Stoch. Na skoczni normalnej mu się nie powiodło. Ale na dużej był już najlepszy – wygrał pewnie, o 6 punktów wyprzedzając drugiego Petera Prevca. Predazzo dało nam więc już trzecie złoto mistrzostw świata… i wcale na tym nie skończyło. Bo to właśnie tam – po sporym zamieszaniu związanym ze złym przeliczeniem bonifikaty za belkę dla Andersa Bardala, na które zwrócił uwagę Thomas Morgenstern – Polacy (w składzie Kamil Stoch, Maciej Kot, Dawid Kubacki i Piotr Żyła) po raz pierwszy stanęli na podium wielkiej imprezy w konkursie drużynowym.
Kawał historii polskich skoków to Predazzo, co nie?
Najbardziej polskie skocznie
Jak pokazał przykład Kacpra Tomasiaka – jest to historia wciąż zapisywana, nawet jeśli we Włoszech skacze się aktualnie rzadko. Bo Puchar Świata wita w Val di Fiemme raz na czas. Był tam w sezonie 2001/02, potem 2007/08, a później dopiero w ramach próby przed mistrzostwami świata – w 2011/12. Potem trzeba było czekać do sezonu 2018/19 i kolejnego.
I wiecie co? Niemal za każdym razem Polacy ogarniali temat. Tak wygląda bowiem lista konkursów na skoczniach w Val di Fiemme w XXI wieku.
- PŚ 2001/02: dublet Adama Małysza.
- MŚ 2003: dublet Adama Małysza.
- PŚ 2007/08: bez polskiego podium.
- PŚ 2011/12: jedna wygrana Kamila Stocha.
- MŚ 2013: jedna wygrana Kamila Stocha.
- PŚ 2018/19: wygrana i 2. miejsce Dawida Kubackiego oraz dwa 3. miejsca Kamila Stocha.
- PŚ 2019/20: dwa 3. miejsca Dawida Kubackiego.
- IO 2026: 2. miejsce Kacpra Tomasiaka.
Do tej pory łącznie 15 konkursów, a w 11 z nich (przy czym 13 razy, bo dwukrotnie było na podium dwóch Polaków, ale na potrzeby naszych wyliczeń przyjmujemy liczbę konkursów z podiami, nie podiów w ogóle) Biało-Czerwoni zajmowali miejsca na pudle. To fenomenalny rezultat, serio. Ba, to najlepszy rezultat w tym stuleciu.

Kamil Stoch świętujący tytuł mistrza świata. 2013, Predazzo. Fot. Newspix
Bo owszem, procentowo lepiej wypadają trzy skocznie: Seefeld, Pjongczang i Park City. Sęk w tym, że próba na nich nie jest przesadnie miarodajna.
W austriackiej miejscowości odbył się bowiem jeden konkurs – mistrzostw świata z 2019 roku. Akurat wygrał Kubacki, drugi był Stoch. Mamy więc sto procent skuteczności – skakaliśmy tam raz i skończyło się podium. W Pjongczangu i Park City konkursy były cztery – już lepiej – i trzy razy Polacy zajmowali miejsca na pudle, co przekłada się na 75%. Jednak to w dalszym ciągu stosunkowo mało skakania.
Przyjmijmy więc inne założenie: że w danym miejscu odbyć musi się w XXI wieku minimum 10 konkursów (choć tak naprawdę wystarczyłoby zwiększenie tej liczby do 5, bo procentowo i tak Predazzo byłoby już wówczas najlepsze). To już próbka większa, solidniejsza. I taka musi nam wystarczyć.
Czołówka – dziesięć najlepszych skoczni, prezentuje się w takim przypadku następująco.
(Kolejno: nazwa miejscowości, kraj, liczba konkursów z podiami Polaków, liczba konkursów rozegranych w XXI wieku w danym miejscu oraz procent tych, w których Biało-Czerwoni stali na podium. Wyliczenia autorstwa AbsurDB).
- Predazzo (Włochy): 11 (15) – 73%.
- Kuopio (Finlandia): 9 (15) – 60%.
- Titisee-Neustadt (Niemcy): 14 (25) – 56%.
- Lahti (Finlandia): 15 (32) – 47%.
- Zakopane (Polska): 16 (38) – 42%.
- Oslo (Norwegia): 11 (27) – 41%.
- Innsbruck (Austria): 10 (25) – 40%.
- Wisła (Polska): 7 (18) – 37%.
- Garmisch-Partenkirchen (Niemcy): 10 (26) – 38%.
- Engelberg (Szwajcaria): 18 (50) – 36%.
Oczywiście, co rzuca się w oczy to fakt, że w wielu miejscach skacze się więcej niż w Predazzo. Jednak we Włoszech mamy równocześnie skuteczność, którą trudno porównać do czegokolwiek innego. Niemal zawsze nasi skoczkowie stają tam na podium. Tak naprawdę całkowicie zabrakło ich tylko w sezonie 2007/08 – gorszym w wykonaniu Adama Małysza, a jeszcze kilka lat przed sukcesami Stocha.
I tak, więcej razy na podium staliśmy w wielu miejscach. Ale to kwestia liczby konkursów indywidualnych w tym czasie (Engelberg jest tu absolutnym rekordzistą).
W Predazzo konkursów było mniej. Ale to też oznacza, że po prostu znakomicie wykorzystujemy tam nasze szanse.
Kolejny rozdział?
Oczy wszystkich Polaków skierowane będą dziś – co po sukcesie na skoczni normalnej dziwić nie może – na Kacpra Tomasiaka. Ale młody Polak nic nie musi. Ba, nic nie musiał od początku igrzysk, co najwyżej mógł… a teraz nie musi jeszcze bardziej. On już swoje zrobił, może po prostu cieszyć się skokami.
I niech się cieszy, niech lata daleko. A co to da? Przekonamy się. Jeśli chcecie jednak poważniejszej analizy, to tę przygotował Kuba Radomski, pytając o Kacpra jego byłych trenerów.
CZYTAJ: CO TOMASIAK OSIĄGNIE NA DUŻEJ SKOCZNI? „TO ZALEŻY OD WARUNKÓW”
W tym miejscu z kolei napisać można, że nasz procent podiów w Predazzo… najpewniej nieco się pogorszy. Bo jednak na dużej skoczni wskoczyć na pudło będzie o wiele trudniej. Grono faworytów nie jest co prawda bardzo szerokie, ale odskoczy zapewne Domen Prevc, a i Jan Hoerl, Ren Nikaido, Philipp Raimund czy nawet Ryoyu Kobayashi postarają się wywalczyć dla siebie medale.
Polacy? Po nich powinniśmy oczekiwać awansu w komplecie do drugiej serii i trzech miejsc w „20”, w tymmoże kogoś w najlepszej dziesiątce. Tak naprawdę chcielibyśmy, by Kacper znów poskakał na poziomie, Kamil Stoch ładnie się pożegnał z konkursami indywidualnymi na igrzyskach (na co jest szansa, bo w treningach skakał solidnie_, a Paweł Wąsek… cóż, niech pokaże, że powoli się odbudowuje i faktycznie warto go było wziąć do Predazzo.
Ale podium? To sfera marzeń, odległych w dodatku.
Tak więc możliwe, że po dzisiejszym konkursie tych z podiami na włoskich skoczniach będzie nadal 11, ale już na 16. Co nie zmieni faktu, że Predazzo wciąż będzie powyższemu zestawieniu przewodzić. I pozostanie największym przyjacielem Polaków.
Najpewniej na długo.
Początek dzisiejszego konkursu olimpijskiego na skoczni dużej o 18:45.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix