Poświętowaliście wczoraj na koniec roku? Ba, nawet więcej – koniec pierwszego ćwierćwiecza tego wieku? Trudno w to uwierzyć, ale 25 lat minęło na przykład od wybuchu małyszomanii. O tym jednak pisaliśmy w pierwszej części tego zestawienia. Druga zaczyna się w 2009 roku wraz ze złotem siatkarzy. Ci zresztą mieli pecha, bo ich sukcesy często były „przykrywane” przez inne wydarzenia. Ale akurat nie wtedy. Poza tym to część mocno piłkarska, bo sporo w latach 2009-2016 w polskiej kopanej się działo. Oto druga część naszego zestawienia 25 momentów na minione 25 lat
Polski sport i najważniejsze wydarzenia ćwierćwiecza. Część II – 2009-2016
Czy tym razem było łatwo wybierać? Oj, nie, zdecydowanie nie. możliwe, że była to wręcz najtrudniejsza część. Niektóre lata obfitowały w kilku mocnych kandydatów do miejsca w tym zestawieniu. Czasem musieliśmy odrzucić spore sukcesy na rzecz… innych sporych sukcesów. A czasem – wydarzeń, które po prostu były większe, bo interesowała się nimi cała Polska. Nawet jeśli ostatecznie kończyły się rozczarowaniami. Ale tak to w takich zestawieniach bywa i tego się spodziewaliśmy. Jakie sukcesy więc ostatecznie wspominamy?
JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ – SPRAWDŹ NAJPIERW PIERWSZĄ CZĘŚĆ ZESTAWIENI, Z LATAMI 2001-2008
Spis treści
- 2009. Gruszka nie na wierzbie
- 2010. 30 kilometrów i kilka centymetrów
- 2011. Fenomen socjologiczny
- 2012. Koko koko Euro spoko
- 2013. Wyrasta nowy Orzeł
- 2014. Mecz założycielski. I to jaki!
- 2015. Największy sukces polskiego tenisa (przed Świątek)
- 2016. Co karne dały, to karne zabrały
- Czytaj również na Weszło:
2009. Gruszka nie na wierzbie
Po wicemistrzostwie świata z 2006 roku polscy siatkarze czekali na kolejny sukces. Nie przyniosła go Liga Światowa, rozgrywana co roku. Igrzyska w Pekinie zakończyły się ćwierćfinałem, drugim z rzędu. Mistrzostwa Europy w 2007 roku to rozczarowujące, 11. miejsce. Po cyklu olimpijskim postanowiono więc zmienić trenera, ale nie jego narodowość – Raula Lozano zastąpił inny Argentyńczyk, Daniel Castellani, który przez trzy poprzednie lata trenował Skrę Bełchatów.
I to on doprowadził Polaków do sensacyjnego złota mistrzostw Europy. Pierwszego w historii.
CZYTAJ TEŻ: ZBIERANINA, KTÓRA ZDOBYŁA SIATKARSKI SZCZYT. MISTRZOSTWA EUROPY 2009
Polacy nie przegrali w tamtym turnieju ani jednego meczu. Owszem, mieli nieco szczęścia w losowaniu grup, ale do tego grali po prostu znakomitą siatkówkę, a bohaterem całej imprezy został Piotr Gruszka, wybrany potem jej MVP. Niespodziewanie, bo Gruszka był już weteranem – grał w kadrze od 1995 roku – po którym raczej przesadnie wiele nie oczekiwano. Zresztą w pierwszym meczu – z Francją, zaczynaliśmy tak, jak potem kończyliśmy – został zmieniony po pierwszym secie, bo grał po prostu słabo.
Ale im dalej w turniej, tym więcej „Grucha” pokazywał. Polacy ogółem mówili potem, że nakręcali się z meczu na mecz. W półfinale w wielkim stylu ograli Bułgarów – którzy też przeszli przez fazy grupowe bez trudu – i to bez straty seta. Na parkiecie imponowała mieszanka młodości (w osobach Bartosza Kurka czy Zbigniewa Bartmana) z doświadczeniem (Gruszka, ale też na przykład Paweł Zagumny i Daniel Pliński). Mieszanka, jak się okazało, wybuchowa.

Ten wybuch dał nam złoto. W finale Francuzi urwali nam tylko jednego seta – trzeciego. Ale w czwartym Polacy wygrali, po krótkiej grze na przewagi (26:24), zamykając spotkanie. A ostatni punkt zdobył kto? No oczywiście, że Gruszka, który w miarę trwania turnieju stał się pewniakiem do otrzymywania trudnych piłek.
Polacy po raz pierwszy od lat wygrali wielki turniej. To był drugi z kluczowych momentów w budowie naszej wielkiej siatkarskiej dynastii.
2010. 30 kilometrów i kilka centymetrów
Wojciech Fortuna w 1972 roku w Sapporo. To zestawienie słów znali wszyscy fani polskich sportów zimowych. Sensacyjny medal Fortuny wywalczony na skoczni przez lata pozostawał ostatnim w dziejach występów Polaków na zimowych igrzyskach (a ogółem jednym z zaledwie czterech). Tę serię przełamał w 2002 roku Adam Małysz srebrem i brązem. Cztery lata później dołożyli się Tomasz Sikora (srebro) i Justyna Kowalczyk (brąz).
Wciąż jednak nikt nie był w stanie dać nam drugiego złota.
Przed Vancouver oczekiwania były ogromne. Adam Małysz znów świetnie skakał. Justyna Kowalczyk była jedną z dwóch najlepszych biegaczek narciarskich świata. Gdzieś tam przewijały się jeszcze inne dyscypliny – jedna zresztą dała nam medal, bo po brąz na zamknięcie igrzysk sięgnęły łyżwiarki. Ale to na tę dwójkę naszych wielkich postaci patrzono szczególnie.
I co? I długo sporo, ale nie to najważniejsze. No bo tak:
- 13 lutego po srebro na normalnej skoczni sięgnął Adam Małysz.
- 17 lutego srebrny medal w sprincie stylem dowolnym wywalczyła Justyna Kowalczyk.
- 19 lutego brązowy medal w biegu łączonym dorzuciła Kowalczyk.
- 20 lutego, dzień później, drugie srebro zdobył Małysz.
A potem przez tydzień medali nie było. Małysz nie miał już na żadnej szansy, zerkano natomiast w stronę Kowalczyk, którą czekał jeszcze bieg na 30 kilometrów stylem klasycznym. Jej specjalność. Tyle że tak jak Małyszowi (znowu!) wyrósł Simon Ammann, tak Justyna miała Marit Bjoergen, najlepszą biegaczkę w historii, która nie zamierzała oddać jej złota bez walki. I ta walka trwała. Przez całe 30 kilometrów, aż do finiszu. A potem? Potem Justyna „była mocniejsza” i „potrafiła to zrobić” (też macie ten komentarz wyryty na stałe w pamięci?). Wygrała minimalnie, o kilka, może kilkanaście centymetrów.

Zdobyła złoto. Padła na śnieg. I mogła się cieszyć. A my – wraz z nią. Po 38 latach polskie sporty zimowe wreszcie to miały. A Tomasz Gollob, który pod koniec tego samego roku zdobył mistrzostwo świata na żużlu (37 lat po pierwszym takim polskim sukcesie) musiał się spodziewać, że sportowcem roku to on nie zostanie.
Bo po ten tytuł mogła wtedy sięgnąć tylko Kowalczyk.
2011. Fenomen socjologiczny
Rok 2011 smutnym był dla polskiego sportu. Nie to, że nie mieliśmy w nim sukcesów – trochę się trafiło. Borussia Dortmund z trójką Polaków w składzie została mistrzem Niemiec. Siatkarze zdobywali medale (choć żadnego złotego). Kamil Stoch wygrał pierwszych kilka konkursów Pucharu Świata w karierze. A Adam Małysz zdobył medal MŚ. Brązowy, ale i tak go bardzo docenialiśmy.
A jeszcze bardziej, gdy Orzeł z Wisły powiedział, że to będzie jego ostatni taki sukces. Bo po sezonie skończy karierę.
Małysz miał wtedy na karku 33 lata, wielu marzyło, że powalczy jeszcze o igrzyska w Soczi, bo w formie wciąż był świetnej. Puchar Świata 2010/11 skończył na trzecim miejscu. Zdobył wspomniany medal MŚ. Wygrał 39. i ostatni konkurs w karierze (w Zakopanem). Łącznie dziewięciokrotnie w 26 konkursach PŚ tamtej zimy stał na podium. Choć jego klasę lepiej oddaje inna statystyka – w całym sezonie tylko czterokrotnie wypadł z czołowej „10” zawodów. Z czego raz przez upadek w pierwszej serii.
Cały czas był skoczkiem światowej czołówki. W ostatnim konkursie w karierze w idealnym stylu przekazał pałeczkę Kamilowi Stochowi – on był trzeci, jego młodszy kolega wygrał. Adam zszedł ze sceny w wielkim stylu, miał idealne zakończenie kariery. Sam mówił, że tak chciał, póki wciąż był na szczycie. I udało się.
I tak naprawdę nie mamy tu nic do dopisania. Po prostu skończyła się wtedy epoka największego polskiego sportowca XXI wieku, człowieka, który w ten XXI wiek nas wprowadził. A wszystko, co powinno być powiedziane, powiedział już Włodzimierz Szaranowicz, łamiącym się głosem.
2012. Koko koko Euro spoko
Wynik? Pozostawmy bez komentarza. Choć trzeba przyznać, że momenty były. Gol Roberta Lewandowskiego z Grecją poderwał cały Stadion Narodowy. Podobnie jak obroniony później przez Przemysława Tytonia rzut karny. Gol Kuby Błaszczykowskiego na wagę remisu z Rosją też był momentem cudownym. A że nic z tego nie wyszło? No cóż, bywa i tak.
Samo Euro 2012 było jednak wielkim momentem dla polskiego sportu.
I tak, większym od obronionego złota igrzysk w wykonaniu Tomasza Majewskiego. Większym od pierwszego złota Anity Włodarczyk (tym bardziej, że otrzymała je po latach wskutek dyskwalifikacji rywalki). Większym też od finału Wimbledonu z udziałem Agnieszki Radwańskiej. Euro zmieniło krajobraz polskiej piłki. Do naszego kraju przyjechali najwięksi piłkarze i najlepsze ekipy. Powstały ładne i nowoczesne stadiony. Poprawiła się infrastruktura – nie tylko piłkarska.
Polska piłka dostała wielki bodziec, który poprawił jakość „opakowania” produktu. Na poprawę jakości samej piłki nieco czekaliśmy – choć były po drodze jej oznaki – ale też się wreszcie udało. Euro było też jednak bodźcem do rozwoju Polski jako kraju. Mistrzostwa stały się projektem ponadpartyjnym, wszyscy dążyli do tego, by okazały się sukcesem. I wyszło, że się okazały. Jasne, były niedociągnięcia – jedne większe, drugie mniejsze – ale organizacja wyszła lepiej, niż wielu to przewidywało.
Do dziś to zresztą największa impreza sportowa, jaką gościliśmy w Polsce. A był przecież u nas EuroBasket (2009), były (kilkukrotnie) mistrzostwa świata czy Europy w siatkówce, były i inne spore turnieje. Ale do Euro – i całej atmosfery wyczekiwania z nią związanej – żadne się nie zbliżyło. To było coś, czym żyła cała Polska.
I co do dziś się wspomina. Słusznie.
2013. Wyrasta nowy Orzeł
2013 rok przyniósł nam sporo sukcesów. Na Wimbledonie obejrzeliśmy polski ćwierćfinał z udziałem Łukasza Kubota i Jerzego Janowicza, a Agnieszka Radwańska znów grała w półfinale. Robert Kubica udowodnił, że wrócił po fatalnym wypadku i został mistrzem świata WRC-2. Paweł Fajdek zaczął wielką serią na mistrzostwach świata. Trójka Polaków grała w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów. I tak dalej, i tak dalej.
Ale dla polskiego sportu nie było bardziej kluczowego momentu niż mistrzostwa świata w Val di Fiemme.
Pisano wtedy, że „polski archanioł sfrunął do Predazzo”, a my po dwóch latach byliśmy już pewni, że mamy następcę Adama Małysza. Kamil Stoch bowiem – dziesięć lat po Małyszu, w tym samym miejscu, na tej samej skoczni – został mistrzem świata. Na normalnym obiekcie się mu nie udało, choć po pierwszej serii był drugi. W drugiej próbie jednak miał spore problemy przy lądowaniu, spadł przez to na 8. miejsce. Ale na dużej skoczni nie miał sobie równych. O 6 punktów pokonał Petera Prevca, wytrzymał presję.
I zaczął pogoń za wynikami Małysza. Pogoń, która rok później miała mu dać dwa złota olimpijskie i pierwszą Kryształową Kulę. To wszystko swój początek miało tak naprawdę w 2011 roku – gdy zaczął wygrywać – ale przełomem były właśnie te mistrzostwa świata z 2013.
Przełomem, dodajmy, podwójnym, bo Polacy w składzie Maciej Kot, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i oczywiście Stoch po raz pierwszy w historii stanęli na podium w konkursie drużynowym. I to też po przejściach, bo początkowo źle zliczono punkty Norwegii, dopiero po protestach wyniki poprawiono. Norwegowie spadli przez to na czwarte miejsce, a na historyczne podium wskoczyli – już po udzieleniu wywiadów „na smutno” – Polacy.
I tak się zaczęła najlepsza drużynowa era w historii polskich skoków.
2014. Mecz założycielski. I to jaki!
21. Tyle spotkań rozegrała reprezentacja Polski w piłce nożnej przeciwko Niemcom. 13 razy lepsi okazywali się nasi sąsiedzi. Pokonywali nas w walce o finał mistrzostw świata, ogrywali w grupie tego samego turnieju, 32 lata później, i w 2008 przy okazji Euro, choć Artur Boruc w obu przypadkach robił, co tylko mógł. Kilka razy byliśmy jednak blisko ich pokonania. Nawet stosunkowo młodzi Polacy mogą pamiętać na przykład mecz rozegrany w 2011 w Gdańsku – w towarzyskim starciu Kuba Błaszczykowski trafił z karnego na 2:1 w 91. minucie. I gdy wydawało się, że wreszcie z Niemcami wygramy, to trzy minuty później wyrównał Cacau.
Znów się nie udało.
Aż przyszedł mecz na Stadionie Narodowym, 11 października 2014 roku. Niemcy przyjechali do Warszawy ledwie kilka miesięcy po zdobyciu mistrzostwa świata. Polacy w Brazylii nawet nie grali. Różnica klas była też widoczna na boisku, bo powiedzmy sobie szczerze – to rywale dominowali. Wojciech Szczęsny zagrał jednak świetny mecz, a nam wyszło kilka akcji. W tym dwie kluczowe – pierwsza, gdy wychodzącego z bramki Manuela Neuera uprzedził główką Arkadiusz Milik. I druga, gdy bohaterem niespodziewanym, sensacyjnym został Sebastian Mila.

Polska dwa, Niemcy zero. Historia. I mecz, od którego zaczęła się droga kadry Adama Nawałki do ćwierćfinału Euro. Zarówno ta wygrana z Niemcami, jak i późniejszy występ na mistrzostwach dały nam emocje, jakich polscy kibice nie przeżywali od dawna… i od tamtego czasu nadal ich brakuje. Choć więc rok 2014 był niesamowicie obfity w sukcesy – siatkarze zdobyli przecież mistrzostwo świata u siebie, kolarskim mistrzem został Michał Kwiatkowski na szosie, a zimowe igrzyska w Soczi były najlepszymi w naszej historii – to musimy postawić na ten jeden mecz.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to dziwnie, wręcz szokująco – postawić jedno spotkanie, w dodatku w eliminacjach do turnieju, nad mistrzostwami świata i złotami igrzysk olimpijskich. Może i tak. Ale w tamtym jednym momencie cały kraj oszalał. Starsi doczekali się czegoś, czego nie spodziewali się już pewnie zobaczyć. Młodsi widzieli, jak Polacy ogrywają niedawnych mistrzów świata. Naprawdę, trudno o moment, który ucieszyłby w tamtym roku więcej osób w kraju.
2015. Największy sukces polskiego tenisa (przed Świątek)
Był finał Wimbledonu w 2012 roku, owszem. Było też sporo turniejowych wygranych, również w dużych imprezach. Ale żaden sukces Agnieszki Radwańskiej nie był tak okazały, jak ten z 2015 roku, gdy Polka triumfowała w kończących sezon Finałach WTA. Tym bardziej, że przecież długo to nie był jej sezon, jeszcze na dwa miesiące przed Finalsami mało kto mógłby się spodziewać, że Radwańska w ogóle tam zagra.
CZYTAJ TEŻ: AGNIESZKA RADWAŃSKA I TRIUMF W WTA FINALS. „POD KONIEC SIĘ TRZĘSŁAM”
A gdy już zagrała, to na dwa dni przed końcem fazy grupowej nikt nie mógł przypuszczać, że wejdzie do półfinału.
Cały ten sezon był najeżony momentami. Od czasu do czasu Agnieszce wyszedł lepszy mecz, ale właśnie – tylko od czasu do czasu. Aż przyszły turnieje w Azji, gdy jej forma nagle wystrzeliła w górę. Wygrała w Tokio i Tianjinie, była w półfinale w Pekinie. Weszła do Finałów, a w nich… przegrała pierwsze dwa mecze. W trzecim musiała wygrać do zera i była o krok od przegrania tie-breaka już w pierwszej partii. Ale wygrała. A potem poszła za ciosem i triumfowała w drugim secie. Nadal potrzebowała dobrego wyniku w meczu „obok”… i dostała go, choć w pewnym momencie – przekonana, że jest po wszystkim, wyłączyła telewizor.
Weszła do półfinału, a tam rozegrała jeden z meczów życia, przeciwko Garbine Muguruzie. Kolejny – w finale – gdzie jej rywalką była Petra Kvitova. Choć kilka razy wydawała się być już poza turniejem, a pierwotnie nawet nie miała do niego wejść, to ostatecznie triumfowała w najważniejszej imprezie po Szlemach. W tamtym momencie był to absolutny szczyt naszego singlowego tenisa, największy sukces w historii.
Dziś? Iga Świątek sprawiła, że wydaje się, że to niewiele. Ale to Radwańska przecierała szlaki. I takie sukcesy jak ten warto docenić.
2016. Co karne dały, to karne zabrały
Każdemu choć raz takie emocje, jak przeżyliśmy przy okazji Euro 2016. Naprawdę. Bo przecież ktoś urodzony na początku lat 80. mógł nie pamiętać ostatniego turnieju Polaków, w którym ci wyszli z grupy. Mało tego – wyszli z grupy grając swoją piłkę. I tak, to prztyczek w kierunku mundialu z 2022 roku.
Euro 2016 to dla całych pokoleń kibiców turniej-wzór. Jasne, bez medalu, nawet bez półfinału, ale fani dostali wreszcie coś, co mogli wspominać. Czy raczej: coś, co mogli wspominać, a nie jest meczem z eliminacji, bo gole Smolarka i ten Krzynówka strzelony plecami Ricardo zdążyły się już przejeść.
Choć akurat wspominanie Portugalii w kontekście turnieju z 2016 roku to może i kiepski pomysł.
W każdym razie – na tamtych mistrzostwach Europy wszystko grało. Nie tylko sama nasza postawa, ale przede wszystkim to, że tej kadrze chciało się kibicować. Poznawaliśmy ją – dzięki materiałom w sieci – w dużej mierze od środka. I było widać, że to grupa facetów, którzy mają wspólny cel i zmierzają w jego stronę. To był szczyt pokolenia. Robert Lewandowski w idealnym wieku. Łukasz Piszczek i Grzegorz Krychowiak nadal w świetnej formie. Kuba Błaszczykowski raz jeszcze wspinający się na wyżyny w kadrze. Podobnie Kamilowie: Grosicki czy Glik.
Nawet zawodnicy, po których nie oczekiwaliśmy tak wiele – jak Krzysztof Mączyński czy Michał Pazdan – grali życiówkę. Adam Nawałka stworzył kadrę, która była gotowa pójść za sobą w ogień. I mało zabrakło, a doszłaby do fazy medalowej. W grupie było naprawdę dobrze – mecz z Niemcami (0:0) jest być może najlepszym, jaki z tą kadrą rozegraliśmy w XXI wieku. Ze Szwajcarią w 1/8 udało się przejść na ambicji i dzięki fantastycznej postawie Łukasza Fabiańskiego oraz dobrym karnym.

W ćwierćfinale z Portugalią zabrakło tak naprawdę dwóch rzeczy: skuteczności, no i tych karnych właśnie. Bo ambicja była, okazje też. Bo choć zaczynało brakować sił, to Polacy walczyli. Doprowadzili do dogrywki, potem do karnych. I zdecydowała jedna jedenastka. Cóż, bywa i tak – rundę wcześniej to my byliśmy o tyle lepsi. Ale Euro tak czy siak dało nam niesamowicie wiele radości, a przy okazji stało się wyznacznikiem tego, do czego nasza kadra musi dążyć.
Dlatego stoi dla nas na pierwszym miejscu w 2016 roku. Wyżej od olimpijskiego złota i rekordu świata Anity Włodarczyk. Wyżej od wygranej Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych przez Vive Kielce. I wyżej od wszelkich innych wydarzeń.

SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix