Ze świecą można szukać w polskiej piłce klubów z dużą marką i tradycją, które nie dorobiły się w XXI wieku nowoczesnego stadionu. Należy do nich Polonia Warszawa, która otrzymała ostatnio informację o kolejnej dużej przeszkodzie w budowie nowego obiektu. Paradoks tej historii polega na tym, że politycy obiecali „Czarnym Koszulom” renowację areny przy Konwiktorskiej wcześniej niż zdecydowanej większości klubów, które już grają na nowym stadionie. Miało to miejsce w 2007 roku. Niebawem od tej obietnicy minie dwadzieścia lat.
Zastanawiające było to, w jaki sposób niektóre portale czy profile w mediach społecznościowych sprzedały kilka dni temu wpis Rafała Trzaskowskiego w sprawie przeciągającej się przebudowy obiektu przy Konwiktorskiej. Gdzieniegdzie można było przeczytać entuzjastyczne „Polonia wreszcie doczeka się stadionu”, podczas gdy wymowa słów prezydenta Warszawy jest zupełnie inna. I powinna brzmieć: „dalej obiecujemy, że wybudujemy tę arenę, ale zamiast przybliżać się do celu, tylko się od niego oddalamy”.
Ośrodek Polonia przy Konwiktorskiej dostanie nowe życie. Kropka.
Przygotowywaliśmy się do realizacji tego przedsięwzięcia w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Dziś, w związku z brakiem ofert wiemy już, że ta ścieżka nie zostanie zrealizowana.
Ale to niczego nie zmienia.… pic.twitter.com/4NZsfq2uzb
— Rafał Trzaskowski (@trzaskowski_) September 14, 2026
PPP, czyli jak Warszawa nie buduje stadionu Polonii
„Przygotowywaliśmy się do realizacji tego przedsięwzięcia w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Dziś, w związku z brakiem ofert wiemy już, że ta ścieżka nie zostanie zrealizowana”. Te zdania we wpisie Trzaskowskiego są kluczowe. Wszystko, co obok nich, to tylko kosmetyka, która ma upiększyć komunikat o kolejnej porażce stolicy w sprawie dawno obiecanego obiektu. Jak widać po reakcjach – kosmetyka skuteczna.
Warszawa chciała wybudować stadion w formule PPP, czyli partnerstwa publiczno-prywatnego. To forma współpracy, w której podmiot publiczny (w tym wypadku miasto, ale może to być też państwo) dogaduje się z prywatną firmą, aby wspólnie zrealizować inwestycję. Może to być stadion, ale też droga, szpital czy cokolwiek innego. Firma wykłada pieniądze, buduje obiekt i często później nim zarządza, a samorząd przez wiele lat jej za to płaci albo pozwala zarabiać na działalności obiektu. Dzięki temu miasto nie musi od razu pokrywać całego kosztu budowy, ale zaciąga wieloletnie zobowiązanie wobec prywatnego partnera.
W teorii ma to być więc klasyczny win-win. Miasto nie musi wykładać pieniędzy, a dostaje infrastrukturę. Z kolei prywatny inwestor zarabia na zyskach z nowej budowli. I tu pojawia się duży problem. Trudno znaleźć bowiem w Polsce stadion, który potrafi na siebie zarabiać. Nasze obiekty to najczęściej studnie bez dna, do których nieustannie trzeba dokładać.

Dlaczego nikt nie złożył oferty w PPP?
W założeniu, inwestycja przy Konwiktorskiej miała nie być tylko stadionem, a nową przestrzenią miejską. Poza obiektem piłkarskim, miała tam powstać hala sportowo-widowiskowa na dwa tysiące miejsc, Centrum Wsparcia Sportu z funkcją rehabilitacyjną, gastronomiczną, handlową, biurową i usługową oraz trzypoziomowy parking podziemny na 700 samochodów. Całość miała być ozdobiona miejskim placem z fontanną i zielenią.
Podział ról kształtował się tu następująco: Warszawa wnosiła teren, istniejący ośrodek, projekt budowlany i uzyskane decyzje. Partner prywatny miał zapewnić finansowanie, wybudować cały kompleks, a później przez co najmniej dwadzieścia lat odpowiadać za jego stan techniczny. Za stadion i halę miasto miało płacić inwestorowi opłatę za dostępność, która miała obejmować spłatę kosztów budowy i utrzymanie. Według projektu, sam koszt powstania stadionu miał zostać spłacony w pierwszych dziesięciu latach.
Z kolei Centrum Wsparcia Sportu i parking podziemny miały być częścią komercyjną. Partner mógł zarabiać na najmie, gastronomii, usługach i opłatach parkingowych, ponosząc jednocześnie koszty ich działania. Zainteresowanie udziałem w PPP w tej formie wyraziły cztery podmioty:
- konsorcjum Acciona Concesiones i Mostostal Warszawa,
- STRABAG,
- Project Development 4,
- DORACO.
Wszystkie te cztery podmioty zostały zaproszone do udziału w oficjalnym postępowaniu, lecz finalnie nawet nie złożyły konkretnej propozycji.
Wszyscy, którzy śledzą budowy stadionów w Polsce, nie mogli być zdziwieni. Od 2009 roku zawarto 219 umów na inwestycje w PPP. Ich łączna wartość to ponad 12 mld zł. Wśród zrealizowanych projektów nie znajduje się żaden obiekt piłkarski. Kiedyś przebąkiwano o PPP w kontekście aren Widzewa Łódź, ŁKS-u czy Pogoni Szczecin, lecz w kontekście tych klubów były to jedynie mrzonki opowiadane przez polityków.
Stadiony piłkarskie mają zwyczajnie zbyt mały potencjał na zarabianie i jednocześnie zbyt duże ryzyko dodatkowych, nieprzewidzianych kosztów. To dlatego biznes nie jest zainteresowany takimi inwestycjami. W Warszawie liczono, że będzie inaczej.
„My nie gadamy, tylko robimy”
Najbardziej obciążające dla władz Warszawy nie jest samo fiasko partnerstwa publiczno-prywatnego. Nieudane postępowanie może zdarzyć się każdemu samorządowi. Problem polega na tym, że PPP było tylko kolejnym odcinkiem historii, która zaczęła się dokładnie dziewiętnaście lat wcześniej.
14 września 2007 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz stanęła na stadionie Polonii i złożyła deklarację, którą po latach można uznać za jeden z najbardziej spektakularnie niespełnionych terminów w historii polskiego sportu.
– Do końca 2010 roku budowa stadionu Polonii będzie zakończona – zapowiadała wtedy prezydentka Warszawy.
A następnie dodała hasło, które do jest memem aż po dziś dzień.
– My nie gadamy, tylko robimy.
Nie mówiła, że miasto rozważy inwestycję. Nie zapowiadała analiz, konsultacji ani poszukiwania możliwego modelu finansowania. Podała termin zakończenia budowy. Na przygotowanie kompleksu przy Konwiktorskiej miało zostać zarezerwowanych 270 milionów złotych, a stadion zgłoszono UEFA jako obiekt treningowy na Euro 2012.
Euro minęło, a budowa nie posunęła się ani o krok.
Budowa po raz drugi
Ktoś może powiedzieć, że deklaracja z 2007 roku była jednorazowym wyskokiem, złożonym w atmosferze przygotowań do Euro. Problem w tym, że w następnych latach obietnicy nie wycofano. Przeciwnie – regularnie ją odnawiano, zmieniając projekty, kwoty i terminy.
W lipcu 2017 roku, dziesięć lat po pierwszej zapowiedzi, oficjalny portal Warszawy opublikował komunikat pod tytułem: „Budowa stadionu dla Polonii staje się faktem”.
Trudno dziś czytać ten tytuł bez poczucia zażenowania.
Stadion miał pomieścić około 12 tysięcy widzów, a przebudowa kosztować 57,5 miliona złotych. Miasto zapowiadało wbicie pierwszej łopaty w pierwszej połowie 2019 roku oraz zakończenie całej inwestycji w 2022 roku. Nie była to więc luźna wizja. Była kwota, harmonogram i oficjalna informacja, że budowa właśnie „staje się faktem”.
Rok później, przed wyborami samorządowymi, projekt jeszcze urósł. Stadion miał już mieścić co najmniej 15,5 tysiąca osób, a obok niego miały powstać hala sportowa i dodatkowe obiekty. W sierpniu 2018 roku Rada Warszawy zabezpieczyła 158 milionów złotych w wieloletnim budżecie miasta.
Po wyborach ogłoszono konkurs architektoniczny. W maju 2019 roku zwyciężyła pracownia JSK Architekci, znana między innymi z projektów stadionów Legii i Narodowego. Była efektowna koncepcja, były wizualizacje, był kolejny moment, w którym można było ogłosić przełom.
A potem projekt trafił na półkę.
Ratusz wskazywał na fatalną sytuację ówczesnej Polonii: trzecią ligę, zaległości finansowe, chaos organizacyjny i brak przedstawienia planu naprawczego. To były rzeczywiste problemy, a nie wymyślone przez urzędników preteksty. Tyle że miasto wiedziało o słabości klubu już wtedy, gdy ogłaszało konkurs i zapewniało, że budowa staje się faktem.
Co więcej, nie chodziło wyłącznie o prezent dla spółki prowadzącej drużynę piłkarską. Miał powstać miejski kompleks z halą, parkingiem i przestrzenią dostępną dla mieszkańców. Mimo to w 2019 roku wiceprezydent Renata Kaznowska stwierdziła, że jeśli inwestycja nie dojdzie do skutku, jedynym winnym będzie sama Polonia.
To bardzo wygodny podział odpowiedzialności. Miasto składa obietnice, przedstawia terminy i organizuje konferencje. Kiedy po dwunastu latach od pierwszej deklaracji nadal nie rozpoczyna budowy, wyłącznym winnym ma zostać klub.

Rafał Trzaskowski przejął nie tylko urząd
Hanna Gronkiewicz-Waltz zakończyła urzędowanie w 2018 roku, ale stadionowej obietnicy nie przejął przedstawiciel konkurencyjnego obozu. Prezydentem został Rafał Trzaskowski, czyli polityk tej samej formacji.
W 2020 roku właścicielem Polonii został Gregoire Nitot, który uporządkował finanse i ustabilizował klub. W kwietniu 2021 roku przedsiębiorca zadeklarował gotowość zainwestowania w stadion do 300 milionów złotych, jeśli miasto dołoży 100 milionów.
Ratusz postawił jednak na PPP. W 2021 roku zakładano jeszcze, że umowa z partnerem zostanie podpisana w 2023 roku.
W listopadzie 2021 roku urządzono kolejną uroczystość. Miasto podpisało z JSK Architekci umowę wartą 16,5 miliona złotych. Dokumentacja miała być gotowa w listopadzie 2023 roku. Znów pojawiły się zapewnienia, zdjęcia, wizualizacje i komunikaty sugerujące, że tym razem naprawdę ruszamy.
Postępowanie PPP oficjalnie rozpoczęło się 15 czerwca 2022 roku. Zakończyło się we wrześniu 2026 roku.
Cztery lata i trzy miesiące procedur.
Zero ofert.
To smutny bilans historii, która od początku nie mogła się udać.
Plan B, czyli kolejna obietnica
Po klęsce PPP Rafał Trzaskowski napisał, że Polonia „dostanie nowe życie. Kropka”. Miasto zapowiada teraz przekazanie inwestycji spółce miejskiej, która ma wybrać generalnego wykonawcę w klasycznym przetargu. W Wieloletniej Prognozie Finansowej zapisano limit 832 milionów złotych, a budowa ma rozpocząć się w 2027 roku.
W teorii Warszawa nie znajduje się już w tym samym miejscu co w 2007 roku. Ma projekt, prawa do dokumentacji i prawomocne pozwolenie na budowę. Wykonano więc realną pracę przygotowawczą. Stolica jest o wiele dalej, jeśli chodzi o budowę stadionu, niż chociażby Częstochowa.
Mimo to wiarygodność władz Warszawy w tym temacie jest na podobnym poziomie, co pod Jasną Górą. Nastrojów kibiców nie poprawia fakt, że obecne pozwolenie na budowę wygasa w listopadzie 2027 roku. Polonia już ostrzega, że czasu na wybór modelu, dostosowanie projektu i faktyczne rozpoczęcie robót jest coraz mniej.
Absurd najlepiej widać po zestawieniu dwóch terminów. Według obietnicy z 2007 roku stadion miał być gotowy w roku 2010. Według najnowszej zapowiedzi pierwsze prace mogą ruszyć w 2027 roku.
Siedemnaście lat po pierwotnym terminie zakończenia.
Obietnica wielokrotnego użytku
W 2007 roku stadion miał być gotowy do końca 2010 roku. W 2017 roku pierwszą łopatę zapowiadano na 2019 rok, a zakończenie robót na 2022. W 2021 roku miasto przewidywało podpisanie umowy z partnerem w 2023. Postępowanie rozpoczęte w 2022 roku zakończyło się w 2026 bez jednej oferty. Teraz budowa ma ruszyć w 2027 roku.
Za każdym razem przełom znajduje się bardzo blisko, przesuwa się tylko data.
I właśnie to jest najbardziej irytujące w historii stadionu Polonii. Nie chodzi nawet o to, że politycy nie potrafili przez dziewiętnaście lat przeprowadzić inwestycji. Chodzi o to, że po każdym niepowodzeniu przedstawiają jej ponowne uruchomienie jako nowy sukces. Poprzednia zapowiedź cicho umiera, po czym ta sama obietnica wraca z nową wizualizacją, większą kwotą i kolejnym terminem. Władze Warszawy liczą pewnie, że w ten sposób zbiją kapitał wyborczy.
To nie jest zwykły poślizg, a szopka, która zamieniła się w nudny tasiemiec. Nie można powiedzieć inaczej o budowie, która trwa dwudziesty rok, a wciąż się nie zaczęła.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. JSK Architekci