Wystarczył jeden mecz nowego sezonu, by na Miletę Rajovicia wylała się fala gigantycznej krytyki. Postanowiłem sprawdzić, czy w pełni zasłużona. Może poza zmarnowanymi sytuacjami Duńczyk grał całkiem przyzwoite spotkanie? Może dawał drużynie Marka Papszuna coś niewidocznego na pierwszy rzut oka? Specjalnie dla Rajovicia raz jeszcze włączyłem spotkanie Legii z Pogonią, by zagranie po zagraniu przeanalizować jego występ. I niestety. Jest jeszcze gorzej, niż po pierwszym seansie.
Naprawdę, nie siadałem do retransmisji meczu Legia – Pogoń uprzedzony. Przeciwnie, zakładałem, że skoro trener Marek Papszun kolejny raz znalazł dla Rajovicia miejsce w wyjściowej jedenastce, to widzi coś w tym zawodniku i jest zadowolony z tego jak realizuje konkretne zadania.
Zakładałem, że powtórne obejrzenie meczu rzuci lepsze światło na grę Rajovicia. Że powiem: okej, zmarnował kilka sytuacji, miał pecha, był rzecz jasna nieskuteczny. Ale poza tym spodziewałem się, że ujrzę coś, co pozwoli mi zrozumieć, dlaczego Duńczyk znów przekonał do siebie trenera Legii.
W teorii Rajović jest przecież napastnikiem z gatunku tych, których lubi trener Papszun. Wysoki – ma ponad 190 cm wzrostu. Nie grzeszy techniką, ale powinien rozpychać się z obrońcami, wygrywać pojedynki główkowe, pracować w pressingu.
Tylko że – im bliżej się przyglądałem, tym gorzej wypadał w tym teście Rajović. Duńczyk przegrał zdecydowaną większość pojedynków główkowych – a gdy już je wygrywał, to zazwyczaj zagrywał niecelnie.
To może imponował pracą w pressingu? Niestety, trudno znaleźć choć jeden kadr, by napastnik Legii realnie wywierał presję na obrońcach przeciwnika.
Ale prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy zobaczymy, gdy przyjrzymy się jego udziałowi w grze. Duńczyk właśnie w niej nie istnieje. Czy możecie sobie wyobrazić, że przez pełne 90 minut Rajović wykonał dokładnie… trzy celne podania?! I że przez całe spotkanie nie dostał od kolegów żadnego – podkreślamy – żadnego podania po ziemi?
Raz jeszcze – trzy celne podania. Przez pełne 90 minut. I żadnego podania po ziemi od kolegi z zespołu.
Zapraszamy na analizę gry Milety Rajovicia przeciwko Pogoni Szczecin. Ostrzegamy, momentami naprawdę można chwycić się za głowę.
Segment strzelecki
Zacznijmy od segmentu strzeleckiego, bo w końcu z tego przede wszystkim rozlicza się napastnika. No i tutaj rozpoczynamy od pochwały – to ważny moment – bo wielu takich nie będzie. A mianowicie: Rajović dochodził do sytuacji strzeleckich. Co z nich wynikało, to już inna historia. Ale tak – dochodził do sytuacji.
Pierwszy strzał oddał już w 6. minucie. Dośrodkowywana przez Pawła Wszołka piłka odbiła się od obrońcy, przez co Rajoviciowi trudno było oddać mocne uderzenie. Najrozsądniejszym rozwiązaniem była więc próba wrzucenia piłki za kołnierz Cojocaru. Tak też próbował zrobić Rajović – ale uderzył idealnie w środek i bramkarz Pogoni przeniósł piłkę nad bramką.
Biorąc pod uwagę, że strzał był z bliska, ale z dość trudnej piłki, pomysł i fakt, że ostatecznie udało wywalczyć się rzut rożny – dajmy tej próbie takie 6/10.

Niemal bliźniacza sytuacja miała miejsce 20 minut później. Znów z prawej strony dośrodkowywał Wszołek i znów niepilnowany Rajović miał okazję uderzyć głową. Ale tym razem strzał był już zupełnie beznadziejny. Napastnik nie trafił w piłkę czysto, właściwie uderzył ją barkiem i ta ledwo doleciała prosto w ręce Cojocaru.
Może warto pochwalić więc chociaż Rajovicia za wykreowanie sobie sporej przestrzeni przy tym uderzeniu? Chcielibyśmy, ale oglądamy tę sytuację i oglądamy i nie widzimy nawet pół zwodu, którym Duńczyk próbował zgubić Szalaia. Węgier po prostu postanowił biec kilka metrów od niego – podobnie zresztą jak przy pierwszym uderzeniu Rajovicia.

W międzyczasie Rajović miał już na swoim koncie pierwszą wybitnie zmarnowaną okazję. Mianowicie w 7. minucie nie potrafił zgodnie z przepisami skierować piłki do bramki z odległości kilkudziesięciu centymetrów:

I znów z jednej strony możemy próbować znaleźć pozytyw: w końcu napastnik znalazł się dokładnie w tym miejscu, w którym powinien być. Problem w tym, że Rajović nie pierwszy raz w tym meczu popisał się absolutnym brakiem wyczucia gdzie spadnie piłka. W powtórkach wyraźnie widać, że próbuje skierować ją do bramki lewą nogą – w ujęciu zza bramki doskonale widać próbę kopnięcia piłki.
Problem w tym, że futbolówka leci prosto na brzuch Rajovicia. Ten mógłby po prostu w nią wbiec, ale jest zupełnie nieprzygotowany na taki rozwój wypadków. Stoi skierowany do piłki bokiem, chce uderzyć ją nogą, w ostatniej chwili rozpaczliwie stara się do niej obrócić, ale jest już za późno.
Rajović uderza piłkę ręką i gol oczywiście nie może zostać zaliczony.

Kolejny raz ciśnienie kibicom Legii podniosło się w 54. minucie, gdy Rajović… zabrał bramkę Łukaszowi Zjawińskiemu.
Duńczyk po dośrodkowaniu w pole karne ruszył na Cojocaru, chciał przeszkodzić mu w interwencji, ale nie zdążył odsunąć się, gdy Zjawiński oddał uderzenie i trafił prosto w stojącego na linii bramkowej Rajovicia. Odbita od niego piłka wpadła do bramki, ale nie miało to żadnego znaczenia. 26-latek był na spalonym i gol nie mógł zostać zaliczony.
Z jednej strony można powiedzieć – no pech. Rajović miał na reakcję może sekundę, nie zdążył uskoczyć, cóż, zdarza się. Inna sprawa, że instynktu, by uciekać ze spalonego nie zabrakło Piątkowskiemu (obrońcy, wskoczył – a przynajmniej próbował wskoczyć – przed Acostę), a zabrakło go napastnikowi Legii.
Cóż, mówi się, że jeśli szczęście się powtarza, to już nie jest szczęściem. W przypadku pecha jest chyba tak samo.

Zwłaszcza, że kilkanaście minut później Rajović znów zaliczył trudne do wytłumaczenia pudło. Dość przypadkowo odbita piłka spadła mu pod nogi w sytuacji, gdy miał przed sobą niemal pustą bramkę – Cojocaru nie był w stanie interweniować i światło bramki zasłaniał mu jedynie Atilla Szalai.
Rajović trafił więc prosto w Węgra. Nie żeby ten rzucił się z jakąś widowiskową interwencją. Zwyczajnie stał, tam gdzie stał. A Rajović uderzył prosto w niego.
Masakra.

No i wreszcie ostatni strzał Rajovicia w tym spotkaniu, odnotowany właściwie tylko dla porządku. Pierwsza minuta doliczonego czasu gry, uderzenie głową z dość trudnej pozycji, wysoko nad bramką. Bez żadnej historii.

Mamy więc napastnika, który powinien spotkanie skończyć przynajmniej z dubletem, a przy dobrych wiatrach – spokojnie mógł pokusić się o hat-tricka. Napastnika, którego piłka szuka w polu karnym (czasami za bardzo – vide strzał Zjawińskiego), napastnika, który często w szesnastce jest tam gdzie być powinien.
Ale też napastnika, który jest odwróconym Midasem. Wszystko, czego się dotknie zamienia w nieszczęście. Można mieć nadzieję, że to cały czas zwykły brak szczęścia i blokada skuteczności.
Tylko chyba coraz trudniej w to uwierzyć.
Segment udziału w grze
Zwłaszcza że wszystko co dobre o grze Rajovicia i tak właściwie zamknęło się w poprzednim segmencie. Jeżeli chcecie zobaczyć, jaki wpływ na grę Legii miał 26-letni napastnik, zamknijcie oczy i policzcie do dziesięciu.
Żaden. Absolutnie żaden. Zmarnowany czas.
Legia wyszła na ten mecz w klasycznym ustawieniu Papszuna – 3-5-2 z wahadłowymi, ale często przechodziła w dość nietypowe 4-4-2, gdy na pozycję środkowego obrońcy cofał się Damian Szymański, a Robert Deziel i Kamil Piątkowski przesuwali się na pozycje bocznych obrońców. Wszołek i Vinagre szli wyżej, zajmując pozycje skrzydłowych.
Dwójkę w ataku tworzyli Zjawiński i Rajović, ale była to dziwna dwójka.
Żaden z nich nie wychodził na grę do kolegów, żaden nie pokazywał się do gry klepką, żaden nie wyrażał innej chęci otrzymania podania, jak tylko po długim podaniu lub dośrodkowaniu w pole karne.
Momentami wyglądało to wprost absurdalnie. Całą chęć gry i pomysł na otrzymanie piłki przez Rajovicia najlepiej oddają dwa screeny z początku meczu. Laga na Rajovicia.


Ale żebyście nie myśleli, że przesadzamy – doszło do tego, że przez całe spotkanie Rajović nie otrzymał ANI JEDNEGO podania do nogi od żadnego z kolegów.
Dla większości z nich był praktycznie przezroczysty. Omijali go w budowaniu akcji, za każdym razem wybierali inne opcje, podaniami szukali go dopiero, gdy trzeba było dośrodkować w pole karne.
Inna sprawa, że sam Duńczyk niespecjalnie pokazywał się do krótkiego grania. Nie pokazywał się do autów, nie schodził na klepkę do Wszołka (czasami się prosiło), nie pokazywał się środkowym pomocnikom.
Po prostu zamykał oczy i biegł do przodu.
Doszło do tego, że gdy jeden jedyny raz w wyprowadzeniu kontrataku piłkę Rajoviciowi do nogi chciał zagrać Ruben Vinagre, zaprogramowany na bieg do przodu Duńczyk po prostu pobiegł dalej. I piłkę przejęli Portowcy.
Trudno podać piłkę komuś, kto podania otrzymać nie chce.


Powyższe screeny to jedyna (i to nieudana) próba zagrania piłki po ziemi do Rajovicia. Sytuacji, gdy napastnik w kontratakach ani myślał pokazywać się kolegom było więcej – by wspomnieć tylko tę, gdy zostawił Wojciecha Urbańskiego na pastwę trzech rywali.
Klapki na oczach i bieganie do przodu. To wszystko co miał swoim partnerom do zaoferowania Mileta Rajović.
Segment podań
No dobrze, podań nie dostawał, ale przecież musiał jakieś wykonywać. Prawda? Prawda…?
Tak. Napastnik Legii wykonał w tym meczu celne podania. Konkretnie trzy.
Na serio – trzy. I to licząc w przychylny sposób.
No bo weźmy pod lupę pierwsze celne podanie Rajovicia. 17. minuta, zagrywa piłkę do Wszołka. Pomijamy przyjęcie, którym Duńczyk wygonił się do tyłu i sprawił, że o prostą piłkę musiał walczyć jeszcze z Acostą – samo podanie było skierowane jakieś dziesięć metrów od miejsca, w którym stał wahadłowy Legii.
Tylko dzięki przytomności i sprytowi Wszołka, który o centymetry wyprzedził rywala i nabił go piłką – Legia otrzymała aut, a podanie Rajovicia trzeba statystycznie zakwalifikować jako celne.
Chociaż z udanym zagraniem nie miało niczego wspólnego.


Dwa pozostałe celne podania to zagrania z 53. i 88. minuty. Oba na kilka metrów do tyłu.


Podsumujmy więc: Rajović nie wykonał w tym meczu żadnego celnego podania do przodu, żadnego w pobliżu pola karnego rywala i żadnego, które realnie można uznać jako pomóc w budowaniu akcji.
I nawet jeśli przyjmiemy, że takie z pewnością były założenia Papszuna – by Rajović wbiegał w pole karne i tam absorbował środkowych obrońców – to powyższy bilans wygląda zwyczajnie absurdalnie.
Raz jeszcze: trzy celne podania przez pełne 90 minuty gry. Dla porównania: Zoran Arsenić, który pojawił się na boisku w 88. minucie zaliczył dziesięć celnych podań.
Segment gry głową
No dobrze, to może wysokiego Duńczyka można chwalić chociaż za grę głową? Część zagrań omówiliśmy już w segmencie strzałów, gdzie mieliśmy jedno przyzwoite uderzenie (6. min), jedno kiepskie (90+1. min) i jedno beznadziejne, gdy zamiast głową trafił piłkę barkiem (27. min).
A jak wyglądało to poza strzałami? Niestety – łącznie Rajović wygrał tylko dwa z dziewięciu pojedynków głowkowych. W tym choćby w 19. minucie, gdy co prawda zgrał piłkę głową, ale prosto pod nogi Juwary.

Drugie udane, najważniejsze zgranie piłki głową przez Rajovicia miało miejsce przy akcji bramkowej. Tu w teorii możemy pochwalić Duńczyka – wyszedł w powietrze, wygrał pojedynek główkowy, zgrał piłkę za siebie.
Ale po prawdzie było to zagranie w pełni przypadkowe, typowe – na chaos. Nie da się nawet zakwalifikować go jako celnego podania. Po zgraniu piłki przez Rajovicia z pola karnego powinien wybić ją Filip Cuić – ale uderzył piłkę tak nieudolnie, że ta trafiła pod nogi Wszołka, którego strzał do bramki dobił Arsenić.


Ale dobra, zasługi przy akcji bramkowej zostawmy. Bo mówimy o zawodniku, który potrafił przegrać pojedynek główkowy, nawet gdy do piłki skakał sam – po prostu nie potrafiąc właściwie przewidzieć toru lotu piłki.
Na przykład: na poniższym screenie Rajović po prostu nie trafił w piłkę głową.

I serio – to było coś, co w grze Rajovicia przewijało się regularnie. Napastnik Legii po prostu nie potrafił przewidzieć, gdzie za chwilę spadnie piłka, w którą stronę poleci lub gdzie może się odbić. Naprawdę rzadko ogląda się zawodnika, który tak źle czuje grę.
Jeszcze jedna sytuacja, w której aż można było chwycić się za głowę. Pomijając już fakt, że toru lotu piłki po długim podaniu Hindricha nie potrafił przewidzieć też Zjawiński, to i Rajović w poniższej sytuacji – choć pozbawiony presji rywali – jest kompletnie nieprzygotowany na to, że piłka może spaść mu pod nogi.
W konsekwencji odbija się od piszczela napastnika i wędruje do Acosty. Strata.

Segment pressingu
Chwytamy się jeszcze ostatniej nadziei i wytrycha napastników Papszuna – pewnie pracuje w pressingu. No i tak szukamy jakiejkolwiek sytuacji, w której pressing Rajovicia realnie zmusiłby obrońcę Pogoni do błędu lub wybicia piłki…
Szukam… szukamy… i szukamy…
Ale nie ma. Rajović niby w pressingu był aktywny – momentami odcinał Dziczka, gdy po jego prawej ręce wyżej atakował Urbański, a po lewej Zjawiński, momentami ruszał do stoperów, ale zawsze był przynajmniej dwa-trzy metry od zawodnika z piłką.
Rajović biegał – tego odmówić mu nie można – ale problem jest taki, że z tego biegania zupełnie nic nie wynikało.
Ba, z łatwością moglibyśmy za to wskazać sytuacje, w których Duńczyk spokojnie mógł przejąć piłkę po błędach rywala, tylko był na to zupełnie nieprzygotowany. Stojący na wyprostowanych nogach, niegotowy do sprintu, a w konsekwencji dający się wyprzedzić przeciwnikowi.
Jak w 33. minucie Dziczkowi, choć jeszcze chwilę wcześniej stał kilka metrów bliżej piłki od pomocnika Pogoni.

Czy w 46. minucie Acoście, który po prostu był lepiej przygotowany na to, że piłka za chwilę może znaleźć się między nim a duńskim napastnikiem. Snajper Legii stał wyprostowany, na prostych nogach, nic więc dziwnego, że kolejny raz okazał się do piłki spóźniony.

Taka jest prawda futbolu
Siadając do tego tekstu naprawdę nie zamierzałem grillować Rajovicia, ale niestety – rzeczywistość okazała się brutalna. Ciężko jest bronić napastnika, który w całym meczu wykonuje trzy celne podania i któremu koledzy ani razu nie chcą, nie potrafią lub nie mogą podać piłki do nogi.
Ciężko jest bronić napastnika, który marnuje trzy doskonałe sytuacje i jeszcze raz staje na drodze koledze, gdy po jego strzale piłka już wlatuje do bramki.
Trudno jest bronić napastnika, który przez cały mecz jest poza grą, który domaga się piłek na głowę, ale gdy już je dostaje – to zazwyczaj mija się z piłką lub przegrywa pojedynek z obrońcami.
Trudno jest bronić napastnika, którego najlepsze zagranie w meczu z Pogonią Szczecin – główka z doliczonego czasu gry – było udane w dużej mierze dzięki przypadkowi (i nieudanej interwencji Cuicia).
Trudno jest bronić napastnika, który gra tak w Legii od lata zeszłego roku.